Pociągiem przez zadymioną Europę

Artykuł opublikowany 30 kwietnia 2010
Artykuł opublikowany 30 kwietnia 2010

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

1.7 bilionów euro, czyli równowartość sumy miesięcznej wymiany handlowej krajów bałtyckich z resztą świata straciły w ciągu sześciu dni europejskie linie lotnicze, a nie tylko one. Nie wiem, ile dokładnie bilionów na dzień dzisiejszy „winna” jest Islandia światowej branż lotniczej. Mi osobiście winna jest dwa dni życia. Kronika podróży pociągiem przez Europę.

Wiadomość o komunikacyjnym paraliżu w Europie spowodowanej wybuchem wulkanu Eyjafjallajokull w Islandii wydawała się równie irracjonalna, co nazwa samego sprawcy. Tym bardziej, że dowiedziałam się o niej dzień po łatwym i bezbolesnym przedostaniu się na drugi kraniec Europy. Przez cztery dni mojego pobytu w Wilnie niebo było czyste i świeciło słońce. Na trzy i pół godziny przed planowanym odlotem wpatrywałam się na zmianę w tak samo błękitne i słoneczne sklepienie oraz wyświetlone na stronie moich linii lotniczych informacje, z których wynikało, że nigdzie nie polecę. Jak to nie?

Bogatsi o 2500 euro

Jeden z dwóch kolegów, z którymi dzieliłam smutny los przymusowego expaty, proponuje, by do Francji wrócić wynajętym samochodem. Kiedyś za 600 euro w miesiąc zjechał Francję i Hiszpanię, szacował więc, że podróż do Paryża nie powinna przekroczyć 200 euro. Pani w biurze informacji turystycznej obdzwania w naszym imieniu (i za 1,70 euro) agencje wynajmu samochodów. Po dziesięciu minutach wpatrujemy się w cyfry o jedno zero za duże. Średnia cena to ok 2000. Euro. Za 2500 możemy mieć kierowcę. O szampanie nie wspomniała.

Wracamy do mieszkania, które mamy zdać za godzinę. Nadzieja pojawia się na stronie internetowej Litewskich Kolei. Pociąg do Warszawy (jedyne zagraniczne miasto na zachód do Litwy, gdzie można udać się pociągiem...) odjeżdża o 22h30. Stamtąd powinno być łatwiej dostać się dalej na Zachód. Kolega z Madrytu nic nie mówi, ale i tak czuję się winna narzekając na czekającą mnie podróżą. Z Paryża do Madrytu zostanie mu jeszcze dobrych kilkanaście godzin drogi.

No train

Kilka godzin później spokojnym krokiem ciągniemy walizki na dworzec w Wilnie. W biurze międzynarodowych połączeń prosimy o trzy bilety do wolności. W odpowiedzi słyszymy: „no train” i zdaje się, że jest to jedyne zdanie, jakie kasjerka zna po angielsku, bo powtarza je po każdym naszym pytaniu. Ostatecznie rozumiemy, że „no train” nigdzie na dzisiaj.Wleczemy się do biura Eurobus. Jest autobus o 21 do Warszawy, ale bilety wykupione. Jutro o 9 rano jest następny. Droga zabierze ok. 7 godzin. Wstrzymujemy się z zakupem, udajemy się do najbliższego punktu z WiFi i z płonną nadzieją liczymy na to, że loty z wileńskiego lotniska będą możliwe od jutra. Na stronie żadanych pewnych informacji. W obliczu takiej sytuacji nie mamy wielkiego wyboru – rezerwujemy pokój na kolejną noc i idziemy na piwo. Trzeba przyznać, że ten wieczór był najbardziej udanym w czasie naszego pobytu na Litwie.

No bus

Wyruszamy na dworzec z rana, żeby mieć pewność, że dostaniemy bilety na autobus. „Trzy na 9:00 do Warszawy” – mówimy. „Trzy na dziś na 9 wieczorem?” – upewnia się pani z szerokim uśmiechem. Niemal czuję, jak jednemu z kolegów wzrasta ciśnienie. Autobus do Warszawy o 9 rano nie istnieje. Pani nic nie rozumie, my też nie.

