Suuns: Dookoła świata w rytmie kanadyjskiego electrorocka

Artykuł opublikowany 29 sierpnia 2016
Artykuł opublikowany 29 sierpnia 2016

Grająca elektroniczny rock grupa Suuns już po raz drugi zagościła na Dour Festival. Udało nam się porozmawiać z ich perkusistą Liamem. Opowiedział nam historię sięgającą różnych zakątków świata. Zespół po raz ostatni odwiedził Europę podczas trasy w 2015 roku. Teraz Suuns powrócili, aby rozświetlić belgijską scenę festiwalową.

KanadaWielka BrytaniaLiban… Podczas takiej trasy koncertowej słońce nie zachodzi. W jego promieniach mieli ostatnio okazję skąpać się miłośnicy muzyki na belgijskim Dour Festival, a dzień wcześniej publiczność obecna na koncercie w HolandiiEkipa Cafébabel Bruksela zdążyła porozmawiać z perkusistą zespołu, Liamem O’Neillem, jeszcze zanim grupa wyszła na festiwalową scenę.

Liam szybko nadaje ton rozmowie: „Pośpiech to część bycia w trasie. Ludzie myślą, że życie muzyka to jedna wielka impreza, ale my przez większość czasu po prostu podróżujemy”.

Montreal – inkubator talentów

Mimo słonecznej nazwy początki Suuns były trochę bardziej przyziemne: grupa nazywała się Zeroes. Liam tłumaczy, że z powodu kłopotów z prawami autorskimi muzycy postanowili zmienić nazwę zespołu, gdy podjęli współpracę z wytwórnią. „To trochę głupie, ale po prostu przetłumaczyliśmy Zeroes na różne języki i stwierdziliśmy, że tajskie słowo wygląda najlepiej. Właśnie stąd wzięło się Suuns”. Różne języki? Cafébabel jest na tak.

Gdy zespół akurat nie podróżuje dookoła świata, oficjalnie stacjonuje w Montrealu. „Wcale tam nie bywam” – przyznaje Liam. „Ale to właśnie na ten adres przychodzi poczta”.

Europejczycy poznali niedawno smak demokracji bezpośredniej. Montreal leży natomiast w Quebecu, prowincji Kanady, której mieszkańcy już kilkukrotnie mieli zdecydować w referendum o niepodległości regionu od reszty kraju. Ostatnie takie głosowanie odbyło się w 1995 roku.

„Zwykle raczej dobrze się dogadujemy” – twierdzi Liam spytany o obecną sytuację w Montrealu. „To przede wszystkim francuskojęzyczny obszar, ale jest też małe zagłębie, gdzie mówi się po angielsku. Na co dzień wszystko jest w porządku, niektórzy może lepiej radzą sobie z dwoma językami niż inni, ale zdaje się, że odrębne kultury dobrze się ze sobą rozumieją. Myślę, że to właśnie dlatego tyle anglojęzycznych zespołów przenosi się do Montrealu. To małe środowisko, gdzie artyści oddziałują na siebie nawzajem. Stanowi pewnego rodzaju inkubator dla bardzo utalentowanych ludzi”.

Europa, czyli kipiący kocioł

Jakie znaczenie ma dla perkusisty Suuns Europa, pomijając serię granych tam koncertów? „Człowieku, w dzisiejszych czasach? (śmiech) To kipiący kocioł!” Zespół miał zaplanowane występy we Francji i Belgii zaledwie tydzień po tragicznych zamachach terrorystycznych w Paryżu, z których jeden miał miejsce w sali koncertowej Bataclan. „Pojechaliśmy do Belgii, a tam wszystko pozamykane. Mieliśmy zagrać koncert w Leuven, ale nikt na niego nie przyszedł, bo wszyscy kryli się w domach. Śledzić wiadomości to jedno, ale być w samym sercu wydarzeń i doświadczyć panującej tam atmosfery, to coś zupełnie innego. Mocno to przeżyliśmy”.

Publiczność na paryskim koncercie czuła się nieswojo. Liam pamięta, że było „bardzo sztywno”. Panował ogólny nastrój przygnębienia. Suuns występowali w budynku Institut du Monde Arabe (paryski Instytut Świata Arabskiego - red.). „Ludzie przyszli na koncert, ale po prostu czułem, że wiele ich to kosztowało, aby wyjść z domu i spróbować dobrze się bawić. Dobrze, że przyszło dużo ludzi. To był z pewnością wyjątkowy występ”.

Bejrut? To jak drugi Paryż!

Grupa zagrała koncert w Paryżu wraz ze swoim przyjacielem i managerem, Radwanem Ghazim Moumnehem, który ma libańskie korzenie. To właśnie dzięki tej znajomości wystąpili również na festiwalu w Bejrucie. „Nie wiedziałem czego się spodziewać, bo wielu znajomych powtarzało mi, że sytuacja w Libanie bywa niestabilna. Wszystko działo się akurat wtedy, gdy ISIS okupowało regiony na północy kraju i zaczynano coraz głośniej mówić o nich w mediach”.

Liam miał pewne obawy, bo jeszcze nigdy nie był w tej części świata, ale jego znajomi z Libanu doradzili mu, które miejsca warto zwiedzić, a których lepiej unikać. „Byłem zaskoczony panującą tam luźną atmosferą wprost z dużych metropolii – zupełnie jakbym wyjechał do Paryża. Popijasz drinki przy barze, a w ścianie widzisz dziury po pociskach... ale lubią tam imprezować!”.

---

Artykuł został opublikowany przez ekipę lokalną cafébabel Bruksela.