Sílvia Pérez Cruz: „Robię to, co lubię – dzięki temu jestem spokojna”

Artykuł opublikowany 25 maja 2017
Artykuł opublikowany 25 maja 2017

Katalońska piosenkarka wydaje swoją czwartą płytę, która powstała dzięki „odwadze, szaleństwu i wspomnieniu, o którym nie może zapomnieć”. Rozmawiamy z Sílvią w Fontainebleau we Francji, gdzie zaśpiewała kilka swoich najpopularniejszych piosenek. Tylko ona, jej głos i gitara.

Sílvia Pérez Cruz (ur. w 1983 w Palafrugell) nie wyobraża sobie życia bez muzyki. Pierwszą płytę wydała trzynaście lat temu. Od tamtej pory idzie przez życie swoim własnym tempem, czasem solo, czasem w zespole. Występowała na słynnych arenach wielkich miast, ale też w małych salkach w wielu zakątkach świata. Ma na swoim koncie dwie nagrody filmowe Goya za najlepszą piosenkę (filmy Śnieżka w 2012 i Cerca de tu casa w 2017). W 2014 została wybrana przez czasopismo Rolling Stone España na najlepszego solowego wykonawcę roku. Wykonuje teksty takich autorów jak Federico García Lorca, Édith Piaf czy Caetano Veloso, śpiewa po hiszpańsku, katalońsku, angielsku, francusku i niemiecku. Eksperymentowała z jazzem, flamenco, habanerą, fado i muzyką klasyczną, cały czas szukając swojego miejsca w świecie muzyki, która jest dla niej czymś „nienamacalnym, jak powietrze, które nie ma początku ani końca”. 34-latka przyznaje, że „nie do końca zdaje sobie sprawę” z tych wszystkich sukcesów. Być może jej największym osiągnięciem jest jednak po prostu zadowolenie z życia: – Zawsze starałam się wkładać serce w to, co robię, nawet jeśli wymagało to dużo wysiłku. Na dłuższą metę to się opłacało. Nie zależy mi na sławie, chcę robić to, co lubię. Śpiewanie daje mi wielką radość, nie ma znaczenia, czy śpiewam dla tysiąca widzów czy trzydziestu.

Po ukończeniu studiów na akademii muzycznej w Barcelonie (specjalizacja: jazz) w ciągu kilku lat brała udział w wielu projektach: grała w zespole Las Migas, współpracowała z Javierem Coliną i Ravidem Goldschmidtem. W 2012 zaczęła karierę solową i wydała album 11 de Novembre, potem pojawiły się kolejne płyty: Granada (2014, wspólnie z gitarzystą Raúlem Fernándezem Miró), Domus (2016) i najnowszy Vestida de Nit (2017). Jej silne, melancholijne i wyrażające wolność teksty z biegiem czasu porywały coraz większe rzesze fanów. Jej głos jest jedyny w swoim rodzaju i doskonale wyraża duszę artystki. Silvia po wielu latach nieprzerwanej pracy postanowiła „zwolnić i skoncentrować się na kilku najważniejszych rzeczach”. Teraz sama układa swój grafik, rzadziej gra i udziela wywiadów. W ostatnich dniach marca rozmawiała z cafébabel.

cafébabel: Jak Ci się podoba spokojniejsze życie?

Sílvia Pérez Cruz: To bardzo egzystencjalne przeżycie (śmiech). Od miesiąca mam uczucie wewnętrznego spokoju i jestem z tego zadowolona, a problemy, które mam, nie pozbawiają mnie pozytywnej energii. Naprawdę czuję, że robię to, co lubię, dzięki temu mogę być spokojna. Nie potrzebuję nic więcej. Ale zdaję sobie sprawę, że taki stan rzeczy nie potrwa długo.

cafébabel: Każdy twój występ jest inny i wywołuje różne rodzaje emocji. Udaje Ci się sprawiać, że osoby z różnych środowisk wychodzą z koncertu ze łzami w oczach. Jak tego dokonujesz?

Sílvia Pérez Cruz: To nigdy nie jest zaplanowane – i bardzo dobrze. Oczywiście przygotowując się do koncertu długo myślę o tym, co zagram, jednak na scenie staję się wolna, daję się ponieść emocjom i instynktom. Udaje mi się wytworzyć efekt lustra między mną a publicznością. Gdy teraz rozmawiamy, im ciekawszych odpowiedzi udzielam, tym ciekawsze są twoje pytania. Podobnie jest na scenie – gdy ja pokazuję moje emocje, to samo dzieje się z ludźmi, chociaż każdy z nich odczuwa to pewnie trochę inaczej.

cafébabel: Niemiecki poeta Reiner Maria Rilke mówił, że prawdziwe dzieło sztuki musi być stworzone z potrzeby. Też tak uważasz?

