[pol] Opuszczając dom: rzeczy ponad granicami.

Artykuł opublikowany 19 stycznia 2016
Artykuł opublikowany 19 stycznia 2016

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

W Le Musée de l’histoire de l’immigration w Paryżu znajduje się wystawa stała La Galerie des dons. Opowiada historie migrantów, którzy w ciągu minionych wieków rozpoczęli nowe życie we Francji, przy pomocy obiektów które towarzyszyły im w podróży. Postawiliśmy to samo zadanie, wybrania trz przed nową generacją migrantów – Babilończykami, którzy zdecydowali się na podróż z biletem w jedną stronę.

Elettra - Włoszka w Edynburgu

Elettra przebyła długą drogę, zanim dotarła do Szkocji. Sześć lat temu opuściła Włochy by udać się Berlina – miasta wyzwolenia, zerwania więzów z przeszłością i rozpoczęcia nowego życia u progu dorosłości. Podczas tych pierwszych dni w Niemczech, matka wysłała jej ręcznie dziergany koc. Kiedy przemierzała kontynent od Genewy do Brukseli, jeszcze zanim osiadła w Edynburgu, pomagał on jej uporać się z jednym, co łączyło wszystkie miasta – nieznośnym uczuciem tęsknoty za domem. Co więcej, koc był nieoceniony dla dziewczyny z południa w adaptacji na zimnej północy. Sprawiał, że czuła się bezpiecznie i choć trochę jak w domu.

Przenosząc się z kraju do kraju nie tylko tęsknota staje się problemem. Normalne czynności, takie jak zapisanie się na siłownię, wymagają wtajemniczenia w nowe procedury i języki. Dlatego Elettra zawsze bierze buty do biegania – najłatwiejszego sposobu utrzymania dobrej formy. Kiedy przebiega przez okolice, które aktualnie nazywa domem – nowe ścieżki i tajemnicze przejścia pojawiają przed nią. Bieganie jest także pewną terapią. Czy deszcz, czy wiatr, czy palące słońce – nie potrafi wyobrazić sobie życia bez biegu.

W pracy, zabawie czy życiu rodzinnym – wszyscy mamy swoje potrzeby. Dla Elettry przejawiają się one w postaci śniadania. Jedną z najbardziej bolesnych adaptacji jakim musiała się poddać, było przyzwyczajenie się do słonych śniadań. We Włoszech, poranki są trochę słodsze – z croissantami i innymi słodkimi przekąskami. Do tego, oczywiście – kawa, napój traktowany przez Elettrę z nieomal nabożnym szacunkiem. Niezadowolona prostym espresso, jej kawowy arsenał zawiera kawę jęczmienną, orkiszową i cykoriową – zawsze i wszędzie pite w jej ulubionym kubku. Z kraju do kraju, ten niepozorny kubek wrzuca ją na wysokie obroty każdego ranka – przeklinając po włosku!

Mila - Macedonka w Kopenhadze

Dwa i pół roku wcześniej największym marzeniem Mili były studia za granicą. Przeprowadzka do Danii dała znakomitą możliwość do jego spełnienia, nawet jeżeli towarzyszyły temu sporadyczne ataki tęsknoty za rodziną i przyjaciółmi. Dla Mili, Macedonia to nieodmiennie ci, których pozostawiła za sobą. Dlatego od razu wskazała swój kubek z Koziorożcem, prezent od przyjaciółki, która mieszkała na tej samej ulicy północno wschodnich przedmieść Skopje. Przedstawiając jej znak zodiaku – „Najlepszy”, jak sama zapewnia – zawsze dumnie prezentuje się na jej biurku, zawierając akademicki zestaw pierwszej pomocy: długopisy i zakreślacze. Po przetrwaniu wielu upadków stał się także symbolem siły i wytrzymałości, udowadniając, że wspomnienia dzieciństwa pozostają żywe, nawet tak daleko od domu.

Drugi przedmiot wybrany przez Milę to prezent otrzymany od Mamy. Zaczytany egzemplarz „Mnicha, który sprzedał swoje Ferrari”, w jej ojczystym języku macedońskim, uważa za ważny z dwóch powodów. Po pierwsze, jej mama chciała mieć pewność, że zawsze będzie robiła rzeczy, które czynią ją szczęśliwą – co jest głównym przesłaniem tej książki. Po drugie, fakt że książka jest wydana po macedońsku jeszcze silniej łączy ją z jej rodziną. Lektura to prawie jak rozmowa z mamą, co zawsze pomaga w chwilach zwątpienia i melancholii.

