Przyjazd do Aten: z deszczu pod rynnę

Artykuł opublikowany 28 kwietnia 2016
Artykuł opublikowany 28 kwietnia 2016

Kryzys gospodarczy pozostawił głębokie ślady na stolicy Grecji. Pomimo pakietów pomocowych sytuacja w Atenach się nie poprawia, a ostre cięcia budżetowe jeszcze ją pogarszają. Duża część greckiego społeczeństwa zubożała, zaś prawie połowa młodych nie ma pracy. Coraz większej liczbie ludzi grozi życie na ulicy. Powoli wszyscy już tracą nadzieję.

Jak gdyby niewesoły los samych Greków nie był wystarczającym problemem, miasto walczy od dłuższego czasu z nowym wyzwaniem: przybyciem tysięcy zrozpaczonych uchodźców, którzy z powodu zamknięcia granicutknęli tutaj na szlaku bałkańskim podczas ucieczki przed wojną i biedą. Zdaje się, że obecnie Ateny to miejsce, w którym spotykają się główne problemy europejskie i globalne. Wędrówka przez miasto w stanie zamętu.

Kryzys nie pozwala na marzenia

Shedia, nowe wydanie Shedii!” – już z daleka słychać głos Marii, która sprzedaje gazety przy wejściu do metra Metaxourgio, oddalonego o zaledwie dwa kilometry od Akropolu. Ubrana w jaskrawoczerwoną koszulę i czapkę, młoda kobieta ma nadzieję, że wśród przechodzącego tłumu znajdzie odbiorcę greckiego gazety ulicznej Shedia. Jednak, podobnie jak przy sprzedawcach losów na loterię i wycieczek autobusowych do Albanii oraz przy kobietach, które namawiają do kupna kart SIM, przy Marii również mało kto się zatrzymuje. W czasach kryzysu trudno sprzedać cokolwiek.

Napisy angielskie dostępne w opcjach w prawym dolnym rogu ekranu.

Ta 30-letnia Greczynka jeszcze przed kilkoma laty nie myślała, że tu wyląduje. Jej przyszłość rysowała się obiecująco. Studiowała grafikę, którą ukończyła z wyróżnieniem – w samym środku kryzysu finansowego. „Nieważne, co zrobiłam, wszyscy mówili mi tylko, że muszą zwalniać coraz więcej ludzi. Nikt nie chciał zatrudniać nikogo nowego. To frustrujące, kiedy nie można sobie już pozwolić nawet na kupno podstawowych produktów. Najgorsze jest jednak to, że kiedy nie masz pracy, mózg przestaje ci pracować”. Maria, jej mama i jej brat mieszkają razem u cioci w Nikiei, w biednej dzielnicy portowej miasta. Tylko mama Marii ma pracę – jej pensja ledwie wystarcza na utrzymanie całej rodziny. Góry długów rosną. To życie na granicy nędzy.

Jednak takie historie jak Marii już od dłuższego czasu nie są wyjątkiem. Według badania przeprowadzonego przez Eurostat w październiku 2015 roku 36% Greków żyje poniżej minimum socjalnego. Sprzedaż gazety ulicznej pozwala choć trochę zarobić tym, którzy tego najbardziej potrzebują.  Dzięki temu Maria mogła stanąć z powrotem na nogi. Od dwóch lat, codziennie od 8 do 16, można ją spotkać w jednym z punktów sprzedaży rozsianych po mieście. Połowę dochodów może zatrzymać. Na początku wstydziła się swojej pracy. Gdy spotykała jakiegoś znajomego, oboje zachowywali się tak, jak gdyby się nie znali. Dzisiaj Maria pogodziła się ze swoją sytuacją. „Kryzys nie pozwala na marzenia” – wyjaśnia. Mam 30 lat, powinnam już założyć rodzinę, mieć własny dom. Ale nasze stare wartości gdzieś zniknęły. Nie mam już odwagi marzyć o tych rzeczach. Cieszę się, gdy w ciągu dnia nazbieram tyle pieniądzy, żeby móc wesprzeć moją mamę”. Ostatecznie do końca dnia udało jej się sprzedać 12 egzemplarzy gzaety. 18 euro obrotu – to dobry dzień. Gdy sprzedawca kuponów loteryjnych na pożegnanie przychodzi i daje jej banana, wydaje się być pełna nadziei: „To jest jedyny pożytek z kryzysu– wszechobecna solidarność”.

