polityczna samojebka

Artykuł opublikowany 3 stycznia 2014
Artykuł opublikowany 3 stycznia 2014

Wy­obraź­cie sobie świat, w któ­rym po­li­ty­kę upra­wia się tylko przez por­ta­le spo­łecz­no­ścio­we. Czy jest tam miej­sce dla praw­dzi­wych osób? Czy nasze wir­tu­al­ne pro­fi­le staną się na­szy­mi twa­rza­mi, a posty za­stą­pią wszel­kie dzia­ła­nia? Coraz wię­cej po­li­ty­ków de­cy­du­je się na pracę w po­je­dyn­kę. A co by się stało, gdyby po­li­ty­kę oprzeć wy­łącz­nie na „sel­fie”?

Wziął do ręki swo­je­go smart­pho­na i za­twe­eto­wał: „go­dzi­na 7:00, szyb­ka po­bud­ka, sok po­ma­rań­czo­wy i bułka z cze­ko­la­dą”. Kiedy się ubie­rał, zna­lazł w kie­sze­ni kilka ulo­tek, z któ­rych za­czę­ła już scho­dzić farba, po­mi­mo tego, że kilka go­dzin wcze­śniej wy­szły z jego dru­kar­ni. Był wście­kły. Jak można wy­dru­ko­wać tak nie­trwa­łe ulot­ki? Po­sta­no­wił na­tych­miast za­te­le­fo­no­wać do swo­ich ludzi. Jego palce były jesz­cze mokre od wody, którą wcze­śniej czy­ścił swój fejs­bu­ko­wy pro­fil, co utrud­ni­ło mu wy­bie­ra­nie nu­me­ru. Osu­szył je w po­śpie­chu mię­dzy jed­nym su­char­kiem a dru­gim, przez co nie­ste­ty tro­chę dżemu skap­nę­ło na ekran smart­pho­ne'a. Za­klnął siar­czy­ście, zło­rze­cząc całej eki­pie swych spe­cja­li­stów od pi­ja­ru. „Dość już tego” - po­wiedział sobie w duchu. „Nawet gdyby miał mnie do­się­gnąć gniew sa­me­go Zwac­ken­ber­ga, gdy tylko wyjdę z tej ta­bli­cy, zwol­nię ich wszyst­kich!”

Do­je­chaw­szy na plac Re­pu­bblo­ga wkro­czył do sie­dzi­by par­tii oczer­nia­jąc wszyst­kich wo­lon­ta­riu­szy, któ­rzy or­ga­ni­zo­wa­li kam­pa­nię wy­bor­czą. Zo­ba­czył mysz­kę prze­my­ka­ją­cą cicho wzdłuż ko­ry­ta­rza i chwy­cił ją zanim zdą­ży­ła schro­nić się w to­a­le­cie. Pod­piął kabel do pierw­sze­go kom­pu­te­ra, który udało mu się zna­leźć i, ku prze­ra­że­niu przy­ja­ciół, wo­lon­ta­riu­szy i współ­pra­cow­ni­ków – jed­nym, pro­stym klik­nię­ciem po­słał do dia­bła całą ekipę swego szta­bu wy­bor­cze­go. Ska­so­wał wszyst­kie osoby, które po­ma­ga­ły mu przez ostat­nie mie­sią­ce, a zro­biw­szy to, na­tych­miast ode­tchnął z ulgą. Na jego twa­rzy po­ja­wił się szy­der­czy uśmiech. Po­sta­no­wił uwiecz­nić go na sa­mo­jeb­ce, po czym nie­zwłocz­nie opu­bli­ko­wać na fej­sie. Na­resz­cie uzy­skał pełną kon­tro­lę nad swoją kam­pa­nią wy­bor­czą i nad swoim losem. Teraz cze­kał na niego ostat­ni kon­gres par­tyj­ny, a póź­niej już tylko wy­bo­ry. 

Ko­lej­ne dni dzie­lą­ce go od kon­gre­su spę­dził spo­koj­nie w domu, się­dząc w swoim fo­te­lu. W ręku bez prze­rwy trzy­mał swo­je­go smart­pho­ne'a i twe­eto­wał w rytm wła­sne­go od­de­chu. Robił sobie zdję­cia w sy­pial­ni, w ła­zien­ce, pod­czas wy­ko­ny­wa­nia co­dzin­nych zajęć - każda chwi­la sprzy­ja­ła sa­mo­jeb­ce. Go­to­we uję­cia wy­sy­łał do wszyst­kich swo­ich no­wych zna­jo­mych, lub do­da­wał je do swo­ich wir­tu­al­nych al­bu­mów. Jego flickr był już tak na­ła­do­wa­ny zdję­cia­mi, że mu­siał sobie za­ło­żyć dwa nowe konta. Tym­cza­sem gu­ghel za­blo­ko­wał mejle przez niego wy­sy­ła­ne oskar­ża­jąc go o to, że „spa­mu­je cały kraj”. W przed­dzień kon­gre­su był prze­ko­na­ny, że kam­pa­nia wy­bor­cza, którą sam zre­ali­zo­wał była naj­bar­dziej spo­łecz­no­ścio­wa w hi­sto­rii po­li­ty­ki.

