Pocąc się w Danii: raport z Roskilde 2009

Artykuł opublikowany 9 lipca 2009
Artykuł opublikowany 9 lipca 2009
Od wielu lat jeżdżę na festiwal w Roskilde. Zazwyczaj opuszczam większość koncertów i po prostu krążę w nierealnej rzeczywistości, która pojawia się w magiczny sposób za każdym razem, gdy zostawi się na polu ludzi, po czym powie im, żeby robili co im się żywnie podoba. Jednak dla dobra tego artykułu udało mi się dotrzeć na kilka koncertów.

Każdego roku na początku lipca życie w Danii zostaje wywrócone do góry nogami: ludzie w każdym wieku z całego kraju pakują walizki i przyjeżdżają na pole znajdujące się na znajdującym się na Zelandii prowincjonalnym miastem Roskilde aby wziąć udział w największym wydarzeniu kulturalnym Skandynawii. Liczba przyjezdnych jest trzykrotnie wyższa niż populacja Roskilde, które na czas jednego z największych wydarzeń na wolnym powietrzu w Europie staje się trzecim/czwartym festiwalem po Rock Werchter, Sziget i Glastonbury. Około jedna trzecia gości pochodzi spoza Danii, większość przyjeżdża z Norwegii i Szwecji, silnie są również reprezentowane Wielka Brytania oraz Holandia,

Trentemøller – wielcy Duńczycy?

Pierwszej nocy na głównej scenie festiwalu, Orange Stage, gra Trentemøller. Odstawia niezłe show, które zdaje się być tym, co typowa publiczność Roskilde uwielbiająca rock/pop kocha najbardziej. Wszyscy Duńczycy, w tym ci, którzy przyjechali na festiwal uważają, że ten artysta grający muzykę elektroniczną jest głównym przedstawicielem tego gatunku. Zawsze jestem trochę zawstydzony, gdy słyszę Duńczyków chwalących swoich krajan albo swoje osiągnięcia. Szum medialny wokół koncertu był tak ogromny, że wydaje mi się, że podobałby mi się o wiele bardziej, jeśli Trentemøller byłby z innego kraju.

Pogoda, nie licząc muzyki, jest jednym z najważniejszych tematów festiwalowych. W tym roku nad Roskilde niebo było błękitne i nie spadła ani kropla deszczu. Można by pomyśleć, że pogoda dopisała, ale nie. Próby zaśnięcia w namiocie, albo chociażby przebywanie w nim gdy temperatury sięgają 30 stopni Celsjusza są czystą torturą. Poza tym alkohol sprawia, że nie jesteś śpiący, nigdy nie docierasz do łóżka o takiej godzinie, żeby spać więcej niż dwie godziny zanim słońce cię nie obudzi.

O północy jedynym zajęciem jest łapanie cieni. Sobotni ranek spędzam w strefie chill outu. „The Lounge” to ogromny budynek przypominający stajnię, którego podłogę pokrywa piasek i który przywodzi na myśl wakacje na Balearach w latach 90. (zagrano nawet „He’s on the phone” i „Suicide is painless” – wersję z 1970 roku!). Leżę półśpiący w chłodnym cieniu i zdaję sobie sprawę, że mimo intensywnego pocenia się, pamiętnego kaca, braku snu i smaku surowej cebulki, który czuję po piątkowym wypadku z kanapką znajduję się we właściwym miejscu we właściwym czasie. Szczęście pojawia się, gdy najmniej tego oczekujemy.

(zdj.: Julien Decrey)

Pet Shop Men

W byciu na Roskilde nie chodzi zbytnio o napięty kalendarz koncertowy. Zarówno na polu kempingowym jak i terenie festiwalu jest wystarczająco szaleństwa, gier, twórczości i polityki abyś był przez cały czas zajęty. Można ochłodzić się dzięki śnieżnej armatce, podładować swój telefon pedałując na specjalnych rowerach, słuchać wykładów na temat klimatu, uczestniczyć w darmowych zajęciach na temat seksu, jeżdżenia na desce, wspinaczki, pływania, łowienia ryb, gry w wirtualnym świecie, można imprezować całą noc na pirackich imprezach, zostać umytym przez skąpo ubrane modelki w czymś rodzaju myjni dla ludzi… jest tyle do zrobienia, że ledwo zostaje czas na koncerty.

Jednak w sobotę nie chcę przegapić jednego koncertu: Pet Shop Boys. Dlaczego miałbym ich nie kochać? Ich show jest fenomenalny – czystość i doskonałość estetyki sprawiają, że zapominam, że wdycham pył zaprawiony moczem. Jedyne, co mnie przygnębia to fakt, że członkowie zaczęli wyglądać trochę jak para Trumanów Capote w kolorowych ciuchach. Nie tylko nazwa ich zespołu brzmi odrobinkę żałośnie, ale i dochodzę do wniosku, że jeśli Neil Tennant wygląda staro, to jakaś piękna część w każdym z nas umarła.

Czterdzieści lat minęło

Roskilde może i nie jest największym, najdzikszym czy najoryginalniejszym festiwalem, ale bez wątpienia nie znajdzie się drugi tak wielki o tak dobrze zorganizowanej infrastrukturze. Po logistycznym horrorze, który przeżyłem próbując dostać się do Berlina z Fusion Festival, który odbył się tydzień wcześniej, jestem miło zaskoczony tym, że, że pociąg, który zabiera mnie na festiwalową stację potrzebuje mniej niż godzinę, żeby zabrać mnie na główny dworzec Kopenhagi. Niemal czterdzieści lat festiwalu sprawiło, że ma on nie tylko swój własny dworzec kolejowy, ale i stację radiową, gazetę, skate park, kino, sztuczne jeziora, piekarnię, diabelski młyn, anteny telefonii komórkowej oraz sklep – gdzie za wszystko: od makrobiotycznej zupki w proszku po kubańskie cygara w barze można zapłacić kartą kredytową.

(zdj.: Thomas Kjaer)Wiele się mówiło o wypadku w tłumie, który miał miejsce w 2000 roku podczas koncertu Pearl Jam, gdzie 9 młodych osób zginęło tragicznie. Od tego czasu organizatorzy poświęcili ogromne sumy pieniędzy oraz wiele uwagi na bezpieczeństwo. Crowd surfing i siedzenie na barana jest teraz zabronione, a powierzchnie większych scen zostały podzielone na strefy ze ścieżkami bezpieczeństwa. Teren festiwalu jest obecnie równie bezpieczny, jak szwedzki plac zabaw. Z tego powodu Roskilde jest nie tylko największym wydarzeniem kulturalnym w Skandynawii, ale i dionizyjskim współczesnym skandynawskim państwem opiekuńczym w wersji mini, gdzie Bóg jest pocieszeniem a bezpieczeństwo jest najważniejsze. Jedyna różnica jest taka, że na festiwalu wszyscy są mile widziani.