Sergio Marchionne, człowiek w swetrze

Artykuł opublikowany 16 lipca 2009
Artykuł opublikowany 16 lipca 2009
Portret człowieka, który odziedziczył firmę Fiat w agonii, by doprowadzić ją na szczyt przemysłu motoryzacyjnego i do porozumienia z General Motors. Zgodnie z hasłem „Yes, we can”.

Człowiek w swetrze niewiele mówi. A jak już mówi, to po angielsku, w tym samym języku, w którym myśli. Z jego ust często padają liczby. Liczby oznaczające majątek jego i grupy Fiat, w której jest dyrektorem zarządzającym od 2004 roku, kiedy turyńska firma była na skraju przepaści. Pięć lat później człowiek w swetrze jest szefem międzynarodowego koncernu, który wciąż pochłania kolejne udziały w rynku – pomimo niekorzystnej koniunktury w sektorze. Transformacja w rekordowym tempie nie przebiegała bezboleśnie. Nie obyło się bez przejęć, załamań, cięć personalnych i odpraw, także wśród pracowników biurowych.

Człowiek w swetrze uchodzi za twardego gracza, który wie, jak zbudować firmę maksymalnie nastawioną na rynek i elastyczną. I to dlatego biuro 4.26 w budynku Lingotto wzbudza przestrach samą tylko swoją nazwą. To stąd Sergio Marchionne wyruszył by przewrócić Fiata do góry nogami i od początku stworzyć swoją wizję sektora motoryzacyjnego. I to stąd czasem dochodzą piosenki Gainsbourga lub utwory klasyczne. „Ale tylko, kiedy dźwięk jest perfekcyjny”, zastrzega niepotrzebnie ten wielbiciel doskonałości.

Cinquecento jak iPod

Rocznik ‘52, kosmopolita, w dwóch trzecich Europejczyk (Włoch, Szwajcar i Kanadyjczyk), w jednej trzeciej filozof (dwa pozostałe dyplomy z prawa oraz ekonomii i handlu, a do tego MBA), podobno kocha pokera (wielokrotnie tłumaczył: „poker to poker, a ja uwielbiam scopone scientifico” – włoską grę karcianą). Sergio, „il martellatore” (dosł. „młotkowy”, „młot”), jak nazywają go niektórzy w Lingotto dosyć późno wkroczył na rynek pracy– w wieku 31 lat, kiedy jego „konkurenci” zajmowali już prestiżowe stanowiska w wielkich światowych koncernach. Człowiek w swetrze długo się zbroił, nie skąpiąc na wykształcenie (do dziś budzik nastawiony na 5 rano pozwala na luksus porannej lektury dzienników Financial Times, Corriere, Repubblica, Stampa oraz Sole 24 ore), aż wreszcie wyszedł z ukrycia dojrzały do przejścia własnej drogi - z dala od świateł reflektorów i od przyprawiających o zawrót głowy uposażeń. Dziś działanie jest dla niego filozofią życia, ruch – koniecznością. Nie przypadkiem wśród swoich wzorców cytuje Sarkozy’ego „człowiek z prawicy, który otwiera się na ludzi spoza swojego plemienia”. Makiaweliczny pragmatyzm. Pod karoserią – zaskakująco - bije serce. Na inauguracji cinquecento, Marchionne tłumaczył „chcę, żeby Fiat stał się samochodowym Apple. A model 500 będzie naszym iPodem”. Trafiony zatopiony.

Powrót wzornictwa Made in Italy

W zanadrzu różności: poza kolekcją swetrów (wszystkie z maleńką trójkolorową flagą, która świadczy nie tylko o przyzwyczajeniu, ale również o patriotyzmie, którego nie zmniejszyły żadne doświadczenia za granicą), technologia i platformy logistyczne, które doprowadziły Fiata do potęgi i przejęć (np. Chryslera) praktycznie bez kosztów, połączone z maniakalną wręcz troską o typowe wzornictwo Made in Italy, które dziś uosabia ideały doskonałości. To wszystko zdobyło mu pierwsze strony gazet w USA i pochwały od niejakiego Baracka Obamy. Historyczne dokonania? – na pewno. Ale nie aż tak zaskakujące dla tych, którzy go dobrze znają. Człowieka w swetrze oraz pierwszego w historii czarnego amerykańskiego prezydenta łączy coś jeszcze poza odniesionymi sukcesami – obydwaj wychodzą z założenia „Yes, we can”. „Kiedy po raz pierwszy wszedłem do budynku Lingotto, poczułem zapach śmierci. Śmierci przemysłowej. Kiedy zaprezentowałem trzyletnie cele, ludzie uznali, że jestem szalony”, wspomina Marchionne. Obydwaj dążą do zmian: „Moim zdaniem, lider Fiata musi umieć akceptować zmiany, zarządzać podległymi mu ludźmi i wymienić dwadzieścia tysięcy menedżerów niższego szczebla”. Nie zapominając przy tym, kto ma wykonywać polecenia. „Zawsze uważałem, że pracownicy fizyczni nie powinni ponosić konsekwencji błędnych decyzji podjętych przez pracowników biurowych”.

W głębi serca Sergio Marchionne jest romantykiem. 14 lutego 2005 roku spędził w Nowym Jorku. Szczegóły: bynajmniej nie na ławce w Central Parku flirtując z ukochaną żoną, która dała mu dwoje dzieci, lecz negocjując z General Motors realizację cudownej opcji kupna, od której zaczął się ponowny rozwój Fiata do pozycji, jaką osiągnął dziś. Dość powiedzieć, że grupa ma jeszcze asy w rękawie.