Szampania: Kraina winem płynąca

Artykuł opublikowany 9 października 2009
Artykuł opublikowany 9 października 2009

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Komu gumowce nie straszne, a i nie pogardzi kropelką dobrego wina, powinien wybrać się na winobranie do Szampanii. Takie doświadczenie pozwoli spojrzeć z innej perspektywy na francuską kulturę, ale również zmierzyć się z własnymi bólami pleców.

Od pięciu minut siedzimy ściśnięci, noga przy nodze, w małej czerwonej ciężarówce. Zamiast siedzeń w bagażniku ustawiono drewniane ławki, więc gdy kierowca hamuje lądujemy na siedzącym przed nami. Słońce zagląda nieśmiało zza szampańskich wzgórz, jest zimny poranek.

Ale dzięki płaszczom przeciwdeszczowym jest nam ciepło, aż parują nam dłonie. Czuję zmęczenie, przymykam moje ciężkie powieki. Muszę przyznać, że winobranie wydawało mi się łatwiejsze. Po dwóch dniach bolą mnie plecy i jestem wykończony, ale mimo to czuję się świetnie, ponieważ moje wakacje właściwie dopiero się zaczynają. 

Podróż do Neuville-sur-Seine ma początek w pewnym berlińskim mieszkaniu. Gdy dowiedziałem się o winobraniu, w Berlinie panowała jeszcze bezwzględna zima, a szampańskie winorośla stały pokryte lodem. Moja francuska współlokatorka opowiedziała mi wtedy o winobraniu zeszłego roku. Była zachwycona i koniecznie chciała powtórzyć doświadczenie w tym roku. Powiedziała mi, że właściciel winnicy płaci dobrze, a pomocnicy przy winobraniu nie muszą się martwić ani o zakwaterowanie, ani o wyżywienie, więc dość szybko namówiła mnie, bym też się zgłosił, w końcu mówię dobrze po francusku. Następnego dnia już wystosowałem list do właściciela winnicy i już wkrótce wszyscy moi znajomi wiedzieli, że za rok będę zbierać winogrona we Francji.

Winogrodnik siedzi w każdym z nas

Pół roku później otrzymałem maila informującego mnie o nadchodzącym winobraniu. Natychmiast zarezerwowałem pociąg i zacząłem pożyczać przydatne rzeczy od znajomych: spodnie przeciwdeszczowe, gumowce i czapkę z daszkiem. Zespół młodych winogrodników miał zebrać się we wtorek na dworcu w Troyes. Już w pociągu rozglądam się za potencjalnymi twarzami winogrodników - tylko jak powinni wyglądać pracownicy sezonowi? Trzy dziewczęta w hiszpańskich kapeluszach stoją przy swoich walizkach przy wejściu na dworzec, a najładniesza rzuca mi zainteresowane spojrzenie. Na przeciwko na rogu widzę chłopaka z gitarą i myślę sobie, że to typowy potencjalny winogrodnik. Minibus się zbliża, trzy dziewczęta, chłopak z gitarą i ja wsiadamy do niego i jedziemy do właściciela winnicy Huberta. A więc winogrodnik siedzi jednak w każdym z nas.

Oddzielanie kiści winogron od gałęzi i wrzucanie ich do wiadra wydaje się wielu ludziom taką samą pracą w polu jak sadzenie szparagów czy zbieranie truskawek. W jednej kwestii zapewne mają rację, a mianowicie nie jest to praca wymagająca wysiłku intelektualnego. Ale dla mnie ważne są jednak inne kryteria. Dla mnie tradycyjna praca w dolinach legendarnego regionu winnego Szampanii wśród podśpiewujących radośnie Francuzów była fascynująca. Dzięki temu mogłem nauczyć się jednocześnie języka, zwyczajów i fachowej wiedzy.

Jako jedyny obcokrajowiec musiałem sprostać wyzwaniu jakim był język. Gdy chciałem nauczyć się, jak odróżnić jeden rodzaj wina od innego, musiałem uważnie przysłuchiwać się właścicielowi winnicy, aby wszystko zrozumieć. Gdy ktoś uciął się w palec, krzyczał przeraźliwie po francusku domagając się plastrów. Dużo się przeklinało, czy to z powodu bóli pleców albo pragnienia spowodowanego poźnym letnim słońcem. Wynagrodzenie otrzymywałem również w typowo francuskiej formie czeków w euro. Dziesięć dni ośmiogodzinnej pracy przyniosło mi 800 euro.

Wzajemnie masaże i szampan na lepsze samopoczucie

Codzienny wysiłek dawał mi się we znaki. Każda pozycja, czy siedząca, stojąca, czy leżąca powodowała usztywnienie pleców. Czasami pomagało wspólne narzekanie, ale wkrótce słychać było już starą piosenkę winogrodników: „Dans notre vignoble terrible se lève ton coeur de chanson!”

Na krótko przed końcem dnia nasze twarze i plecy rozluźniały się. Czas na gorący prysznic i ściągnięcie stęchłych od wilgoci dżinsów. Każdy wieczór był dla mnie święty, a należały do niego zarówno zacięte dyskusje, jak również śpiewy, które przez niektórych chłopców wykorzystywane były jako okazja by się całkowicie rozebrać. Rolowaliśmy papierosy i piliśmy chłodne piwo. Poza tym między mną, a pewną czarującą studentką medycyny istniało bilateralne porozumienie o masażach. To, że jestem jej jeden masaż winny, nie przeszkadzało jej, bo, jak sama powiedziała, zobaczymy się przecież jeszcze.