„Rule Britannia”? Dyskurs kolonialny w debacie o Brexicie

Artykuł opublikowany 19 maja 2016
Artykuł opublikowany 19 maja 2016

Choć czasy imperium brytyjskiego należą do przeszłości, zbliżające się referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE na nowo obudziło nacjonalistyczne nastroje i postkolonialną nostalgię. Redakcja Cafébabel z bliska przyjrzała się kolonialnej retoryce, która pojawia się w kampanii referendalnej.

Podczas swojej krótkiej weekendowej wizyty w Wielkiej Brytanii prezydent USA Barack Obama koncentrował się na temacie nadchodzącego referendum dotyczącego pozycji Zjednoczonego Królestwa w Unii Europejskiej. Celem jego wystąpień było zachęcenie Brytyjczyków do pozostania we wspólnocie.

Wyważony i przekonujący Obama wspominał o korzyściach, jakie niesie ze sobą pozostanie w Unii. Ostrzegał, że gospodarka Wielkiej Brytanii ucierpi, a kraj znajdzie się na szarym końcu listy państw, z którymi będą zawierane umowy handlowe. Boris Johnson, obecny burmistrz Londynu, który przewodzi kampanii za wyjściem z Unii Europejskiej, a któremu prywatnie marzy się posada prezesa Partii Konserwatywnej, starał się podważyć argumenty Obamy, posługując się retoryką przekonującą, choć być może mniej wyważoną. W artykule dla „The Sun” nazwał Obamę natrętnym hipokrytą i zwrócił uwagę na to, że w Białym Domu usunięto z Gabinetu Owalnego popiersie Winstona Churchilla, żeby w ten sposób okazać państwu brytyjskiemu lekceważenie.

Jednak nacjonalistycznie zabarwione oburzenie Johnsona obrało dziwny kierunek. Odnosząc się do faktu usunięcia popiersia, zaopiniował, że było to spowodowane pochodzeniem etnicznym prezydenta. Posunął się dalej i napisał: „Część osób uważa, że to dowodzi niechęci pół-kenijskiego prezydenta do imperium brytyjskiego, którego Churchill tak zawzięcie bronił”.

I choć może się wydawać, że zaskakująca wypowiedź Johnsona nie ma żadnego znaczenia, niemniej jego sugestia, jakoby prezydent Obama miał mieć wrodzoną niechęć do imperium brytyjskiego, okazuje się potężnym narzędziem politycznym podsycającym nastroje nacjonalistyczne. Nawiązywanie do imperium brytyjskiego w debacie o Brexicie może uchodzić za trywialne, jednak podczas kampanii takie odniesienia nie należą wcale do rzadkości. Co więcej, wplatanie wątku kolonialnego do obecnej debaty okazuje się działać na korzyść zwolenników opuszczenia Unii.

Weźmy choćby pod uwagę przemowę, którą wygłosił lider walijskiego UKIP-u Nathan Gill na jednej z niedawno zorganizowanych konferencji. Powiedział wtedy: „Całe szczęście, że kapitan James Cook nie posłuchał osób, które odradzały mu podróż, mówiąc, że będzie to krok w nieznane. Scott, Hudson, Drake, Livingstone czy Riley ukształtowali świat, w którym dzisiaj żyjemy, a udało im się to, bo zmierzali naprzód po niepewnym gruncie. Jesteśmy ludźmi, którzy zawsze odważnie ruszali w nieznane”.

Wizja, jaką kreśli Gill, jest silnie zakorzeniona w kolonialnej nostalgii – zdaje się mowić: „czy pamiętacie państwo czasy, kiedy my, Brytyjczycy, organizowaliśmy wielkie wyprawy kolonialne i ośmielaliśmy się poznawać świat? Kiedy panowaliśmy na wodach? Przy jednoczesnej gloryfikacji nieustraszonych brytyjskich odkrywców i ich wypraw, Gill pomija ciemne strony epoki kolonialnej, zamiast tego serwując nam romantyczną wizję imperium, która oddziałuje na wyobraźnię odbiorców i budzi w nich poczucie dumy.

Należy też wziąć pod uwagę twierdzenie konserwatywnego posła Liama Foxa, że Wielka Brytania jest jednym z nielicznych państw UE, które nie musi wstydzić się swojej XX-wiecznej historii. W tym zdumiewająco pozytywnym twierdzeniu doskonale odbija się postawa narodu brytyjskiego, które odmawia przyznania się do bestialstw, jakich dopuszczali się Brytyjczycy w epoce kolonialnej. Poprzez zdyskredytowanie reszty Europy Fox chce utwierdzić Brytyjczyków w poczuciu dumy narodowej, która jest bardzo na rękę zwolennikom wyjścia.

Nawet samo określenie Brexiteer, którym od niedawna opisuje się zwolenników wyjścia, trąci kolonialną retoryką. Kojarzy się ze słowem pioneer i odnosi się do emancypacyjnej postawy Brytyjczków, którzy za czasów imperium podróżowali w nieznane wówczas zakątki ziemi i to bez pomocy UE.

Popierający wyjście zarzekają się, że chodzi im wyłącznie o suwerenność. Jak to możliwe, że my – wspaniały naród Zjednoczonego Królestwa, który rządził niezliczonymi dominiami rozsianymi po całym świecie – oddaliśmy naszą suwerenność w ręce zagranicznych mocarstw? Z takiego toku rozumowania można wywnioskować, że historia Wielkiej Brytanii sama w sobie jest usprawiedliwieniem dla wyjścia z Unii.

Prawda jest taka, że zdecydowana większość Brytyjczyków jest przekonana, że epoka kolonialna była wspaniała. Według wyników ostatniego sondażu przeprowadzonego przez portal Yougov, 59% respondentów uważa, że powinniśmy być dumni z imperium, a 34% chciałoby, by istniało ono nadal. Dla osób z zewnątrz te dane mogą wydać się szokujące, zwłaszcza dla narodów, które wiele wycierpiały pod brytyjskim jarzmem. Mimo to wielu mieszkańców wysp nadal wspomina dawną chwałę brytyjskiego imperium.

Kampania w sprawie Brexitu ujawnia tylko niewielką część tych uśpionych mocy. Narracja dotycząca czasów imperium brytyjskiego jest prowadzona sugestywnie i ma pozytywne zabarwienie. Politycy i media opowiadające się za wyjściem z UE są w stanie wydobyć skrywaną dotąd przez ludzi nostalgię za imperializmem i nacjonalizmem, całkowicie tłamsząc w ten sposób ich tożsamość europejską.

Co prawda Boris Johnson został skrytykowany za swoje rasistowskie komentarze pod adresem prezydenta Obamy i jego pochodzenia etnicznego, ale jego uwagi odniosły zamierzony skutek w grupie eurosceptyków. Odwołując się do postaci Churchilla i potępiając amerykański rząd, Johnson chce stanąć na piedestale szlachetnego obrońcy imperium brytyjskiego, które uosabia brytyjską suwerenność i tożsamość. Jaki będzie wynik referendum jeszcze nie wiemy, wszystko może się zdarzyć. Jak się jednak przekonaliśmy przy okazji jego organizacji - koncepcja potężnej Wielkiej Brytanii nie odeszła do lamusa.