Pokaż kolor paszportu a powiem ci, kim jesteś

Artykuł opublikowany 25 listopada 2008
Artykuł opublikowany 25 listopada 2008

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Półtora roku po tym, jak władze Estonii przeniosły pomnik radzieckiego żołnierza z centrum Tallina na obrzeża miasta, stawiamy pytanie: czy trudna lekcja nauczyła czegoś estońskich polityków i podzielone społeczeństwo?

Siedząca w pubie Molly Malone na starówce Tallinu Rusłana nie chce, byśmy zrobili jej zdjęcie. Jest bezpaństwowcem rosyjskiego pochodzenia, podobnie zresztą jak 116 tysięcy innych mieszkańców Estonii. Tak zwany niebieski paszport, czyli estońskie obywatelstwo, otrzymają dopiero po zdaniu egzaminów z języka i znajomości konstytucji. „Mam szary paszport i dobrze mi z tym” – zauważa. 24-letnia rosyjska tancerka flamenco z białą cerą i różowymi paznokciami tłumaczy, że bezpaństwowcy mogą podróżować zarówno po Unii Europejskiej jak i Rosji bez wizy. Nie ma też kłopotów z założeniem konta w banku, czy ubezpieczeniem. „Spędziłam w Estonii całe życie, ale myślę po rosyjsku i mówię w obcym języku tylko jeśli muszę” – mówi Rusłana.

Estończycy, Rosjanie i tamten dzień

Podczas, gdy kelnerka Marie przynosi Rusłanie kolejna butelkę Smirnoff Ice, dziewczyna przyznaje, że nie umówiłaby się z żadnym Estończykiem. „Źle bym się czuła, gdybym zapomniała jakiegoś wyrazu” – tłumaczy. To wersja oficjalna – prawdę zachowa dla siebie. Rosjanka ma żal do swojej przyjaciółki Olgi, naturalizowanej Estonki z niebieskim paszportem. „Zadajesz się z Estończykami zamiast z nami. Mówisz ich językiem więcej, niż swoim” – wypomina jej Rusłana. Dlaczego dzieli przyjaciół na rosyjskich i resztę? „Nie mam żadnych estońskich przyjaciół” – odpowiada bez cienia wstydu.

Rodowity Estończyk Andrus przyjaźni się z przedstawicielami rosyjskojęzycznej mniejszości, która w Estonii stanowi aż 1/3 całej populacji. „Pomnik radzieckiego żołnierza symbolizował ich zabitych synów, mężów i ojców” – przyznaje. Jednak wraz z kolejnym wypitym piwem jego opinie stają się bardziej radykalne. „W samym centrum stolicy miałeś pomnik pier…… radzieckiego wyzwoliciela! Nienawidziłem go – żołnierz nigdy nie będzie symbolem pokoju” – mówi. Jego przyjaciel Kristjan z socjaldemokratycznej młodzieżówki wyraża się z większym dystansem. „Ludzie mają różne wspomnienia i należy to uszanować. A my mamy poważniejsze problemy od przenoszenia pomników” – zauważa.

„To niezwykle złożony problem powiązany z tak zwaną polityczną wojną o pomniki, historią drugiej wojny światowej, sporami etnicznymi i polityką imigracyjną”

Vadim Poleshchuk, radca prawny i analityk z Prawnego Centrum Informacyjnego o Prawach Człowieka (LICHR) odkłada emocje na bok. „Pomnik stał na swoim miejscu przez blisko piętnaście lat i nikomu nie zawadzał. Tuż przed wyborami parlamentarnymi temat wyciągnięty przez prawicowych ekstremistów podchwycili i wykorzystali politycy” – tłumaczy Poleshchuk. Policyjne raporty dowodzą, że Federacja Rosyjska nie miała żadnego bezpośredniego udziału w ulicznych zamieszkach. „To niezwykle złożony problem powiązany z tak zwaną polityczną wojną o pomniki, historią drugiej wojny światowej, sporami etnicznymi i polityką imigracyjną” – wylicza analityk. Innego zdania jest Marko Mihkelson, przewodniczący komitetu ds. Unii Europejskiej estońskiego parlamentu. „Pod wpływem propagandy rosyjskich mediów i dezinformacji ludzie zostali wypchnięci na ulicę by walczyć o coś, czego nie rozumieli” – przekonuje Mihkelson.

