Pociąg zatrzymał się tutaj: historia rodziny uchodźców

Artykuł opublikowany 29 kwietnia 2016
Artykuł opublikowany 29 kwietnia 2016

W listopadzie 2015 roku, w małym mieszkaniu w monachijskim obozie dla uchodźców, spotkałem się z państwem Saada - rodziną, która ponad rok temu przyjechała do Niemiec. Podczas naszej rozmowy opowiedzieli mi zarówno o pozytywnych, jak i negatywnych doświadczeniach zdobytych od wyjazdu z Libii, która przez 24 lata była ich domem, do fazy integracji w Niemczech.

Wyjazd z Libii

„Mąż martwił się o nasze bezpieczeństwo. W pewnym momencie powiedział, że musimy przygotować się do wyjazdu" – opowiada pani Saada. „Sprzedaliśmy więc wszystko, co mogliśmy, zabraliśmy pieniądze i wyjechaliśmy. Wszystko zaczęło się w piątek, a już tydzień później, w sobotę, opuściliśmy Libię. A to wszystko w środku ramadanu”.

Pan Saada wzdycha radośnie, a na jego twarzy pojawia się uśmiech, gdy pochyla się nad zdjęciem rodziny zrobionym zaraz po przyjeździe do Włoch. W miejscu, w którym uchodźców wysadzano z łodzi na ląd, czekali już przemytnicy, którzy proponowali im transfer do celu ich podróży za pokaźną sumę 2 000 euro.

Jego żona mówi dalej: „Nie mieliśmy tyle pieniędzy, więc powiedziano nam, żebyśmy wsiedli do pociągu i wysiedli, gdy się zatrzyma. Zatrzymał się tutaj, w Niemczech”.

Zanim rodzina Saada opuściła Libię, powiedziano im, że łódź, którą będą podróżowali, będzie bezpieczna i wyposażona w kamizelki ratunkowe. Zapewniano, że nie będzie przepełniona ludźmi. Zamiast tego, zapakowano ich na łódź pneumatyczną, która była przewidziana na 200 pasażerów, a na której było  ich 270.

„Ludzie biegli, żeby na nią wsiąść" – wspomina pani Saada. „Prawie nie było gdzie usiąść. Pasażerowie spali, jedni siedzieli na drugich. Było strasznie trudno i zimno”.

Rodzina pokazuje mi zdjęcia z wyprawy. Spędzili na tamtej łodzi 12 godzin. Pewien mężczyzna nie miał gdzie usiąść, więc stał przez cały czas. Podczas podróży do Włoch państwo Saada przesiedli się na okręt włoskiej marynarki. Wtedy, przez trzy dni na morzu, zjedli tylko jeden posiłek, a do picia nie mieli nic.

Po przybyciu do Niemiec

Pozytywnym aspektem życia w Niemczech jest to, że państwo Saada mogą wyznawać tam swoją wiarę. Pani Saada (43 l.), która jest muzułmanką, opowiada: „Gdy idę do meczetu tu, w Monachium, mogę się modlić, czytać po arabsku, studiować Koran”. Widuje w mieście kobiety noszące na głowie hidżab, czyli chustę.

Najstarsza z trzech córek państwa Saada, 15-letnia Hadeel, za kolejny pozytyw uznaje fakt, że ona i jej rodzeństwo mogą uczęszczać do szkoły. Lubi swoich tutejszych nauczycieli, czego nie mogła powiedzieć o belfrach z Libii.

Rodzice zaś uczą się nowego języka. Ona, inżynier elektryk, aby zdobyć pracę, musi znać niemiecki na poziomie B2. Póki co uczęszcza na zajęcia na poziomie B1, a pan Saada zaczyna poziom A1.

Pan Saada jest absolwentem politologii i studiów z zakresu marketingu farmaceutycznego. W Libii pracował na stanowisku dyrektora generalnego przedsiębiorstwa zajmującego się dystrybucją leków. Ma nadzieję, że będzie mógł wrócić do wykonywania zawodu po opanowaniu języka niemieckiego i ukończeniu farmaceutycznego Ausbildung (czyli stażu) w Monachium.

Dobre i złe doświadczenia

Proces integracji w Niemczech dostarczył rodzinie Saada pewnych nieprzyjemnych doświadczeń. Do dziś mieli dopiero pierwsze z dwóch czy trzech przewidzianych spotkań z władzami, które zadecydują, czy dostaną pozwolenie na stały pobyt w kraju.

„Obawiamy się o przyszłość naszej rodziny" – zwierza się pani Saada. „Czy wrócimy do Palestyny? Do Libii?”. Niedawno napisała do sekretarza sądowego list, w którym wyjaśniła, od jak dawna jej rodzina przebywa w Niemczech i zapytała, co z nimi dalej będzie. Odpowiedziano jej, by nie pisała takich listów, bo jest to zabronione, oraz że musi po prostu czekać z innymi uchodźcami, na przykład z tymi z Syrii i Afganistanu.

Poza tym rodzina nie posiada ubezpieczenia zdrowotnego, które pokryłoby koszty ewentualnego leczenia. Jednak w razie nagłej potrzeby zostaliby przyjęci do szpitala. Pan Saada miał już w Monachium dwie operacje nadgarstka, gdy doznał urazu wskutek upadku. Natomiast gdy Hadeel poszła do dentysty z bólem zęba, ten odmówił leczenia, bo jej nie uwierzył.

Pewne przykre doświadczenia z mieszkańcami Monachium także utrudniły rodzinie Saada integrację z ich nowym krajem. „Czasami ludzie nie są zbyt mili. W ich słowach czuć nienawiść” – wyjaśnia pan Saada.

Bieżące trudności

Życie w obozie dla uchodźców to szkołą przetrwania. Są tam całe rodziny, młodzi ludzie pozostawieni sami sobie oraz wielu samotnych mężczyzn, którzy piją i wywołują problemy.

Jak mówi pani Saada: „Borykamy się z wieloma trudnościami. Niektóre z nich wynikają z różnic kulturowych. Cały czas przyjeżdża tu policja”. Jego żona obawia się o to, że niektóre osoby mogą mieć zły wpływ na jej dzieci, szczególnie na to najmłodsze, dziewięcioletnie. W budynku znajduje się 5 kuchni, z których korzysta 300 uchodźców, ale są one zamykane po 18:00. A w małym pokoju, gdzie mieszkają Saada, jest tylko jedno gniazdko elektryczne.

Kolejnym negatywnym aspektem adaptacji do nowego otoczenia jest konieczność przyjmowania pieniędzy od rządu. Pani Saada, która pracowała przez 20 lat, bliska płaczu mówi: „Uchodźcy nie przybywają tu, żeby zdobyć zasiłek socjalny. Mnie i mojemu mężowi z trudem przychodzi zgłoszenie się do pomocy społecznej i proszenie ich o pieniądze”. Opowiada, że w Libii odnosiła sukcesy zawodowe, a teraz jest na tym samym poziomie, co większość innych uchodźców żyjących w obozie. W tym momencie jej głos się załamuje i wybucha płaczem.