STADTLICHH: czasopismo zrodzone z miłości

Artykuł opublikowany 30 listopada 2012
Artykuł opublikowany 30 listopada 2012
Druk jest martwy? Ależ skąd! Martin, Valerie, Ulrike i Anne, założyli w Hamburgu własne czasopismo. Z wnikliwymi reportażami, fotografiami, oraz mnóstwem innych interesujących tematów. A wszystko to można przeczytać za darmo. Jeszcze tylko, gdyby można się było z tego utrzymać...

Teraz tylko szybko. Jak do diaska można się spóźnić na spotkanie, mieszkając zaledwie 5 minut drogi od miejsca tegoż spotkania? Przynajmniej tak myślałem. A i tak w końcu dotarcie z mojego przystanku Königstraße, do drzwi restauracji Glöe zabrało mi jeszcze dodatkowe 15minut. W ślicznej kafejce obok ulicy Reeperbahn, umówiłem się na spotkanie (wpadam lekko spocony i bez tchu) z trzydziestoparoletnimi Martinem Petersenem i Valerie Schäfers, która już popija kawę z mlekiem. Obydwoje przynieśli mi najnowsze wydanie swojego pierworodnego. Świetnie! Ponieważ w Glöe nie ma już żadnych egzemplarzy! Martin od razu spostrzega brak czasopisma i notuje w myślach, żeby wpaść ponownie z większą ilością.

W noc sylwestrową 2009/2010, Martin i Valerie również popijali kawę, ale wtedy w zamyśleniu. Valerie właśnie zwolniła się z pracy w biurze projektowym. Martin był natomiast niezadowolony z tej, w czasopiśmie o grach komputerowych. Podczas gdy kofeina płynęła im przez gardło, w głowie znowu zapaliła się lampa z tym paskundnym, ważnym, egzystencjonalnym pytaniem: co właściwie chcę zrobić z moim życiem? W jakim kierunku powinienem/powinnam iść?

Odpowiedź Martina: własne czasopismo. Odpowiedź Valerie: własne czasopismo. Zgoda! ''Często poruszamy się w życiu od jednego miejsca do drugiego, człowiek pracuje i jest tak zajęty, że tego ważnego pytanie już sobie nawet więcej nie zadaje”, mówi Martin. Pisanie tekstów, tworzenie stron, tym obydwoje już się zajmowali w przeszłości. Ona, grafik zajmujacy się komunikacją medialną, kobieta ze smykałką do ilustracji. On, magister anglistyki i filozofii, mężczyzna, dla którego słowo pisane nie stanowi tajemnicy.

Kogo więcej potrzeba?

Na przykład Ulrike i Anne. Dwie przyjaciółki, też z branży, z takim samym zapałem do stworzenia czegoś własnego. A więc było ich już czworo. Zespół Stadtlichh w komplecie.

W Hamburgu w tamtym okresie nieźle wrzało. Tłum artystów i lewicowców okupował dzielnice Alstadt i Neustadt. Zabytkowe domy z okresu grynderskiego miały zostać zastąpione szklanymi wieżowcami. I wtedy zdarzyło się coś, czego okupujący w ogóle nie wzięli pod uwagę: wszystkie warstwy społeczne zjednoczyły się w proteście. No i co tu robić, gdy chce się być ponownie wybranym? Parę kilometrów stamtąd historia się powtórzyła: budynek domu towarowego Karstadt, również został przejęty przez okupujących. W lokalnej prasie prawie nie było o tym wzmianki, a jeśli już, to były to raczej dość enigmatyczne informacje, dotyczące gentryfikacji, rozwoju miasta, nagłego wzrostu cen mieszkań. Bądź budowy dzielnicy nowobogackich. Targów budowlanych IBA (Internationale Bausaustellung). Krajowej wystawy kwiatów BUGA (niem. Bundesgartenschau). Linii metra U4. Czy pojawiła się wzmianka o proteście? ''Wiedziałem, że czegoś tu brakuje'', mówi Martin, biorąc łyk kawy. Całe szczęście, że wtedy nie mieliśmy pieniędzy na analizę rynku.

