Sasha Siem: Kwartety smyczkowe i opowieści z morałem

Artykuł opublikowany 29 sierpnia 2016
Artykuł opublikowany 29 sierpnia 2016

Absolwentka Cambridge i Harvardu, jedna z najmłodszych laureatek prestiżowej brytyjskiej nagrody dla kompozytorów, muzyk angielsko-norweskiego pochodzenia. Sasha Siem opowiedziała cafébabel o swoim muzycznym dzieciństwie, zerwaniu z klasycznymi zasadami kompozycji i śpiewaniu przed publicznością.

Jak wskazuje tytuł debiutanckiego albumu Sashy SiemMost of the Boys – powód, dla którego w ogóle zaczęła interesować się muzyką jest dość oczywisty. „W przedszkolu miałam pewnego przyjaciela, grał na wiolonczeli i był bardzo charyzmatyczny. Był tak uroczy, że zakochałam się w nim po uszy! Zawsze chodzi o jakiegoś chłopaka!”

Sasha urodziła się w Londynie, jej matka pochodzi z RPA, a ojciec jest norweskim pracownikiem naftowym. Muzyczna fascynacja narodziła się zatem w Sashy i jej młodszym bracie Charliem – uznanym skrzypku – samoistnie, a nie pod wpływem rodziców (chociaż są spokrewnieni z Olem Bullem, XIX-wiecznym norweskim skrzypkiem). Inspiracja przyszła w dzieciństwie pełnym muzyki klasycznej.

„Mój brat chciał uczyć się gry na skrzypcach, mnie natomiast ciekawiła harfa, ale okazała się być za wielka. Zamiast tego zaczęłam ćwiczyć na wiolonczeli. [Charlie] to świr! Gdy miał 2 lata zobaczył w telewizji, jak Yehudi Menuhin gra na skrzypcach” – mówi Siem, przerywając swój własny ciąg myśli. „A moja mama zawsze miała w samochodzie różne kasety. Na jednej z nich był koncert Vivaldiego, na innych mnóstwo koncertów romantycznych. Znalazła się też Françoise Hardy i inni francuscy twórcy. Miałam z tym wszystkim niezłą frajdę”.

Dzieciństwo Sashy było oczywiście pełne muzyki, ćwiczyła grę na wiolonczeli i grywała w orkiestrach. „Wiesz, byłam chyba też trochę kujonem” – dodaje.

Być może podążając za zasadą ustanowioną przez Malcolma Gladwella, który powiedział, że potrzebne jest 10 000 godzin treningu, aby osiągnąć mistrzostwo w danej dziedzinie, Siem zdecydowała się na wymagającą, formalną edukację na uniwersytecie – najpierw w Cambridge, a później na Harvardzie.

„W Cambridge było świetnie, bo dawałam mnóstwo występów, a przy tym naprawdę się uczyłam i po prostu miło spędzałam czas. Zdecydowałam się pójść tą drogą, bo gdy byłam mała i napisałam piosenkę, kto tylko ją usłyszał mówił: « Jest świetna, powinnaś zostać kompozytorką»”.

„Moje losy zaczęły same się toczyć zanim zdążyłam się obejrzeć. Byłam w niezwykłym akademickim środowisku, które wiele mi dało i ani trochę nie żałuję tego czasu. Jednocześnie będąc tam czułam, że nie muszę koniecznie na nowo odkrywać, jak komponować utwory”.

Znana w kręgach muzyków klasycznych Sasha szybko zaczęła pisać i komponować dla Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej, Opery Królewskiej i Londyńskiej Orkiestry Filharmonicznej. Jednak wraz z sukcesem nadszedł przełom i mały kryzys egzystencjalny.

„Zlecenia naprawdę mnie przytłaczały. Doszło do tego, że wygrałam jakąś nagrodę dla brytyjskich kompozytorów czy coś w tym stylu [w 2010 roku, red.] i następnie posypało się wiele zleceń, skierowano na mnie mnóstwo uwagi i wydaje mi się, że właśnie w tym momencie zaczęłam baczniej przyglądać się temu, co robię".

