Paryż pęka ze śmiechu: lekcja rechotu w trzech odsłonach

Artykuł opublikowany 30 stycznia 2012
Artykuł opublikowany 30 stycznia 2012
Chichotanie dla przyjemności. Na stojąco, na siedząco, do góry brzuchem, na brzuchu, nocą, w dzień i przede wszystkim w towarzystwie. Jako że śmiech to poważna sprawa, cafebabel.com wkrada się na lekcję z „jogi śmiechu”. Komedia w trzech aktach.

Dzielnica Vincennes, Paryż. Kartka zaczepiona na kablu wiszącym z budynku wskazuje nam drogę. „Klub śmiechu, wtorki od 19 do 20”. Strzałka w lewo. Podążamy za wskazówkami, na wycieraczkę strzepujemy wstyd i poczucie absurdu i wchodzimy do jednej z tych wielofunkcyjnych sal, które służą zarówno za scenerię do dziecięcych teatrzyków, jak i do spotkań mieszkańców dzielnicy. 

Lekcja nr 1: Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one

„Tak, to tutaj, witam, czekamy na wszystkich, żeby zacząć”. Mentorka Martine Medjber, znana i szanowana „śmiecholożka”, przedstawia nam strukturę zajęć. Kilka ćwiczeń relaksacyjnych na rozgrzewkę, potem nieco zabawy i wreszcie niekontrolowany śmiech... unosisz brew i przytakujesz. Pani Medjber jest nauczycielką dość specyficzną. Nie nosi białego fartucha ani nie napawa strachem jak jej koledzy po fachu: „Wcześniej byłam psychoterapeutką, ale teraz zajmuję się wyłącznie śmiechem”. Jednak wciąż jest to lekcja... I są na niej ci sami uczniowie, co na każdej innej: tacy, którzy się spóźniają, niezdyscyplinowani (ci śmieją się ponad normę) i ci z ostatnich ławek, którzy są niepozorni i którzy obserwują, to tu, to tam posyłając uśmieszki. I wreszcie jesteś ty, ze swym początkowym sceptycyzmem, w sukience w kwiatki, bez kieszonek, w których mogłabyś ukryć nieśmiałość.

Rozciągnięcia, zabawy obozowe (naśladowanie zwierząt, gry słowne, „głuchy telefon”) i już jesteś gotów, by osiągnąć cel kursu: śmiech. Wszyscy w kółku wyciągnięci na podłodze śmieją się w sposób niekontrolowany, podnoszą się i opadają, wybuchają donośnym śmiechem. I tak dotąd, aż nie przestaną.

Lekcja nr 2: A ty, po co przyszedłeś?

Ta śmiechoterapia lub jak nazywają ją eksperci w tej dziedzinie – „joga śmiechu”, nie ma na celu uczyć kogokolwiek ciągłego rechotu, jak zapewnia Yoëllle, animatorka z jednego z takich klubów oraz uczestniczka cotygodniowych warsztatów Martine Medjber. „Intencją jest śmiech zbiorowy”... wraz z innymi dorosłymi, ponieważ jak twierdzi nauczycielka, „dzieci nie potrzebują się śmiać, bo i tak już cały czas to robią”.

„Żyjemy w społeczeństwie materialistycznym. Już się nie śmiejemy”.

Yoëlle mówi, że „każdy znajdzie to, czego szuka”. Aurélie, która uczestniczy w warsztatach po raz trzeci, przyznaje, że chodzenie tu „dobrze jej robi”. Twierdzi, że czuje się związana z pozostałymi osobami, mimo że ich nie zna. Są jednak ludzie, których doznania wykraczają poza fizyczny komfort. Maureen odkrywa w klubie „przestrzeń wolności”, w której udaje się jej „unosić na skutek hiperwentylacji”. I nie jest ona jedyną. Na koniec zajęć różne osoby potwierdzają, że sesje te pozwalają im „być samymi sobą”. Przyznają, że bardzo zależy im na tym, co myślą o nich inni, że na co dzień noszą „mundurki”, że uwierają ich normy społeczne, a że kursy te dają im możliwość robienia rzeczy najgłupszych na świecie, uwolnienia impulsów, które dzień po dniu duszą w sobie. Jak mówi Yoëllle, chodzi o to, że „żyjemy w społeczeństwie materialistycznym.. Już się nie śmiejemy”. 

Lekcja nr 3: Uniwersytet śmiechu istnieje

Doktor Madan Kataria wymyśla jogę śmiechu w 1995 roku i już parę lat później powstają kluby śmiechu na całym świecie. „Warsztaty Martine są jedną z wielu propozycji jednej ze szkół” - mówi Kataria z Internationale Ecole du Rire („Międzynarodowej Szkoły Śmiechu”). Założona przez Corine Cosseron w 2002 roku jest pierwszą międzynarodową szkołą śmiechu. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: to uniwersytet. Możesz do niego dołączyć jako student lub nauczyciel, zajęcia mają różne stawki, od całkowicie darmowych lekcji śmiechu po kursy ludyczne za 99 euro. Są również szkolenia, jak stać się „ekspertem śmiechologii”, na które uczęszczają przede wszystkim terapeuci.

Raz zakończywszy edukację możesz nauczyć babcię nowego tytułu: „animator klubu śmiechu”. A jak zmarszczy brwi i zapyta: „a co to takiego ta nowość?”, będziesz mógł jej odpowiedzieć, że to tęsknota za utraconym dzieciństwem, chęć ucieczki przed społeczeństwem lub po prostu forma pamiętania o tym, jak ważny w życiu jest uśmiech.I chociaż wciąż nie odkryto drogi, która prowadziłaby do szczęścia, istnieją ludzie gotowi, by pójść na skróty i odnaleźć śmiech, zwłaszcza ten zbiorowy, stanowiący obowiązkowy przystanek na trasie. Dla mnie to już jasne: jak dorosnę, chcę zostać śmiecholożką. 

Pierwszego kwietnia wiele krajów obchodzi Międzynarodowy Dzień Śmiechu.

Fot.: główna (cc) ) superbomba/flickr; wideo: Youtube