Przeżycia włoskiej praktykantki w Limerick

Artykuł opublikowany 19 marca 2015
Artykuł opublikowany 19 marca 2015

Właśnie zakończyłam półroczną praktykę w małym biurze podróży w irlandzkim Limerick, mieście jednocześnie wyspiarskim i bezpretensjonalnym. Zawsze będę pamiętać o rugby, irlandzkich śniadaniach i gościnności.

Moja ostatnia niedziela w Limerick była dziwnym dniem. Siedziałam sama w kawiarni i delektowałam się ostatnim w najbliższym czasie irlandzkim śniadaniem. Nie potrafię sobie wyobrazić, z jakiej okazji mogłabym jeść we Włoszech kiełbasę, fasolę oraz jajecznicę, z ogromną filiżanką kawy do kompletu.

Kiedy puby zapełniają się ludźmi wyczekującymi rozpoczęcia meczu Pucharu Sześciu Narodów pomiędzy AngliąIrlandią, ulice wydają się spokojne i wyludnione. Limerick jest ojczyzną legendarnej drużyny Munster, która w 1978 roku pobiła All Blacks 12-0. Tutaj rugby nie jest po prostu pasją, to niemalże religia.

Po spędzeniu pięciu miesięcy w Limerick zaczynam dobrze poznawać miasto - jednocześnie wyspiarskie i bezpretensjonalne. Centrum otoczone jest rzeką Shannon, a przedmieścia rozciągają się aż do terenów wiejskich. Całą okolicę zdobią dziwaczne budynki skonstruowane podczas boomu mieszkaniowego na początku lat dwutysięcznych.

Irlandia to europejskie peryferia, ziemia emigrantów i ofiara wiatrów znad oceanu i zmian historycznych. Zamieszkałam tutaj przez przypadek. Jeśli chodzi o wybór miejsca praktyki w ramach programu Erasmus, pierwszy na myśl przyszedł mi Londyn. Jednak po (niedługim) zastanowieniu zdecydowałam się ulec mojej niepoprawnej słabości do prowincji, regionów najbardziej odizolowanych. Ostatecznie chyba nigdy nie przyzwyczaiłabym się do życia w stolicy, która jednocześnie mnie fascynuje i przeraża. W pewną październikową niedzielę, po przejechaniu całego kraju pociągiem i ujrzeniu trzech czy czterech tęczy, przybywam więc do smutnego stab city, czyli do miasta znanego z napaści z nożem w ręku.

Nowe miasto, nowe zwyczaje

Mieszkam w domu położonym blisko centrum miasta, który dzielę z „dorosłymi” współlokatorami. Zawsze jestem zdziwiona, widząc, do jakiego stopnia przebywanie w domu z kilkoma dorosłymi i pracującymi osobami – więc nie tylko studentami – tworzy wspólne życie. Gospodarz domu jest miłym i uprzejmym mężczyzną zbliżającym się do sześćdziesiątki. Ten były marynarz powrócił do Irlandii na początku lat 90., straciwszy pracę w latach największego kryzysu. Dziś żyje dzięki niewilekiej emeryturze. Cena za wynajem pokoju okazuje się nieco wyższa niż we Włoszech, tak samo jak ogólne koszty utrzymania. Trochę oszczędzam na transporcie, ponieważ koleżanka podwozi mnie do pracy, która znajduje się niemalże na drugim końcu miasta. Przeżywam miesiąc za prawie 600 euro, z czego 350 przeznaczam na czynsz i opłaty. Nie oszczędzam aż tyle na transporcie, jednorazowy bilet autobusowy kosztuje 2€, a tygodniowy 20€.

Odbywam bezpłatne szkolenia w małym biurze, które zajmuje się organizowaniem wyjazdów studyjnych i podróży na kursy językowe. W ciągu pierwszych tygodni czuję się wyczerpana, bo nie byłam przyzwyczajona do przebywania poza domem przez 8 godzin z rzędu lub skupiania się przez tak długi czas. Każdego wieczoru wracam zmęczona i o 20:00 jestem już pod kołdrą (nie wychodzę spod niej aż do następnego poranka). Jednak z czasem wszystko zmienia się na lepsze i ostatecznie mogę powiedzieć, że kiedyś będzie mi brakowało rutyny pracy od 9:00 do 17:00. Tak samo, jak tego nowego zwyczaju picia piwa między 17.30 i 19.00, żeby się odprężyć.

Dużo nauczyłam się na temat tego, co pociąga za sobą dorosłe życie: przebywanie wiele kilometrów od domu rodzinnego, bez znajomości, bez wieloletnich przyjaciół, obowiązek ruszenia naprzód i budowania wszystkiego od zera, pozbawiona wolnego czasu, ale z wieloma obowiązkami. Pięć miesięcy nie wystarczy, by powiedzieć, że wszystko mi się udało, ale udowadnia, że nie jest to niemożliwe.

Serdeczność Irlandczyków, która musi być wpisana w ich DNA, bardzo mi pomogła. W tak małym mieście, jak Limerick, gdzie nie ma wielkomiejskiej atmosfery Dublina, obcokrajowiec postrzegany jest jak coś cennego i egzotycznego. Wszyscy dbają, aby czuł się jak w domu. W ciągu tych ostatnich dni przed opuszczeniem miasta żegnam się, wzruszona, z kasjerkami w supermarkecie, kucharzami ze stołówki, handlowcami, agentami nieruchomości, fryzjerami, kierowcami autobusów – wszystkimi tymi osobami, które są dowodem nieoczekiwanej życzliwości, jaka naznaczyła ten epizod mojego życia.

Farewell, Ireland. Wracam do domu, zabierając biografię Joyce’a w formie komiksu, flagę Munster, nową pasję do whisky i pewne znudzenie brytyjskim akcentem. Jestem również bogatsza o dodatkowe doświadczenie, niekoniecznie łatwe ani spokojne, ale na pewno kształcące i wzbogacające.

Jestem jednakże gotowa, by powrócić do mojego życia jako studentki, mam jaśniejsze wyobrażenie mojej przyszłości i własnych zdolności. Ale przed tym zamierzam pozwolić sobie na dwa tygodnie wakacji, aby jeszcze trochę popodróżować po tym przyjaznym kraju. Czyż marzec – deszczowy sezon – nie jest chwilą na to idealną?

Pochodzą z różnych środowisk, krajów i kultur. Żyją jak współcześni nomadzi – nie wiadomo, w jakim mieście spotkasz ich jutro, a w jakim pojutrze. Jedną rzecz w tym szaleństwie da się jednak przewidzieć – w pewny momencie każdy z nich wyląduje na stołku stażysty. Portrety europejskich stażystów w 2015 roku.