”Nie chcieliśmy być czasopismem naszpikowanym reklamami. Chcieliśmy stworzyć produkt wysokiej jakości: fotografie na obydwie strony, duża czcionka, ilustracje. Wygląd jest tak samo ważny jak treść”

''Nie chcieliśmy być czasopismem naszpikowanym reklamami. Chcieliśmy stworzyć produkt wysokiej jakości: fotografie na obydwie strony, duża czcionka, ilustracje. Wygląd jest tak samo ważny jak treść”, podkreśla Valerie. Jeśli entuzjazm mógłby błyszczeć, od tego czasopisma bolałyby oczy. Taką szefową, która pod koniec dnia przesuwa teksty na zdjęciach a to w jedną, a to w drugą stronę , Valerie nie chce być. Ona chce być obecna podczas wywiadów. Aktywnie wspiera komunikację wśród wszystkich członków Stadtlichh, którzy brali udział w tworzeniu artykułów. Brakuje jeszcze czegoś? Ach tak, forsa. Dokładnie mówiąc 4500euro na sześć wydań, po 10 tys. egzemplarzy. Ale skąd brać? Napisali z prośbą o wsparcie do ośmiu potencjalnych sponsorów, otrzymali pięć listów odmownych, dwóch wcale nie raczyło odpisać. No i wtedy: ratunek!

Nie robić sobie jaj z czytelnika

Każde czasopismo potrzebuje jakiegoś mitu spowijającego jego powstanie, im bardziej prawdziwy, tym lepiej. ''Naszą ostatnią szansą była Fundacja Promocji Mediów, ale oni nie zajmują się drukowanymi czasopismami’’, przypomina sobie Martin. Ostatniego dnia wrzucił podanie do skrzynki. Późnym wieczorem. A potem telefon od Anne: ''Właśnie otwieramy szampana''.

W sierpniu pierwsze prototypowe egzemplarze. Sto sztuk, zarodek, tak podobny do ich późniejszego dziecka. ''Już do pierwszego numeru załączyliśmy płatne reklamy”, mówi Martin. Reklamy! Stoją równiutko po lewej i prawej, na brzegach stron. Oddzielone od artykułów. Warto o tym wspomnieć: ''Artykułów sponsorowanych nie przyjmujemy. Nie będzimy robić sobie jaj z czytelnika''.

Przy wydaniu drugiego numeru ponownie pomogły składki z crowdfundingu (forma finansowania różnego rodzaju projektów,  przez społeczności związne z tym projektem; oparta na dużej liczbie drobnych, jednorazowych wpłat dokonywanych przez osoby zainteresowane projektem), a potem już samo się wszystko potoczyło. Gdy pomoc fundacji po wydaniu pięciu numerów dobiegła końca, ich dziecko-czasopismo stało już na własnych nogach. Co wcale nie oznacza, że ich czwórka może z niego wyżyć. Wszyscy mają dodatkowe prace. Stadtlichh jest dzieckiem, zrodzonym z miłości, a nie dla potrzeb biznesu.

Stadtlichh jest dzieckiem, zrodzonym z miłości, a nie dla potrzeb biznesu.

A dziennikarze, fotografowie, autorzy tekstów reklamowych, ilustratorzy i pozostali? Jedyne, co możemy opłacić, to marketing reklamowy, ponieważ z tego czerpiemy później zyski. Nic więcej na tym nie zarabiamy”, potwierdza Martin. I sądzi, że to nie jest w porządku. Mimo wszystko uważa swój magazyn za udany: ''Czasopismo odnosi sukcesy, nawet jeśli my nie zarabiamy na nim centa”. A jeśli zarabialiby na nim?

Nad tym zastanawia się czasami. Następnie przelatują przez jego głowę tysiące problemów: Jak wyjaśnię moim czytelnikom, że teraz nagle muszą płacić za czasopismo? Nakład zmniejszy się, pozyskiwanie reklam stanie się trudniejsze. 50 centów zostaje wydawnictwu po uiszczeniu wszystkich opłat. 25 procent otrzymuje hurtownia, pozostałe 25 sprzedawca detaliczny. No i ten niekonwencjonalny, nieporęczny format: za duży na typowo miejski magazyn.

Co z przyszłością?

Tak, przyszłość. Zdążyliśmy się już nasłuchać porad typu: ''dorośnijcie!''. Oni sobie uświadomili, że dalej tak nie można, że trzeba inaczej. Ale ja nie straciłem nadziei, że można iść dalej w tym kierunku -  z czasopismem, które jest dokładnie takie, jakie chcemy, żeby było”, podkreśla Martin.

''Tak, poproszę”, dodaję. Moja kawa z mlekiem jest zimna.

Magazyn Stadtlichh ukazuje się cokwartał od grudnia2010, obecnie w nakładzie20 tys.sztuk. Można go dostać w Hamburgu za darmo. Albo zamówić w abonamencie. Ale wtedy już kosztuje.

Artykuł powstał w ramach projektu Orient Express Reportrer Tripled, przy współpracy z francusko-niemieckim biurem dziennikarzy OFAJ.

Fot.: (cc) stadtlichh-magazin.de