Prawdziwe oblicze kryzysu

Sama doświadczam tej solidarności wieczorem, kiedy siedzę w samochodzie z pracownikami organizacji pozarządowej EMFASIS. Towarzyszę im w nocnym objeździe. Uzbrojeni w jedzenie, śpiwory oraz artykuły pierwszej potrzeby, wolontariusze ruszają na poszukiwania najbardziej potrzebujących. Pracują dzień i noc. „To nasza zasada, nieść pomoc tym, którzy są w potrzebie. Jesteśmy tu dla nich, słuchamy ich i próbujemy pomóc im odzyskać godność”, wyjaśnia mi młoda studentka psychologii Efremia, która angażuje się w pomoc dla bezdomnych z jej miasta kilka razy w tygodniu. Działalność pracowników socjalnych jest pilnie potrzebna. Skoro tylko zajdzie słońce, a wejścia do domów i otwory wentylacyjne stają się improwizowanymi koczowiskami do spania, na bocznych ulicach Aten widać pełną skalę kryzysu gospodarczego. Rada Praw Człowieka ONZ donosi o ponad 20 tys. bezdomnych w Grecji, z czego 15 tys. w aglomeracji ateńskiej. Od dawna już nie zaliczają się do nich tylko miejscy włóczędzy czy narkomani. „Nowi bezdomni” to coraz częściej Grecy z klasy średniej, którzy w wyniku kryzysu najpierw stracili pracę, a potem dach nad głową. Pomoc społeczna praktycznie nie istnieje. Zasiłek dla bezrobotnych można otrzymywać tylko przez dwa lata. Każdy w Grecji może trafić na ulicę. „Widzę tak wielu młodych ludzi na ulicy, których rodziny się rozsypały. Spotkałam tu nawet swojego dawnego sąsiada”, mówi Efremia, gdy zmierzamy do portu w Pireusie.

Napisy angielskie dostępne w opcjach w prawym dolnym rogu ekranu.

Obok ogromnych promów zacumowanych w porcie kilku bezdomnych zbudowało sobie koczowisko na ławeczkach przeznaczonych dla oczekujących pasażerów. Czekają już na wolontariuszy. Wieczorem rozdajemy ciepłe posiłki, herbatę, a nawet książki na pociechę dla intelektualistów, którym się nie udało. „Możemy pomagać tylko doraźnie” – wyjaśnia Tzoanna, kierownik grupy. „Długotrwałych rozwiązań musi dostarczyć państwo. Jednak na tym polu nic się nie dzieje. Tutaj, na ulicach, widać prawdziwe oblicze kryzysu. Trudno przejść nad tym  do porządku dziennego”.. Pomagających szczególnie przygnębia widok dwóch małych dzieci, których  rodzina nie otrzymała miejsca w schronisku dla bezdomnych. „Jest tak wiele do zrobienia. Nasze siły powoli się wyczerpują, a końca nie widać. A do tego dochodzą jeszcze uchodźcy, którzy też potrzebują pomocy”. Niedługo potem skala greckiego problemu staje się jasna, gdy ogromny prom przybija do doku i zakłóca ciszę w porcie. Setki uchodźców wynurzają się z  ogromnych promów prosto w ateńską noc. Mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi niektórzy chorzy, inni z dziećmi – rzeka ludzi zdaje się nie mieć końca. Nad ich głowami skrzeczą mewy. Panuje niebotyczny rozgardiasz. Kobiety proszą o wodę dla dzieci, ale  wszystko co  mamy, to kilka czekoladowych rogalików i trochę mleka. W ciągu paru minut racje zostają rozdzielone, a my z pustymi rękami patrzymy na groteskowy scenę przed nami. Wokół śpiących ateńskich bezdomnych, którzy wszystko stracili, zbierają się nowoprzybyli, którzy w poszukiwaniu nowego życia wszystko musieli zostawić za sobą. Niepewna daleka podróż, a co się wydarzy po przybyciu do celu – trudno przewidzieć. Wiadomo już, że granica z Macedonią jest zamknięta. Obozy przejściowe  są całkowicie wypełnione. Utknęły tu już dziesiątki tysięcy uchodźców. Jak podaje rząd, w marcu liczba uchodźców sięgnęła 100 tys. Każdemu, kto nie ma ze sobą pieniędzy na nocleg, grozi w Grecji taki sam los jak bezdomnemu obok. Ojciec z Afganistanu, który przybył tu z dziesięcioosobową rodziną nie wie jeszcze, gdzie spędzą noc. Najważniejsze, że gdy tylko będzie to możliwe, pojadą dalej: „Tutaj nie możemy zostać, w Grecji nie ma dla nas przyszłości”.