Sílvia Pérez Cruz: Oczywiście. Śpiewanie jest całym moim życiem. Kiedy śpiewam, czuję się wolna. Kiedy tego nie robię, przestaję czuć, że żyję. Śpiewając łączę się z innymi, dzielę tym, co mam, po prostu jestem. Nie lubię określenia „kariera” – dla mnie to po prostu życie, nie kariera. Śpiewanie to tak samo ważny element życia jak jedzenie czy picie. Nie będę się wygłupiać dla popularności lub dla pieniędzy – jednym to się podoba, innym nie, trudno. Potrzebuję muzyki jak powietrza.

cafébabel:  Powiedziałaś kiedyś, że nie śpiewasz o swoich uczuciach czy o uczuciach kogoś konkretnego – śpiewasz o uczuciach ludzkości. Czy trzeba śpiewać smutne piosenki, aby być szczęśliwym?

Sílvia Pérez Cruz: Dla mnie śpiewanie o smutnych rzeczach to jak oczyszczanie się. Fajnie byłoby nagrać coś wesołego, ale jak do tej pory podobały mi się tylko bardzo emocjonalne i głębokie teksty – to trochę odzwierciedla mój charakter. Dzięki temu mogę zostawić za sobą to, co namacalne i wejść do świata emocji i uczuć. To z tamtej abstrakcyjnej rzeczywistości czerpię inspirację do moich utworów.

cafébabel: Uważasz, że muzyka jest w stanie ukoić niespokojną duszę?

Sílvia Pérez Cruz: Może sprawić, że zapomnimy o fizycznym bólu i poczujemy, że jesteśmy czymś więcej niż tylko ludźmi. Muzyka zawsze była tam, gdzie była miłość – szczęśliwa lub nieszczęśliwa – gdzie rodziło się życie i gdzie umierało. Kiedyś po występie w ośrodku psychiatrycznym pewien mężczyzna podszedł do mnie i powiedział: „Dokonałaś dzisiaj czegoś wielkiego”. Potem kobieta pracująca w tamtym ośrodku powiedziała mi, że tamten człowiek od miesięcy się nie odzywał. Niesamowite, prawda?

 

cafébabel: Skoro muzyka i kultura mają tak wielką moc, dlaczego brakuje na nie pieniędzy?

Sílvia Pérez Cruz: Poprzez sztukę można wiele przekazać. Kiedyś palono książki, myślę, że cały czas działa podobny mechanizm. Słuchałam ostatnio w Madrycie ambasadora Francji opowiadającego o sztuce i prawie się popłakałam. Mówił piękne rzeczy, porównywał artystów do wizjonerów. W Hiszpanii ciężko jest walczyć o kulturę... Oczywiście, że są ważniejsze rzeczy, na przykład zdrowie czy edukacja, ale bez kultury tracimy świadomość tego, kim jesteśmy, przestajemy marzyć i poszukiwać szczęścia.

cafébabel: A jak Ty odkryłaś, kim jesteś?

Sílvia Pérez Cruz: Moja mama, właścicielka szkoły plastycznej zawsze oferowała mi swoją pomoc, wsparcie, ale też wolność wyboru. Chodziłam na zajęcia z fortepianu, saksofonu, malarstwa, śpiewu, rzeźbiarstwa... to pomogło mi wypracować mój własny styl. Niewielu ludzi ma na to szansę – zwykle idziemy przez życie tak, aby podobać się innym – kolegom albo rodzicom. Powinniśmy mieć odwagę patrzeć na nas samych – kim jestem, co lubię robić, czego chcę się nauczyć?

cafébabel: Pokazałaś tę odwagę nagrywając cały album (Vestida de Nit) w ciągu zaledwie dwóch dni razem z kwintetem smyczkowym, którego członkom zabrałaś nuty. Co z tego wyszło?

Sílvia Pérez Cruz: Vestida de Nit to też tytuł nigdy nie wydanego utworu moich rodziców [Gloria Cruz i Castor Pérez Diz – red.]. Płyta zawiera utwory znane mi wcześniej, lecz w nowej formie. Jest to eksperyment, o którym zawsze myślałam, już od czasów szkoły muzycznej. Kwintet na co dzień gra muzykę klasyczną, a ja chciałam ich od tego odciągnąć – dlatego zabraliśmy im nuty, które są dla nich trochę jak hamulec bezpieczeństwa. Musieli grać z głębi serca, pokazując swoje prawdziwe emocje. Dlatego ta płyta to czysta prawda, ona żyje, jej serce bije.

cafébabel: Masz 34 lata i przynajmniej teoretycznie należysz do tak zwanego Pokolenia Y, o którym mówi się, że jest „pomiędzy nowym a starym” – bilety kupujemy już przez Internet, ale potem i tak sami je drukujemy.

