Szkocjo, where art thou? Ostatnia bitwa o Zjednoczone Królestwo

Artykuł opublikowany 17 września 2014
Artykuł opublikowany 17 września 2014

Tegoroczna wrześniowa wizyta w Edynburgu jest nadzwyczaj fascynująca. Dni są jeszcze długie i słoneczne. Na oknach szarych wiktoriańskich domów jak grzyby po deszczu pojawiają się kolorowe krzykliwe slogany „Tak”. Im bliżej do referendum o niepodległość Szkocji, tym bardziej pogłębiają się podziały w szkockim społeczeństwie.

Jesienią 2012 roku Alex Salmond, szkocki premier i lider partii SNP (Szkocka Partia Narodowa), wymusił na Davidzie Cameronie podpis na dokumencie umożliwiającym rozpoczęcie przygotowań do niepodległościowego referendum Szkocji. Niecałe dwa lata później Cameron wygrzewał się na wakacjach w Portugalii, a po drugiej stronie muru Hadriana sekretarz laburzystów oraz wpływowy w edynburskich kręgach adwokat Alistar Darling wyruszył stawić czoła separatystom, wymachując sloganem „Razem lepiej” (Better Together, red.).

Już od pierwszej debaty telewizyjnej między Darlingiem i Salmondem było jasne, że decyzja o utrzymaniu funta szterlinga jako waluty wolnej Szkocji przyprawi szkockiemu premierowi niemałych problemów. Darling zarzucał, że Szkoci nie mają żadnego planu B, zwłaszcza biorąc pod uwagę wszystkie negatywy unii monetarnej jakie tylko potrafił wyliczyć Londyn. Jednocześnie w sondażach opublikowanych przez najważniejsze brytyjskie dzienniki poparcie dla separatystów nie przekraczało 39%. Medialne giganty Wielkiej Brytanii przegapiły jednak pewien drobny szczegół.

 Internet i głos młodego pokolenia

Pokolenie na zakręcie

W referendum mogą wziąć udział obywatele Szkocji oraz osoby mieszkające na jej terenie ze względu na swoją pracę lub studia. Głosujący musza mieć powyżej 16 lat. Referendum jest zatem zorientowane na młodych, którzy zamiast zaczytywać się w tradycyjnych gazetach szukają nowinek gdzie indziej: na stronach internetowych i licznych blogach, takich jak chociażby „Wings Over Scotland”, czy „Bella Caledonia”, które proponują szczegółowe analizy, komentarze i satyry popierające głosowanie na „Tak”. Innymi słowy portale te to informacyjna kontrofensywa działająca tuż pod nosem tradycyjnych mediów. 25 sierpnia dwaj przeciwnicy: Darling i Salmond ponownie stanęli do boju - tym razem w BBC. Pełen wiary we swoją sprawę Alex Salmond był w formie i wypadł bardzo przekonująco. Natomiast biedny Alistair Maclean Darling całą swą enegię poświęcił na odpieranie ataków zagorzałej przeciwniczki unii, która z widowni wypominała mu kryminalne zapędy do prywatyzacji publicznej służby zdrowia NHS (National Health Service, red.). Po debacie nikogo zatem nie zdziwił sondażowy wzrost sympatii dla obozu separatystów.

Słupki poparcia zachwiały się jednak 7 września. Wtedy to bowiem rząd brytyjski nasilił starania, by przekonać do siebie niezdecydowanych jeszcze do żadnej opcji mieszkańców Szkocji. Z lepszym lub gorszym skutkiem.

Darling atakowany podczas debatę przez członkinię publiczności 

Ciąża remedium na rozpadający się związek?

Atmosfera w ojczyźnie kiltu pozostaje gęsta, a Szkotom trudno jakoś jasno się określić. Miłośnicy teorii spiskowych zza kanału La Manche twierdzą nawet, że ciąża księżnej Kate Middleton służy ratowaniu unii i jej wizerunku. Młode pokolenie wierzy w marzenia Salmonda, a ci, którzy zbyt tchórzliwie podchodzą do zmian, tkwią w miejscu. Kto by przypuszczał, że po stuleciach walk i dworskich intryg Szkoci posłużą się referendum, narzędziem demokratycznym par excellence, aby zadecydować o swojej niepodległości? Dopóki Westminster nie otworzy się na nowoczesne trendy, bez dialogu między sprzymierzeńcami i przeciwnikami unii, droga do nowej gospodarczo silnej Szkocji pozostanie zamknięta. Możliwe, że o tym, czy kiedykolwiek zostanie zbudowana, będą musiały zadecydować przyszłe pokolenia.