W dniu kon­gre­su obu­dził się na czas, wziął do ręki swo­je­go smart­pho­ne'a i za­twe­eto­wał: „go­dzi­na 7:00, szyb­ka po­bud­ka, sok po­ma­rań­czo­wy i bułka z cze­ko­la­dą”. Kiedy się ubie­rał zna­lazł w kie­sze­ni kilka po­stów, ale sta­rych, sprzed kilku go­dzin. Wi­docz­nie za­po­mniał umie­ścić je na ta­bli­cy. Po­sta­no­wił opu­bli­ko­wać swoje zdję­cie – po­ka­zać świa­tu jak ide­al­nie jest ubra­ny, za­pię­ty na ostat­ni guzik i jak z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­ku­je wiel­kie­go wy­da­rze­nia. Jego palce, jesz­cze mokre od wody, którą wcze­śniej czy­ścił­ swój fejs­bu­ko­wy pro­fil, nie po­zwo­li­ły mu na wiele, więc cyk­nął sobie po­pier­sie bez głowy. Szyb­ko osu­szył dło­nie i gdy miał już się­gnąć po su­char­ka, tro­chę dżemu skap­nę­ło mu pro­sto na ekran. Za­klął jak szewc zło­rze­cząc całej eki­pie swych spe­cja­li­stów od pi­ja­ru. Gdy jed­nak zre­flek­to­wał się, że to już nie oni za to od­po­wia­da­ją, za­niósł się dia­bel­skim śmie­chem.

Prze­szedł ulicę Agor­ską, która dziś wy­da­ła mu się dziw­nie pusta. Mię­dzy twe­eta­mi i wia­do­mo­ścia­mi gło­so­wy­mi uno­szą­cy­mi się w po­wie­trzu i ukry­ty­mi mię­dzy naj­węż­szy­mi ulicz­ka­mi, po­czuł się nagle bar­dzo sa­mot­ny. Gdy jed­nak prze­szedł w dół ulicy, do­kład­nie w od­le­gło­ści jed­ne­go metra od sie­bie zo­ba­czył otwar­te­go tum­bl­ra. Zdu­mio­ny zbli­żył się do niego pew­nym kro­kiem, lecz wła­ści­ciel na­tych­miast za­su­nął za­sło­ny. Jego od­po­wie­dzią na to nie­przy­jem­ne wy­da­rze­nie były ob­raź­li­we słowa, które po­sta­no­wił umie­ścić w ko­men­ta­rzu na blogu wła­ści­cie­la tum­bl­ra. Zro­biw­szy to strzep­nął kurz z ma­ry­nar­ki, wziął głę­bo­ki od­dech i po­szedł zna­nym sobie lin­kiem w stro­nę placu Re­pub­blo­ga.

Kiedy do­tarł do sie­dzi­by par­tii, zna­lazł tam tylko mysz­ki prze­my­ka­ją­ce ko­ry­ta­rza­mi. W bu­dyn­ku nie było ży­we­go ducha. Nawet wiel­ki plac, przy któ­rym stał bu­dy­nek, był pusty. Tylko kun­dle i wilki o fos­fo­ry­zu­ją­cych oczach prze­my­ka­ły wzdłuż ulic jak cie­nie. Nagle po­czuł, że wy­peł­nia go pust­ka i za­czę­ło mu się krę­cić w gło­wie. Gdzie się po­dzia­li wszy­scy jego zwo­len­ni­cy? Komu ma wy­re­cy­to­wać swoją mowę za­my­ka­ją­cą kam­pa­nię? W któ­rym mo­men­cie po­peł­nił błąd? „Nie­moż­li­we” - po­my­ślał - „ nigdy jesz­cze nie było bar­dziej spo­łecz­no­ścio­wej kam­pa­nii od mojej”. Kiedy za­mar­twiał się nad tym, co ma robić, jego wzrok padł nagle na stary pla­kat sprzed lat, który przed­sta­wiał ma­sze­ru­ją­cych ludzi. Po­cho­do­wi prze­wo­dził star­szy czło­wiek w ka­pe­lu­szu i ma­ry­nar­ce. U jego boku szła ko­bie­ta z małym dziec­kiem na ręku. Pod­pis na pla­ka­cie gło­sił: „Czwar­ty Stan”. Pa­trzył za­my­ślo­ny na ten obraz i nagle kil­ka­dzie­siąt lat hi­sto­rii prze­mknę­ło mu przed ocza­mi. Na jego twa­rzy za­ry­so­wał się szcze­ry uśmiech i spoj­rzał w sufit z wy­ra­zem twa­rzy kogoś, kto wszyst­ko zro­zu­miał. Po­czu­cie osa­mot­nie­nia na­tych­miast ode­szło w nie­pa­mięć. Od­wró­cił się ple­ca­mi do pla­ka­tu, twarz zwró­cił w stro­nę okna. Słoń­ce do­kład­nie oświe­tla­ło każdy ele­ment jego ob­li­cza, które od­ci­na­ło się teraz na tle pla­ka­tu. Za­nu­rzył rękę w kie­sze­ni i jak co­dzien­nie chwy­cił swo­je­go smart­pho­na, uniósł go na wy­so­kość twa­rzy i uwiecz­nił swą po­do­bi­znę.

Ten ar­ty­kuł sta­no­wi część serii ar­ty­ku­łów pod­su­mo­wu­ją­cych rok 2013, którą po­sta­no­wi­li­śmy po­świę­cić nar­cy­zmo­wi i sze­ro­ko po­ję­tej sa­mo­jeb­ce­