Raneem Matouk: Jak przetrwać w syryjskim więzieniu 

Artykuł opublikowany 18 stycznia 2017
Artykuł opublikowany 18 stycznia 2017

Amnesty International podaje, iż pod rządami Bashara Al-Assada w więzieniach w Syrii zginęło ponad 18 tys. osób. Raneem, syryjska uchodźczyni mieszkająca w Niemczech od 2015 roku, spędziła cztery miesiące w więzieniu, gdzie tortury były na porządku dziennym. 

Media mówią wiele na temat ataków lotniczych i tysięcy uciekających Syryjczyków, ale niemal nigdy nie wspomina się o nieuzasadnionych zatrzymaniach i torturowaniu więźniów w całym kraju.  Syrian Network for Human Rights, bezstronna, niezależna organizacja twierdzi, że jest w posiadaniu listy, na której spisanych jest ponad 117 tysięcy osób aresztowanych bez powodu. 

W sierpniu zeszłego roku Amnesty International opublikowało raport, z którego wynika, że z zatrzymanych osób 17 723 straciły życie.  Ocalali opowiadają o torturach, wymuszaniu przyznania się do winy, pobiciach na „dzień dobry”, gwałtach, wstrząsach elektrycznych, zamknięciu w odosobnieniu i innych formach psychicznego i fizycznego znęcania się.  Aby naświetlić sprawę, Amnesty International zapoczątkowało kampanię, w ramach której na podstawie zeznań więźniów stworzono  model 3D więzienia w mieście Saydnaya.

Według Amnesty International, większość aresztowanych to działacze społeczni, dziennikarze, pisarze oraz obrońcy praw człowieka. Do tego opisu pasuje Raneem Matouk, studentka akademii sztuk pięknych, która spędziła cztery miesiące w rękach władz Syrii.  Jej jedynymi przestępstwami było branie udziału w pokojowych protestach przeciwko rządowi i bycie córką znanego prawnika, zajmującego się obroną praw człowieka. 

Męczarnia Raneem zaczęła się od niezapowiedzianej wizyty policjantów. Trzydziestu funkcjonariuszy włamało się do jej domu w poszukiwaniu dziewczyny o wzroście 157 centymetrów, kulącej się w kącie z matką i młodszym bratem.  Została zabrana do centrum zatrzymań w Kafar Souseh, w Damaszku, 2 godziny samochodem od jej rodzinnego miasta Hims.

25-letnia Raneem, o pełnych życia, ciemnych oczach i ciemnych, kręconych włosach, opowiedziała swoją historię na konferencji w Brukseli. Konferencja została zorganizowana w grudniu przez lokalną organizację społeczną działającą na rzecz uchodźców.  Salę wypełniły setki osób. Raneem zaczęła od pytania, czy są na sali dzieci, gdyż jej historia nie jest odpowiednia dla osób nieletnich i wrażliwych.

Opowiadając o tak zwanych „komitetach powitalnych” na komisariacie policji pozostaje niewzruszona, ale z jej twarzy nagle znika uśmiech i zaczyna wspominać, jak policjanci kazali jej się rozebrać do naga i przyparli ją do ściany. „Rozebrali nas do naga i przeszukali. Bili nas po twarzach i głowach. Wyżywali się na nas”.

Celę o wymiarach dwa na cztery metry dzieliła z dziewięcioma innymi kobietami, z których niektóre były w ciąży.  Na podłodze miały tylko pięć materaców. Musiały spać na zmianę, o ile w ogóle były w stanie zasnąć: „Z naszej celi widziałyśmy salę tortur. Używali nawet elektryczności”. Przy pomocy swojego tłumacza wyjaśnia, jak policjanci napastowali je i gwałcili. „Przez cały dzień słyszałyśmy krzyki ludzi. Odór śmierci towarzyszył nam bez przerwy. W żelaznych drzwiach był mały otwór, przez który wyglądałyśmy i obserwowałyśmy kogo przywożą. Bałyśmy się, że w końcu zobaczymy kogoś, kogo znamy albo członka rodziny”. 

Zdaniem Raneem więzienia polityczne służą nie tylko tłumieniu buntu. „Widziałam jak zabierają więźniów tylko po to, żeby usunąć im organy wewnętrzne.  Potem wrzucali ich z powrotem do cel, żeby tam umarli. Czasami zostawiali zwłoki na bardzo długo. My dalej żyłyśmy i musiałyśmy na to patrzeć”. 

Pewnego dnia Raneem nie wytrzymała i zaczęła strajk głodowy. Wezwał ją naczelnik więzienia i powiedział, że pewna dziewczyna wpadła kiedyś na ten sam pomysł. Raneem nie mówi co się stało z tamtą więźniarką, jakby nie chciała tego pamiętać, ale przytacza historię koleżanki, która była brutalnie gwałcona butelką.

W czerwcu, po czterech miesiącach zaglądania śmierci w twarz, zabrano ją do sądu, gdzie sędzia zapytał, czy ma pieniądze. Na szczęście miała. Wróciła do domu.

Na twarz Raneem wraca uśmiech. „Czasami śmieję się z tego, co się działo w więzieniu albo odgrywam scenki”. W trakcie rozmowy ze mną opowiedziała, jak będąc na uniwersytecie usłyszała moździerze. Przyjaciel zapytał ją, czy powinni tam pójść i zobaczyć, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. „Dobrze,  ale jeśli umrzemy, to będzie na ciebie” odpowiedziała śmiejąc się.   

„Zamieniamy strach w poczucie humoru” mówi Raneem. „Wychodząc na zajęcia na uczelni żegnałam się z matką, bratem, przyjaciółmi... Nie wiedzieliśmy, czy znów się zobaczymy. Każdy dzień mógł być naszym ostatnim”.   

Raneem wiedziała, że czas uciekać. Wsiadła w taksówkę i pojechała 20 kilometrów od Hims, na granicę z Libią. Poszczęściło jej się. Okazało się, że taksówkarz też jest przeciwko rządowi. Celnik zatrzymał ją na granicy, ale znał kogoś z jej rodziny, więc ją przepuścił. Taksówkarz wysadził ją w Libii i poprosił, aby obiecała mu, że „nigdy, przenigdy nie wróci.” Kilka dni później złożyła podanie o wizę w niemieckiej ambasadzie w Bejrucie. Obecnie mieszka i prowadzi szczęśliwe życie w Neubrandenburgu.

Raneem nie jest pewna, czy dotrzyma słowa danego taksówkarzowi. Chce wrócić do domu,  ale tylko jeśli wrócą rządy prawa. „To zależy od nastawienia Rosji i Stanów Zjednoczonych i od tego, kiedy postanowią położyć kres rządom Al Assada. Niemcy mają bardzo surowe podejście do tej sytuacji.  Syria to przepiękny kraj. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby ktoś w tej chwili mieszkał w moim domu”.