„Nie tak wyobrażaliśmy sobie Europę”

Ateny są dla wielu jedynie niechcianym postojem.  Widać to jak na dłoni następnego dnia na placu Wiktorii w centrum. Zatrzymały się tu setki uchodźców. Ich cały dobytek zapakowany jest w kilka toreb, całe rodziny budują koczowiska na trawnikach i ławkach w parku. Brakuje wszystkiego: nie ma toalet, nie ma miejsc z wodą pitną. Wolontariusze rozdają ciepłe posiłki z małej półciężarówki. Nie dla wszystkich starcza. To tutaj spotykam Samiego, Namgo i Geweda. Trzej młodzi Afgańczycy mają niewiele ponad 20 lat i trafili tu po dwóch miesiącach ucieczki. Ich celem są Niemcy. Jednak ich podróż została niespodziewanie przerwana, kiedy zamknięto granicę z Macedonią. Afgańczycy nie mają prawa wstępu. Przepuszcza się jedynie kilka setek Syryjczyków i Irakijczyków dziennie. Młodzi mężczyźni zostali odesłani z powrotem do Aten. Od kilku dni nocują pod gołym niebem.

Napisy angielskie dostępne w opcjach w prawym dolnym rogu ekranu.

„Nie tak wyobrażaliśmy sobie Europę” – wyjaśnia Sami. „Wszystkie pieniądze wydaliśmy w czasie podróży. Został nam tylko śpiwór, więc nocami  marzniemy. W Afganistanie byłoby nam lepiej, ale tam grozi nam śmierć”. Ze strachu, że nikt im nie uwierzy, Sami pokazuje zdjęcie swoich braci, którzy zginęli w wyniku zamachu bombowego. Jego wzrok zdradza wątpliwą nadzieję, że może otworzy się dla nich granicę. Pytają o to bez przerwy, każdego dnia Na razie nie ma jednak dla nich odpowiedzi. Widać jak z każdym dniem opuszczają ich siły. Wystarczy rozejrzeć się po placu, żeby zrozumieć, że Grecji grozi humanitarna katastrofa. Na pożegnanie trzej Afgańczycy mają jedną prośbę. Nie chcą, aby publikować ich zdjęcie. „Gdyby nasza mama tak nas zobaczyła, dostałaby zawału. Ludzie w domu nie mogą się dowiedzieć, co nas spotkało w Europie”.

Przebywając w Atenach, zrozumiałam, że wielu bezdomnych Greków i przebywających tutaj uchodźców łączy zwątpienie. Ostatnimi czasy miasto wydaje się być smutnym centrum chylącej się ku uapdkowi Europy. A najgorsze jest to, że końca nie widać. Grecja sama nie jest w stanie udźwignąć podwójnego ciężaru kryzysu ekonomicznego i imigracyjnego.

---

Na miejscu i online - Cafébabel zawsze i wszędzie stara się wykraczać poza ramy zwykłego dziennikarstwa obywatelskiego. Prezentujemy materiały video nakręcone przez młodych reporterów z całej Europy.

Ten reportaż jest częścią projektu EUtoo, który przedstawia style życia młodych Europejczyków rozczarowanych współczesną rzeczywistością. Projekt jest finansowany przez Komisję Europejską.