Ci, którzy dobrze znają Milę wiedzą, że uwielbia filiżankę dobrej herbaty. W nieustannym biegu kultury kawoholików, wspólna filiżanka herbaty staje się relaksującym akcentem pozwalającym zacieśniać więzi. Opuściwszy Macedonię, praktykowała ten zwyczaj nie zależnie od tego gdzie się znalazła, korzystając z biało-niebieskiego zestawu do herbaty, który znalazła na Ukrainie. Pomimo kruchości porcelany, przetrwał on lot bez żadnych uszczerbków – symbolizując jego powiązanie z jej koncepcją domu.

Angelo - Włoch w Londynie

Kiedy spytaliśmy Angelo, jakie trzy przedmioty sprawiają, że myśli o domu odpowiedział z pełnym przekonaniem, że wystarczy jeden – jego zasłużona kawiarka. Kiedy osiadał w Londynie w 2013, był to jedyny przedmiot, jakiego nie mógł za sobą pozostawić. Dostosowując swój przyjazd do Karnawału Notting Hill, wyruszył do stolicy aby spróbować swoich sił w dziennikarstwie. Kiedy staże i godziny spędzone na pisaniu narastały – w gorączkowej stolicy Wielkiej Brytanii – kawiarka zawsze pomagała mu dotrwać do końca zadania. „Dla włoskiego dziennikarza-kawoholika” tłumaczy „mokka jest najlepszym przyjacielem”.

Do niedawna na jego liście mogłaby się znaleźć jeszcze jedna rzecz – tradycyjne Tortellini z jego rodzinnego miasta Piacenzy. Jednak, jego przejście na wegetarianizm przerwało wspomnienie właśnie tego smaku z domu. Dumny z bycia częścią rosnącej włoskiej społeczności wegetarian i wegan, na szczęście wciąż może ratować się ich serowym odpowiednikiem – Anolini, więc kiedy odwiedzi dom w święta, będzie mógł podtrzymać tą lokalną tradycję

Joseph - Brytyjczyk w Paryżu

As Joni Mitchell so rightly sang: "You don't know what you got 'til it's gone." That's doubly true for things that makes you think of home. When Joseph left his UK hometown of Norwich, he had little taste for the city's most famous export: Colman's Mustard. Yet as the year's go by and he stays away, the simple condiment takes on stronger symbolic meaning. Nowadays a jar perpetually rests on his shelf—whether or not it ends up on his plate.

Joni Mitchell słusznie śpiewała „Nie wiesz co masz, dopóki tego nie stracisz”. I to jest jeszcze bardziej prawdziwe dla rzeczy, które kojarzą się z domem. Kiedy Joseph opuszczał swoje rodzinne miasto w Wielkiej Brytanii – Norwich, nie był miłośnikiem najsłynniejszego towaru eksportowego miasta – Musztardy Colman's. Jednak wraz z upływem czasu, ta prosta przyprawa nabrała symbolicznego znaczenia. Teraz zawsze jej słoik jest na półce – nie ma znaczenia, czy będzie też na talerzu.

Zajmuje tam honorowe miejsce, tuż obok obrazka z dwoma dinozaurami w szykownym welonie i krawacie. Zostały narysowane jako prezent pożegnalny przez jego przyjaciela, kiedy Josepeh opuszczał Brytanię dla Miasta Świateł. Jurajskie przedstawienie jego wesela pokazuje dwa szczęśliwe T-Reksy we francuskiej stolicy. Połączenie tego co było i tego co będzie, łączy stare życie z nowym, zawierając dom we wszystkich jego znaczeniach.

W La Galerie des dons, wiele eksponatów pokazuje znaczenie, jakie mają narzędzia pracy. Kucharz w długą podróż bierze drewnianą łyżkę, muzyk zaś swoje skrzypce. Dla dziecka cyfrowej generacji nic nie jest bardziej wyniszczające niż technologiczne braki. Bardziej niż bariera językowa – wyzwanie, które można pokonać entuzjazmem – ta komunikacyjna przeszkoda była już zbyt wielka. To dlatego klawiatura QWERTY jest ostatnim wyborem Josepha. Młody, brytyjski pisarz nie jest w stanie ot tak wymazać lat pamięci mięśniowej, nawet w kraju, w którym króluje AZERTY.

---

La Galerie des dons is a permanent exhibition at Le Musée de l’histoire de l’immigration in Paris.

Anolini Image: (c) Gail/Flickr

Mustard Image: (c) Karen Booth/Flickr

QWERTY Image: (c) Josh Michael G. Belarmino/Flickr

---

This article forms part of our special end of year dossier for 2015, this year themed around the notion of 'Home'.

---

Author: Joseph Pearson