„Songs from a Room", czyli wpadnij na koncert do mojego mieszkania 

Artykuł opublikowany 9 lutego 2016
Artykuł opublikowany 9 lutego 2016

Wyobraź sobie koncert, w czasie którego nie skaczesz jak potłuczony, nie przekrzykujesz swoich znajomych i, co więcej, nie wypijasz hektolitrów alkoholu. 

Skupiasz się tylko i wyłącznie na tu i teraz, inny wymiar czasoprzestrzeni nie ma w tym momencie większego znaczenia. Nogi masz zaplątane w kable od syntezatora, a kręgosłup trochę strzyka, bo gibkość sześciolatka zgubiłeś jakieś piętnaście lat temu i siedzenie po turecku przez dwie godziny po prostu ci nie służy. Wyobraź sobie, że ten swoisty ascetyzm daje początek swego rodzaju katharsis. Nie potrafisz? W takim razie pewnie nie słyszałeś o Sofar Sounds.

W czasie koncertu mainstreamowego artysty (w zasadzie mam na myśli każdego, kto swoim występem przyciąga tłum wypełniający przeciętnej wielkości salę koncertową) borykam się z problemem: bycie w tłumie kontra rzeczywiste doświadczenie muzyczne. Czasami w pierwszych rzędach nie jest to do końca możliwe. Nagrywanie ulubionej (każdej) piosenki telefonem czy tabletem 12-calowym (!) nieco utrudnia odbiór wizualny, a dyskusje o imieninach cioci Heli w drugim rzędzie potrafią nierzadko zagłuszyć nawet najlepsze muzyczne nagłośnienie. Może się wydawać, że nie ma alternatywy, że żyjemy w XXI wieku i tak już po prostu jest. Koncert stał się wydarzeniem towarzyskim nastawionym na socjalizację, nie na wrażenia dźwiękowe. Otóż nie mogłabym się bardziej mylić, gdybym zgodziła się na zaakceptowanie rzeczywistości, w której ewidentnie coś nie działa tak, jak zostało zaprogramowane lata temu. Okazuje się bowiem, że są jeszcze na tej planecie jednostki, którym po prostu zależy, którym się chce i które nie akceptują dewaluacji wartości.

Wiosną 2009 roku Rafe Offer wraz ze swoimi przyjaciółmi doszli do wniosku, że dość mają już koncertów, w trakcie których publiczność próbuje przekrzyczeć się z artystą ponad kuflem taniego piwa. W wyniku inicjatywy Offera w marcu odbył się pierwszy Sofar Sounds w Londynie, czyli genialny w swojej prostocie koncert, odbywający się w mieszkaniu muzycznego entuzjasty. Dziś intymnymi występami w domowym zaciszu mogą się cieszyć nie tylko znajomi Rafe’a, a następnie mieszkańcy stolicy Wielkiej Brytanii, ale rezydenci ponad stu miast na całym świecie. Dzięki internetowi i social media sekretna z założenia społeczność rozrosła się do ogromnych rozmiarów. Wygląda na to, że ludzi ceniących muzykę ponad wszystko jest znacznie więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Kluczowymi założeniami wydarzeń z cyklu Sofar Sounds są darmowy wstęp, sekretna lokalizacja, tajemniczy lineup oraz pewnego rodzaju elitarność. Występują zazwyczaj lokalni artyści, którzy dzielą sofarowe idee, ale zdarzają się też gigi-niespodzianki, takie jak występ Karen O czy Leona Bridgesa. Aby dostać miejsce na koncercie należy nieco wcześniej zapisać się na specjalnej stronie. Kiedyś był to formularz Google, aktualnie Sofar posiada profesjonalną stronę internetową z funkcjonalnością pozwalającą na dołączenie do lokalnej społeczności bez potrzeby zakładania nowego konta, bo aplikacja umożliwia skojarzenie z profilem na Facebooku. Zauważyłam te zmiany, bo z Sofarem w Polsce jestem związana w zasadzie od samego początku. Tak – w Warszawie też istnieje grupa rozkochanych w muzyce entuzjastów, którzy w zamian za wasz uśmiech i własną satysfakcję pracują w pocie czoła nad organizacją kolejnych koncertów.

Doskonale pamiętam swój pierwszy Sofar w pracowni artystycznej na Smolnej. Daniela Spaleniaka plumkającego na gitarze, Sonię, która pisze piosenki, i niesamowicie zdolnego Emila Lozinskiego. Pamiętam ekscytację, emocję, wzruszenie i to uczucie na zakończenie, podszeptujące, że właśnie przeżywam coś absolutnie wyjątkowego i niemającego swojego odbicia w żadnym z alternatywnych światów. Moje kolejne doświadczenia niewiele różniły się od pierwszego – miałam szansę zobaczyć Atomic String Quartet, Eric Shoves Them In His Pockets i Olandrę, Michała Bielę, lirycznego mistrza, który gdzieś między kolejnymi utworami podzielił się refleksją o niedoli artysty, czy perfekcjonistkę Izoldę Sorenson, nietolerującej żadnego innego poziomu wykonania poza doskonałym (czemu zresztą dała wyraz w trakcie prób). Trudno ewaluować którykolwiek z tych występów, bo działy się na innym wymiarze niż ten rzeczywisty, a nie zwykłam oceniać mistyki. Możliwe, że brzmi to nieco pretensjonalnie, ale uwierzcie: nikt, kto choć raz doświadczy całego wachlarza emocji w czasie dwudziestominutowego koncertu w salonie przypadkowego człowieka, nie budzi się następnego ranka z takimi samymi emocjonalnymi zasobami, jakimi cieszył się poprzedniego wieczoru. Bo Sofar po prostu skradnie mu serce.

Moje odebrał mi właśnie tego pierwszego wieczoru na Smolnej we wrześniu 2014 roku, przy dźwiękach akustycznej gitary Soni Wąsowskiej. Po czwartym Sofarze w Warszawie, kiedy nie potrafiłam powstrzymać łez na koncercie rudowłosej Olandry, doszłam do wniosku, że zaszło to wszystko zdecydowanie za daleko. Z kolei przy piątym razie niczym się już nie przejmowałam. Później przeniosłam się na pewien czas do Londynu, gdzie miałam szczęście być częścią kolejnych sofarowych wieczorów w Hackney i Seven Sisters, a także w innych miastach: Brighton oraz Liverpoolu. Tam zrozumiałam, że Sofar to już nie tylko walka o moją i twoją wiarę w muzykę, a prawdziwa wojna o niezależność dźwięku, wolność głosu i artystycznego wyrazu. Sofar nie powstał ku zadowoleniu ogółu, ale żeby przywrócić w relacji publiczności z artystą pradawny porządek. Właściwy porządek. By dać okazję do słuchania i bycia wysłuchanym.