Sílvia Pérez Cruz: Świetna anegdota z tymi biletami, naprawdę (śmiech)! Myślę, że jesteśmy pokoleniem ludzi, którzy chcą jak najwięcej doświadczyć. Chcemy wielu rzeczy i chcemy ich tutaj, teraz. Zauważam taką tendencję u siebie na poziomie emocjonalnym. Jesteśmy dziećmi pierwszego pokolenia rozwodników, nie do końca wiemy, jak sobie z tym poradzić i często życie nie wychodzi nam do końca tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Z drugiej strony, jeśli chodzi o sztukę, potrafiliśmy pokazać, że nie boimy się walczyć o swoje. Dzisiejsi czterdziestolatkowie różnią się bardzo od czterdziestolatków sprzed kilkudziesięciu lat.

cafébabel: Więc ludzie z pokolenia Y też mogą mieć marzenia...

Sílvia Pérez Cruz: Ciężko jest zarobić na życie samą muzyką. Brakuje inwestycji, hale koncertowe są zamykane. Śpiewanie nie jest dla mnie marzeniem, jest częścią mnie od urodzenia. Nie czuję presji, by podążać za modą, by osiągnąć coś wielkiego. Wkładam w to wiele wysiłku, ale nie z obowiązku – po prostu jest to moja pasja. Zawsze jestem bardzo pozytywna, trudno mnie zniechęcić, choć czasem brakuje mi organizacji. Mam dziewięcioletnią córkę i nie jest łatwo pogodzić to wszystko razem.

cafébabel: Bycie matką zmienia podejście do życia?

Sílvia Pérez Cruz: Nauczyłam się doceniać czas, który mam. Będąc matką wszystko jest trudniejsze, ale też daje więcej satysfakcji. Nie wyobrażam sobie życia bez mojej córeczki. Gdy jesteś matką, przestajesz zajmować się milionem rzeczy naraz i koncentrujesz się na najważniejszych sprawach. Zawsze robię wszystko na sto procent, jeśli tylko jestem w stanie. Gdybym przyszła tutaj tylko odbębnić ten wywiad, czułabym się z tym fatalnie.

cafébabel: Stworzyłaś ścieżkę dźwiękową do filmu Cerca de tu casa (album Domus z 2016), w którym zagrałaś też główną rolę. Film opowiadał o tragedii osób wyeksmitowanych ze swoich mieszkań podczas hiszpańskiego kryzysu gospodarczego. Chciałaś skłonić ludzi do refleksji?

Sílvia Pérez Cruz: Śpiewam aby oczyszczać, aby wywołać rewolucję emocjonalną, która pozwoli nam bronić się przed światem. Łatwo powtarza się frazesy stworzone przez innych. Ja nie mam zamiaru wypowiadać słów, których nie rozumiem, lub z którymi nie zgadzam się całkowicie.

cafébabel: Wiele razy brałaś udział w międzynarodowych wydarzeniach kulturalnych, takich jak koncert w sali obrad Rady Praw Człowieka ONZ, prezentacja w Instytucie Francuskim w Madrycie czy tutaj we Francji koncert zorganizowany przez Instytut języka katalońskiego i kultury katalońskiej. Co odpowiadasz, gdy ludzie pytają: „Skąd jesteś?”

Sílvia Pérez Cruz: Jedyny kawałek ziemi, z którym czuję się silnie związana, to region Ampurdán w Katalonii, skąd pochodzę. Jestem stamtąd, ale nie myślę o tym w kategoriach politycznych. Czuję się obywatelką świata.

cafébabel: Mieszkając w Katalonii nie da się pozostać obojętnym wobec procesu niepodległościowego tego regionu. Czy kiedykolwiek któraś ze stron próbowała Cię wykorzystać w politycznej walce?

Sílvia Pérez Cruz: Nigdy nie dałam się wykorzystać. Niektóre ugrupowania zwracały się do mnie z różnymi prośbami, ale zawsze odmawiałam. Interesuję się sztuką, a nie polityką. Osobiście tylko raz spotkałam się z nieprzyjemną sytuacją w Madrycie. Śpiewałam coś w dialekcie majorkańskim i pewien mężczyzna wstał i oświadczył, że w tym miejscu śpiewa się tylko w języku narodowym. Na sali rozległy się śmiechy, a mężczyzna opuścił salę bez słowa. Jeśli chodzi o niepodległość Katalonii, przez całe życie moje poglądy kilka razy się zmieniały, ale nigdy nie byłam nacjonalistką, w przeciwieństwie do wielu Katalończyków. Myślę, że ludzie powinni być bardziej powściągliwi w swoich opiniach... a tak naprawdę to myślę też, że ludzie nie do końca zdają sobie sprawę z tego, co robią i są po prostu zagubieni.

cafébabel: Widzisz światełko nadziei?

Sílvia Pérez Cruz: Nie wiem, ciężko stwierdzić. Nie lubię podziałów, ale jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy chcą się odłączyć. I szanuję ich. Ja myślę przede wszystkim o moim własnym świecie. Śpiewam, aby łączyć, a nie dzielić.

Vestida de Nit jest dostępna w Polsce od 12 maja.