„Czy to wszystko jest spójne? Czy żyję w zgodzie ze swoim celem? Wszyscy możemy to poczuć – wiemy kiedy jesteśmy na dobrej drodze – a ja byłam przekonana, że coś nie gra. Gdy coś wymaga zmiany jestem raczej radykalna, powiedziałam więc mojemu managerowi, żeby nie przyjmował więcej zleceń, przeprowadziłam się do Berlina i kupiłam ukulele! W pewnym sensie podziwiam ludzi, którzy nie muszą podejmować tak drastycznych decyzji, ale ja uwielbiam to uczucie, gdy niszczysz wszystko, aby zbudować coś od nowa”.

Przerwa w komponowaniu nie oznaczała jednak dla Sashy końca edukacji muzycznej. W ostatnich latach kontynuowała swoje eksperymenty z klasycznym brzmieniem, zagłębiając się w muzykę innych kultur i kupując nowe instrumenty podczas podróży.

„Byłam niedawno w Indiach i kupiłam tam sarangi. Gra się na nim jak na wiolonczeli, ale struny na gryfie naciska się paznokciami. Mogłabym się nauczyć, ale byłoby to bardzo bolesne. Powiedziałabym, że umiem grać tylko na wiolonczeli, ale uwielbiam poznawać nowe instrumenty i uczyć się na nich grać. Wciąż nie radzę sobie jednak z dętymi!” – mówi Sasha.

Nowy album, choć pełen eksperymentalnych dźwięków, stanowi powrót do dawnej miłości Sashy – kwartetu smyczkowego.

„Na płycie usłyszeć można w większości instrumenty smyczkowe, jest to więc pewnego rodzaju hołd. Po odrzuceniu wszystkiego innego powróciłam do korzeni i zwróciłam się ku najbardziej klasycznemu repertuarowi. Jednocześnie zastanawiałam się, jak mogłabym stworzyć coś całkowicie nowego i przekroczyć granicę. Zdecydowałam się użyć instrumentów smyczkowych, ale w inny, bardzo współczesny sposób. W tym celu zmieniliśmy ich strukturę – dodawaliśmy elementy, pozbawialiśmy instrumenty strun i graliśmy na ich różnych częściach”.

Siem ma już sporą wprawę w komponowaniu i występach przed liczną publicznością, ale utwory z albumu Most of the Boys po raz pierwszy publicznego wykonuje na żywo.

„Wiedziałam, że właśnie to chciałam zrobić, ale śpiewanie na żywo przed publicznością na początku napawało mnie strachem. Jednak jeden z moich znajomych z zespołu, który powstał przy tworzeniu albumu, dał mi kopa na szczęście i gdy już stanęłam na scenie, poczułam, że jestem w odpowiednim miejscu”.

Podczas islandzkiej zimy Sasha zaszyła się w przytulnym studio gdzieś pośród księżycowego krajobrazu wyspy i we współpracy z Valgeirem Sigurðssonem, producentem Sigura Rósa i Björk, stworzyła własne, surowe brzmienie. Te utwory opowiadają o miejskim życiu w Londynie i Nowym Jorku.

Ostrożnie pytam, czy album jest w całości autobiograficzny.

„Gdyby moje życie wyglądało jak ten album (śmiech), to nie sądzę, że siedziałabym tu w jednym kawałku! Myślę, że dorosłam i stałam się młodą kobietą, którą wiele nauczyły doświadczenia jej znajomych. Chciałam stworzyć pewną historię; poczuć, że album jest swego rodzaju legendą, zbiorem opowieści z morałem” – tłumaczy Sasha.

„Przy słuchaniu każdego utworu ma się poczucie, że jest to w pewnym sensie historia o odkupieniu win – wiedzie przez wszystkie złe decyzje, błędy i cały życiowy bałagan. Sądzę, że na końcu przesłanie się zmienia – kilka ostatnich minut to wyłącznie muzyka instrumentalna bez wokalu. Był to dla mnie odważny manifest, coś jak powiedzenie «Okej, teraz zostawiamy wszystkie rozmowy i gierki i kierujemy się dużo głębiej»”. Dzięki temu powstał album przypominający sztukę w kilku aktach – odważny a zarazem intymny.

YouTube: Sasha Siem - Most of the Boys