Powracamy do biura kolei. Jest pociąg do Warszawy o 12:00. Dokładnie oglądam wydruk biletu, czy aby za tym szczęściem nic się nie czai. Idziemy do pobliskiego McDonalda na śniadanie. Siorbiąc swoją kawę staram się nie patrzeć na kolegę, który w swoim paryskim mieszkaniu hoduje szczypiorek i trawę cytrynową, a teraz zasuwa okapującego musztardą hamburgera. Przy stoliku obok siedzi pracownik Eurocar, firmy, od której chcieliśmy wynająć samochód. Dlaczego za dwa tysiące? – „Wilno to jest wschodnia Europa, jeśli chcesz wynająć samochód w tej części kontynentu i zwrócić go w drugiej, wychodzi w tysiącach”. Z ciekawości sprawdzam na stronie: za taki sam samochód wynajęty na dwa dni we Francji i zwrócony w Hiszpanii zapłacilibyśmy poniżej 200 euro. Witamy w zjednoczonej Unii.

Warszawa, 9 godzin i jedną przesiadkę później

W okienku z informacją Pani twierdzi, że nigdzie się dzisiaj nie wydostaniemy. Jedynie jutro o szóstej rano do Berlina. Sekundę potem jakiś mężczyzna podtyka mi pod nos zdjęcie obskurnego pokoju i podaje cenę wyższą, niż ta, którą zapłaciliśmy za mieszkanie w Wilnie dla sześciu osób. Nie ma to jak solidarność w kryzysie. „Proszę się decydować, bo ja tu długo stać nie będę...” Ja również – myślę i podchodzę do punktu z internetem. Z rozkładu jazdy wynika, że za dwie godziny jest pociąg do Paryża, przez Berlin... Nic nie rozumiem. Ustawiamy się w gigantycznej kolejce do kasy międzynarodowej – może w inny okienku będzie inna wersja zdarzeń. Rzeczywiście, bilety są, na dziś, na 23 do Berlina. Przyjazd o 8 rano. Upojeni szczęściem postanawiamy coś zjeść. Z dworca jest wejście niemal wprost do galerii handlowej Złote Tarasy. „Wow, tego się nie spodziewałem” – słyszę za sobą głosy kompanów i czekająca mnie podróż robi się jakby lżejsza.

Pociągi jeżdżące po całej Europie chyba nigdy nie były równie międzynarodowe, co w czasie feralnych dni kwietnia. Przedział dzieliliśmy z Duńczykami, Niemką i Australijką wracającą z Talina do Edynburga. No i na co myśmy mieli narzekać? Na korytarzu Anglicy i Amerykanie znaleźli wspólny język przy butelce Whisky. Siedząca obok nas, na oko 60-letnia pani, która mówiła w trzech językach i była w każdym z miejsc, z których pochodziły osoby w przedziale, prawie straciła przytomność po wizycie w pociągowej toalecie. Zrozumiałam, gdy zobaczyłam.

Berlin, 9 godzin i trzy przesiadki później

Berlin Hauptbahnhof. Sami będąc w opłakanym stanie, cieszymy oko schludnym, przejrzystym wnętrzem dworca. Biuro obsługi pasażerów. Schludna i rzeczowa Pani uprzejmie wyjaśnia, w którą kolejką mamy się ustawić. W czasie, gdy staramy się dogadać z kasjerką pół po angielsku, pół po niemiecku, naszą uwagę przyciąga jej kolega po fachu, usiłujący wytłumaczyć coś pewnej Azjatce. Blond urzędnik ma podwinięte rękawy, rozpięty kołnierzyk i zabójstwo w oczach. Spod okularów patrzy na swoją ofiarę, a jego głos balansuje gdzieś na granicy normalnej mowy i krzyku. Przypomina mi się film „Upadek”, w którym grany przez Michaela Douglasa mężczyzna, zwolniony z pracy i po sprawie rozwodowej, nie wytrzymuje napięcia i wraca do domu zabijając po drodze kilka niewinnych osób.

Tymczasem obsługująca nas kasjerka znalazła nam jedne z ostatnich miejsc w pociągu do Paryża. Cena zbija nas z tropu, zastanawiam się, czy pod koniec miesiąca mam jeszcze tyle na koncie. „Ceny mogą się obniżyć dopiero w sobotę” – mówi. Razem z popytem... pięknie. Kolega z Madrytu rezygnuje i zapisuje się jako 60 osoba na liście oczekujących na autobus. Ja i drugi kompan, który na następny dzień ma lecieć do Nepalu, kupujemy bilety.

Paryż, 7 godzin i trzy przesiadki później

Fotele, w którym można zasnąć, toalety, do których można wejść i wagon restauracyjny sprawiły, że dotrwaliśmy do końca naszej podróży. Minęło 36 godzin po tym, jak wyruszyliśmy z Wilna, a 54 od momentu, gdy po raz pierwszy próbowaliśmy się z niego wydostać. Na drugi dzień usłyszałam od kolegi: „Wow, z Wilna do Paryża pociągiem? Musiało być świetnie!”.