Pepe, „oburzony” z Paryża: „Nie wyobrażałem sobie, jak bardzo niedoskonała jest nasza demokracja”

Artykuł opublikowany 22 sierpnia 2011
Artykuł opublikowany 22 sierpnia 2011
Miesiąc debatowania na placu Bastylii, głowy pełne marzeń i ruch, który ostatecznie nie wypalił… Stop. Czyżby paryscy »oburzeni« byli mniej oburzeni lub gorzej zorganizowani niż ich koledzy na południu Europy? Wahając się miedzy optymizmem i pesymizmem, jeden z założycieli paryskiego ruchu tłumaczy nam, dlaczego za żadną cenę nie zaprzestanie działania.

Marzenie

„Wszyscy chcieliśmy tam być” - tak właśnie narodził się ruch »oburzonych« w Paryżu. Inspiracja przyszła ze strony przebywających w stolicy Francji Hiszpanów, dosłownie wyjących z chęci wykrzyczenia solidarności z ruchem 15 maja, którego narodziny na madryckim Puerta del Sol mogli oglądać tylko na szklanym ekranie. Znaleźć ujście dla wypełniającego ich płuca tchnienia pełnego wolności. Spontaniczne zgromadzenie przed hiszpańską ambasadą? Świetnie. Pepe, przebywający w Paryżu od pięciu lat młody wykładowca, pracujący nad doktoratem z biologii, nie przegapiłby takiej okazji. „Zawsze traktowałem z pobłażaniem deklaracje o dumie z bycia Hiszpanem. Aż do tego dnia, kiedy zgromadziliśmy się na placu Trocadéro, żeby ustalić treść naszego pierwszego manifestu. Wtedy naprawdę poczułem się dumny. To było wielkie przeżycie”. Uwaga, nie myślcie tylko, że paryscy Hiszpanie chcieli po prostu poczuć trochę adrenaliny, niejako na konto madryckich »oburzonych«. „Nasz ruch od samego początku działał jako inicjatywa francuska, z wizją nadania mu skali międzynarodowej” - dodaje Pepe. „Chcieliśmy zająć się kwestią realnej demokracji w jej francuskim wydaniu”.

Robota

Od momentu zajęcia paryskiego placu, ruch »oburzonych« obrał sobie za symbol nowe zdobycie Bastylii, a za cel doprowadzenie do demokracji poziomej. Jakimi środkami? Chociażby organizując się w zgromadzenia ogólne, na których każdy ma prawo zabrać głos, czy też zawiązując liczne komisje (dotyczące działania, logistyki, żądań, komunikacji, ekonomi, ekologii, itp.) które miały nadać postulatom odpowiedni kształt, a samemu ruchowi zapewnić długofalowe działanie. Nie da się ukryć, że wymagało to czasu. „Musiałem odstawić na bok życie prywatne. Przez miesiąc siedziałem w pracy od 10.00 do 20.00, a potem jeszcze do 2. w nocy spędzałem czas w pobliżu placu Bastylii. Od czterech dni nawet tam nie zajrzałem - muszę nadrobić zaległości w pracy!” - wyjaśnia Pepe nad filiżanką kawy w jednej z okolicznych kawiarni. Pozwólmy sprawom rozwijać się we własnym rytmie. Jak to żywiołowo ujął w dzienniku „La Vanguardia” Arcadi Oliveres, profesor ekonomii stosowanej i autor książki ¡En qué mundo vivimos! Infórmate, piensa y actúa (W jakim świecie żyjemy! Orientuj się, myśl i działaj): „Stawianie ruchowi 15 maja wymagań, by już po 5 tygodniach ogłaszał konkretne rozwiązania, jest absurdalne. Politykom zajmuje to więcej czasu”. W Hiszpanii to rozwiązanie popłaciło. Uczestnicy zgromadzeń w końcu opuścili okupowane place w centrach miast, żeby zakładać lokalne komitety w swoich dzielnicach i tam kontynuować debaty i działania…

Rozczarowania

W Paryżu Pepe i inni pionierzy #acampadaparis musieli krok po kroku spuszczać z tonu. Dzisiaj jedyne komunikaty, jakie odnaleźć można na twitterowym kanale #frenchrevolution, to hasła w stylu „Dlaczego ruch »oburzonych« w Europie się nie rozwija”. To zdanie, będące tytułem zaczerpniętym z dziennika „Le Monde”, nie jest nawet pytaniem, raczej stwierdzeniem faktu. Pepe w zasadzie zgadza się z większością zawartych w nim uwag. „Francuzom trudno przychodzi prawdziwe zaangażowanie się. Tak długo, jak tylko się da, przekonują się sami nawzajem, że w czasie kryzysu stoją po bezpiecznej stronie. Przy okazji pozwalają innym dookoła popadać w ruinę”. Tymczasem nasz biolog stwierdza, że wszystko zależy od obranych proporcji: „Upadła Grecja, upada Hiszpania, Francja również upadnie, to tylko kwestia czasu”. Nikt we Francji nie jest gotowy do akcji w stylu „donkiszotowskim”, jak określa Pepe typowo południową spontaniczność i samodzielność w działaniu.„Francuzi najwidoczniej potrzebują do działania instytucji. Zauważyłem też, że tutaj strajki najczęściej dotyczą tylko danego sektora gospodarki. Ludzie dopiero bezpośrednio dotknięci, potrafią się zmobilizować”.

Poza różnicami kulturowymi, dochodzi też nadmiar pomysłów i wynikający z tego rozdźwięk w kwestii postulatów. Dość regularnie wszystko kończy się na roztrząsaniu podstawowych zasad i deklaracje często dosłownie zderzają się ze sobą. To strata czasu, która miałaby przysłużyć się akcjom propagującym działania »oburzonych« w trudnych dzielnicach Paryża. Hiszpan był szczególnie poruszony tą inicjatywą – „Pamiętam, jak jednego z wieczorów na placu Bastylii przyszli do nas młodzi ludzie z trudnych dzielnic miasta. Kiedy jednemu z nich opowiedziałem o tym, że w Hiszpanii co drugi młody człowiek nie ma pracy, odpowiedział, że u niego na ulicy jest tak samo! Wtedy opowiedziałem mu o tym, że nadszedł »czas oburzenia«, ale nie wyglądało na to, żeby mi uwierzył”.

Gniew

Największym rozczarowaniem jest paradoksalnie ta refleksja, która jednocześnie rodzi chęć do dalszych działań. „Nie miałem pojęcia, jak bardzo wadliwie działa francuska demokracja. Przy okazji każdego spontanicznego zgromadzenia byliśmy otaczani przez siły porządkowe, czasami policjantów było więcej niż nas. A przecież wiedzieli, że jesteśmy ruchem pokojowym!”. 29. maja »oburzeni« opuścili Bastylię. 19. czerwca, podczas kolejnej manifestacji, 140 osób zatrzymano w celu przesłuchania. „I to mnie oburza!” - wykrzykuje Pepe. I w momencie, gdy setki osób uciszono, on szuka nowej okazji do głośnego sprzeciwu.

Fot. ©Emmanuel Haddad