Pomnikowy pretekst

Analizy przeprowadzone po wydarzeniach z kwietnia 2007 dowodzą, że znacząca część rosyjskojęzycznej mniejszości skarży się na dyskryminację w pracy. Estończycy na tych samych stanowiskach dostają wyższe pensje, mogą łatwiej piąć się po szczeblach kariery i piastują zarezerwowane wyłącznie dla nich najwyższe stanowiska prywatnych firm oraz państwowych państwowych instytucji. Parlamentarzysta Marko Mihkelson jest odmiennego zdania i przekonuje, że zarówno estońskie przepisy jak i praktyki należą do najbardziej liberalnych w Europie. „Jestem pewien, że istnieją konkretne procedury, po których spełnieniu można otrzymać polskie, niemieckie czy francuskie obywatelstwo. Nie rozumiem ludzi, którzy nazywają nasze zasady poniżającymi” – dziwi się. Sęk w tym, że żadne z tych państw nie wymaga zdawania zarówno egzaminu językowego, jak i ze znajomości konstytucji.

Tymczasem z badań analityków wynika, że osoby rosyjskojęzyczne są nękane i dyskryminowane oraz cierpią z powodu językowej oraz obywatelskiej polityki Estonii. Marie, ładna ciemnowłosa rosyjska kelnerka z Molly Malone robi sobie przerwę na papierosa. Mówi perfekcyjnie po angielsku, estońsku i rosyjsku. Niespodziewanie przyznaje, że też jest „szara”. „Już od czterech lat ubiegam się o niebieski paszport. Zdawałam oba wymagane egzaminy kilkukrotnie, ponieważ urzędnicy pracowali tak wolno, że ich ważność wygasała. Teraz muszę odczekać kolejne półtora roku, żeby wreszcie otrzymać estońskie obywatelstwo” – mówi z ironicznym spojrzeniem. „Niewątpliwie mamy problemy z biurokracją, ale tylko w szczególnych przypadkach jak ten” – komentuje Marko Mihkelson. „Proszę jednak nie mówić, że biurokracja istnieje tylko w Estonii” – dodaje.

Sondaż przeprowadzony przez LICHR w 2005 roku wykazał, że 53 procent nie-Estończyków uważa, że ustawa o języku narusza ich prawa. 47 procent pośród mniejszości negatywnie ocenia też estońskie prawo obywatelskie. 42 procent naturalizowanych Estończyków i 45 procent bezpaństwowców miało trudności ze znalezieniem pracy, podczas, gdy tylko 16 procent rodowitych Estończyków przyznało się do podobnych trudności. Wreszcie, ponad 63 procent Estończyków zauważa, że grupy etniczne są od siebie odizolowane. Podobne zdanie ma 59 procent przedstawicieli mniejszości. Warto dodać, że spis ludności z 2000 roku dowiódł, iż liczba etnicznych Estończyków w Tallinie ledwie przekracza połowę wszystkich mieszkańców.

Wnioski? W zasadzie to… żadnych

Czy po zamieszkach wokół radzieckiego pomnika rząd Estonii zmienił cokolwiek w polityce imigracyjnej, by zapomnieć ponownemu wybuchowi niepokojów społecznych? „W zasadzie, to nie” – przyznaje Marko Mihkelson. „Ale nie dokonamy poważnych zmian w naszym prawie obywatelskim ani nie będziemy przyznawali obywatelstwa każdemu za nic” – tłumaczy. Zapowiada jedynie, że przyznano dużą sumę pieniędzy na przyszłoroczną kampanię informacyjną skierowaną do bezpaństwowców, „aby zrozumieli, dlaczego przyjęcie estońskiego obywatelstwa jest dla nich dobre”.

„Nie można tak po prostu przyśpieszyć historycznych i socjologicznych zmian”

Vadim Poleshchuk zwraca uwagę, że zeszłoroczne zamieszki doprowadziły do jednej znaczącej zmiany w przepisach. „Zakres praw i przywilejów estońskich służb porządkowych został znacznie poszerzony” – mówi. „Jeśli uważają, że takie wydarzenie już się nie powtórzy, to po co zmienili te przepisy?” – pyta Poleshchuk. Po wojnie w Gruzji, gdy Rosjanie powoływali się na konstytucyjne prawo do ochrony swoich obywateli, Estończycy obawiają się kolejnej prowokacji. Mihkelson spodziewa się, że jego kraj „stanie się normalna” w ciągu kolejnych piętnastu lat. „Nie można tak po prostu przyśpieszyć historycznych i socjologicznych zmian” – zauważa polityk.

Podczas, gdy za oknem irlandzkiego pubu zimny wieczór przechodzi w głęboką noc, Olga kończy burzliwą dyskusję młodych ludzi pamiętną konkluzją: „Nie jesteśmy wrogami, ale też boimy się zostać przyjaciółmi. Mówimy do siebie, ale nie słuchamy. Zauważamy swoje problemy, lecz nie patrzymy na nie. Rozmawiamy ze sobą, ale się nie rozumiemy. I to jest esencja Estonii”.

Podziękowania dla ekipy cafebabel.com z Tallina, a zwłaszcza dlaMargarity Sokolovej iGiovanniego Angioniego za ich pomoc!