St. Paul and the Broken Bones: Bóg, religia, rock'n'roll

Artykuł opublikowany 1 sierpnia 2015
Artykuł opublikowany 1 sierpnia 2015

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Paul Janeway, główny wokalista w zespole St. Paul and the Broken Bones, miał najpierw zostać kaznodzieją w małej mieścinie w stanie Alabama, a potem księgowym. Niewiele brakowało, a nigdy nie podzieliłby się ze światem swoim wielkim talentem.

Najbardziej bezpośrednim sposobem na opisanie osoby Paula Janewaya wydaje się porównanie go do brytyjskiego komika Alana Carra z głosem wielkiego Otisa Reddinga.

Janeway, wystrojony w czarny garnitur okraszony wpinką Alabamy i czerwoną wstążką – symbolem walki z AIDS – wyznaje, że celem zespołu jest chęć oddania hołdu swoim idolom, od Booker T. & the M.G.'s po The Muscle Shoals Swampers, z obligatoryjnym dodatkiem muzyki współczesnej.

Bijące od Janewaya ciepło i pewność siebie przekłada się na imponującą prezencję sceniczną zespołu, która ujmuje publiczność i przyciąga nowych fanów z każdym występem. Może ma to związek z jego religijnym wychowaniem, z przygotowywaniem się do roli kaznodziei jako nastolatek?

"Tak, ogólnie muzykę przeżywam duchowo – nie chcę tu jej niepotrzebnie uwznioślić, ale kiedy grupa ludzi się zbiera i dzielą się swoją muzyką... nie dzieje się to cały czas, ale kiedy jest taki moment, że obnaża się swoją duszę, to publiczność na to reaguje w pewien sposób, na zasadzie 'Moment. Co tu się dzieje?!'. Dla mnie jest to przeżycie duchowe.

Praktycznie każdy aspekt życia codziennego kogoś, kto mieszka w małym miasteczku w Alabamie liczącym 700 mieszkańców, jest przesiąknięty konserwatyzmem religijnym. Rozmawiamy o dniu, w którym Sąd Najwyższy zalegalizował małżeństwa osób jednej płci we wszystkich 50 stanach, a Janeway niemalże wpada w ekstazę.

"To było nieziemskie, prawie się wtedy popłakałem. To dziwne uczucie, być tutaj, kiedy to się działo. Czułem wtedy, że kocham swój kraj – a nie jest tak cały czas! Takie coś to tabu, to grzech w Alabamie. Zaczynasz sobie zdawać sprawę z takich rzeczy i twój świat się zmienia. Trochę mi się to podoba, trochę nie – jeśli niebo istnieje, to taki Gandhi na pewno w nim jest. Wiecie, co mam na myśli?

W Alabamie twierdzono by jednak inaczej, bo Gandhi nie był chrześcijaninem. Człowiek zaczyna być ponad czymś takim – mi się to w pewien sposób przestało podobać. Zawsze mówię, że gdybym miał z Bogiem ustawiony związek na Facebooku, to byłaby to opcja "to skomplikowane". Ale nie wydaje mi się, żebym był tu w mniejszości – moim zdaniem każdy z nas się tak trochę czuje". Stąd wzięło się ironiczne "St Paul"[św. Paweł, red.] w nazwie zespołu.

Od kasjera do frontmana

Paul płynie teraz z prądem ruchu na rzecz odrodzenia amerykańskiej muzyki soul w towarzystwie kolegów z Birmingham Alabama Shakes i im podobnym. Niewiele jednak brakowało, a dałby sobie spokój ze swoimi muzycznymi marzeniami – pracował jako kasjer w banku i chodził do community college.

"Chodziłem do szkoły księgowości, a wcześniej byłem bezrobotny... Tata, siostra i ja żyliśmy w mieszkaniu z dwiema sypialniami, nie miałem wtedy pracy, nic się w moim życiu nie działo. Pomyślałem, że muszę coś z tym zrobić".

"Ja i Jesse [Philips, red.], basista naszej kapeli, jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi . Stwierdziliśmy, że ten rozdział naszego życia musi się przecież skończyć, więc trzeba nagrać ostatni kawałek naszej muzycznej znajomości i zamknąć tę księgę. "This was us", mamy to gdzieś nagrane. Dobrze się bawiliśmy".

Nie była to jednak kolejna historia z serii "wielki muzyczny talent ginie pośród odmętów szarej, ciężkiej pracy". Nagranie to nie było ostatnim krokiem muzycznym – to był drugi początek.

"Pierwszą stworzoną przez nas piosenką było "Broken Bones and Pocket Change" [złamane kości i drobniaki, red.]. Po jej nagraniu wiedziałem, że to droga, którą chcę podążać. Pewnie znasz to uczucie – to ten wewnętrzny głos, który próbujesz stłumić, a który mówi coś na zasadzie: "o, tak, po prostu musisz to robić". Poza tym, chyba każdy jest zdania, że śpiewanie na dłuższą metę nie jest dla niego, co nie?".

Chłopaki szybko zwołali ekipę, uzupełnili trąbkami i puzonami, zbudowali kapelę wokół oldschoolowego głosu Janewaya z soulowym pazurem. Pięć miesięcy później Ben Tanner z Alabama Snakes – nowy producent zespołu – wydaje ich pierwszy krążek, Half The City.

Zaczęli już pracować nad kolejnym projektem, który "będzie głęboko osadzony w klimacie R&B i groove music". Teraz jednak planują dać sobie trochę więcej czasu na granie koncertów i pokazanie się na scenie międzynarodowej.

Janeway zainteresował się różnicami między etykietą koncertową w różnych krajach, zwłaszcza we Francji.

"Różnie z tym bywa u mnie w mieście, publiczność daje się czasem ponieść emocjom. We Francji, z drugiej strony, ludzie bardzo nas szanowali. Zwróciło moją uwagę to, że podczas koncertu klaszczą – i to wszystko. Ale kiedy występ się skończy, po prostu szaleją! I wtedy pojawia się zdziwienie: "aha, czyli jednak wam się podoba!". Istnieje tu oczywiście bariera językowa. Wiem, co znaczy "bonsoir". Dowiedzieliśmy się, że jeśli artysta potrafi powiedzieć po francusku kilka słów, to jest na wygranej pozycji. Zakodowałem to sobie".

Tak czy siak, Janeway ma rację – cokolwiek to jest, on to ma, cała kapela to ma i Europie dane będzie tego niedługo posłuchać.

YouTube: St. Paul & the Broken Bones - Half The City (Live on KEXP)