Songbeat w Berlinie: jak stworzyć swój start-up

Artykuł opublikowany 1 marca 2010
Artykuł opublikowany 1 marca 2010
Zaistnienie w branży muzyki online w wieku 25 lat i bez środków na miarę tych, jakimi dysponuje Apple, wydaje się przedsięwzięciem niemożliwym. Tymczasem udało się to dwóm berlińczykom. Z pomocą profesjonalistów z całego świata oraz dzięki własnej wytrwałości, Songbeat zyskał grono swoich zwolenników.

Kryzys nie dotknął niewielkiej firmy należącej do Philipa Eggersglüßa i Marco Rydmana. Pomimo tego, że mieszkają w jednym z najuboższych miast w Niemczech, gdzie bezrobocie dotyka około 15% aktywnych zawodowo osób, finansowy dobrobyt mają zapewniony. A to wszytko dzięki prostej idei zakładającej stworzenie bazy danych mp3, radiowych stacji internetowych oraz wyszukiwarki, która umożliwiałaby ich indeksowanie, odsłuchiwanie i pobieranie wskazanych plików na dysk komputera. Tak narodził się Songbeat. Aplikacja działa na zasadzie pośrednictwa między danym plikiem mp3 a użytkownikiem programu, w którego gestii pozostaje problem praw autorskich. To użytkownik powinien wiedzieć, czy posiada prawo do pliku, który ściąga na swój dysk. Skąd zatem biorą się pieniądze? Otóż za możliwość korzystania z wyszukiwarki pobierana jest opłata. 15 dolarów za 1000 przeszukań bazy. 

Jedne zdarzenia szybko pociągnęły za sobą kolejne. W listopadzie 2007 r. Philip i Marco dostrzegają na gruncie prawa anglosaskiego dogodne warunki dla ich firmy typu start-up. By założyć spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, wystarczy posiadać kapitał w wysokości zaledwie 1 funta (GBP), co w odróżnieniu od wymaganych przez niemieckie prawo 25 000 euro, stanowi nie lada zachętę. Tym sposobem, z kapitałem wynoszącym w sumie 3000 euro, wspólnicy zaczęli swoją przygodę. Była to suma wystarczająca do rozbudowania systemu odtwarzania oraz wyszukiwania mp3, a także sfinansowania kampanii reklamowej.

100 000 użytkowników

Pieniądze szybko zaczęły spływać do portfeli naszych dwóch przedsiębiorców. Gdy tylko udało im się zgromadzić wymagany kapitał, zakładają spółkę we własnym kraju. „Zdecydowaliśmy się w końcu na założenie firmy w Niemczech, gdyż jest to dla nas mniej ryzykowne, a jednocześnie unikamy bycia pod lupą urzędników obydwu krajów”. Firma mogła się zacząć rozwijać. Philip i Marco zatrudniają nową ekipę polskich programistów. „Poznaliśmy ich dzięki współpracy z pewną duńską firmą. Potem pozyskaliśmy do naszego projektu również jednego szwedzkiego programistę”. Tłumacząc drugą wersję programu Songbeat na siedem języków, firma chciała wybić się na rynku europejskim. Mając około 100 000 stałych użytkowników, zadowalające zyski i odpowiedni status prawny, przyszłość wydawała się zabezpieczona. Scenariusz ten nie brał jednak pod uwagę reakcji gigantów branży muzycznej.

W styczniu 2009 r. niemiecka filia wytwórni Warner zapukała do drzwi Songbeat. Bynajmniej nie wpadła na herbatkę. Songbeat został oskarżony o darmowe udostępnianie treści chronionych prawem autorskim. Po błyskawicznym procesie przypominającym walkę Dawida z Goliatem, Songbeat zostaje zmuszony do tymczasowego zamknięcia swojej działalności, by kilka miesięcy później – przybrawszy nową formę – ponownie ją otworzyć. Od tej pory, Marco i Philip zajmują się wyłącznie rozbudową oprogramowania. Za dystrybucję aplikacji Songbeat odpowiedzialna zaś jest nowo powstała spółka z o.o., mająca swą siedzibę w Hongkongu, zarządzana przez nowego managera i będąca poza zasięgiem koncernu Warner. Co więcej berlińczycy złożyli apelację od wyroku sądu. „Pierwsze lata Songbeatu były trudne. Dużo pracy, dużo presji. Od momentu restrukturyzacji firmy, mamy mniej obowiązków a więcej czasu wolnego”. Dla Marco i Philipa było to ryzyko, które się opłaciło.

Berlin – stolica kreatywności

Motywacje założycieli Songbeat pozostają wyraźnie komercyjne. Daleko im do początkowych idei twórców Napstera czy The Pirate Bay, którym chodziło o zapewnienie nieskrępowanej wymiany danych, nie mającej nic wspólnego z relacjami handlowymi. Songbeat stara się ze swojej strony „przywrócić rentowność branży, która już od dawna nie przynosi zysków, gdyż całe pokolenie przyzwyczaiło się do darmowej muzyki dostępnej za pośrednictwem internetu. Staramy się na nowo wprowadzić do tej dziedziny pojęcie odpłatności. Mogłoby to posłużyć jako rozwiązanie dla dużych wytwórni muzycznych”. Te jednak wydają się nie podzielać powyższego stanowiska.

Berlin to raj dla wielu młodych przedsiębiorców, którzy dostrzegają w nim idealne miejsce na wypromowanie własnego projektu

Philip, który swoją pierwszą firmę założył w wieku 19 lat, zacięcie do biznesu ma we krwi. Jego zdaniem każdy może zostać przedsiębiorcą. Należy tylko odważyć się na ryzyko, a następnie z samodyscypliną doprowadzić projekt do końca. „Kiedy sami sobie jesteśmy szefem, możemy cieszyć się wielką wolnością. Ale trzeba jednocześnie być uporządkowanym i zdolnym do porannego wstawania. Należy nauczyć się ustalać sobie pewne zasady”. Zwłaszcza w Berlinie może stanowić to kłopot, gdyż żyje się tu zdecydowanie inaczej niż w pozostałej części Niemiec. „Tutaj bez problemu można imprezować przez cały tydzień”. Ta pokusa jest według Philipa jedną z wad niemieckiej stolicy. Kolejna to wszechobecność ludzi, którzy wiele mówią, a niewiele robią („praca z takimi ludźmi jest niemożliwością”). Ale Berlin ma również pozytywne strony. Niewygórowane ceny wynajmu pozwalają firmom typu start-up rozpocząć działalność i wypromować się, nawet przy skromnym budżecie. Ponadto międzynarodowa atmosfera miasta przyciąga kreatywne osoby z całego świata. Berlin to raj dla wielu młodych przedsiębiorców, którzy dostrzegają w nim idealne miejsce na wypromowanie własnego projektu.