Szkockie referenda: Wystarczy, by wyborcom zaczęło zależeć?

Artykuł opublikowany 25 lipca 2016
Artykuł opublikowany 25 lipca 2016

We wrześniu 2014 roku, młodzi Szkoci urodzeni między 1996 i 1998 rokiem, przeszli coś w rodzaju demokratycznego chrztu bojowego: referendum niepodległościowe w Szkocji. Zaledwie dwa lata później znów musieliśmy decydować: zostać w Europie albo nie. Ale czy te dwie duże okazje do demokratycznej ekspresji rzeczywiście przyciągnęły ludzi do urn?

Razem z resztą moich szkockich rówieśników pierwszy głos oddałam we wrześniu 2014 r. Inaczej niż w przypadku naszych rodziców czy starszego rodzeństwa nasz debiut na kartach do głosowania nie sprowadzał się do wyboru nowych reprezentantów w rządzie. Zamiast tego dokonywaliśmy wyboru pomiędzy dwiema diametralnie różnymi wizjami przyszłości kraju.

W Szkocji dopiero co opadły emocje, a znów mieliśmy decydować: zostać czy nie? Suwerenność czy kontrola na dystans? Służalczość czy niepodległość? Być może cele się zmieniły, ale wiele argumentów brzmiało znajomo, podobnie jak retoryka, której używano w kampaniach, które miały nas zachęcić do wzięcia udziału w referendum. To zbyt ważna decyzja, by pozostawić ją innym ludziom; szansa, by nasz głos został usłyszany; jedna z niewielu okazji, by przeciętny wyborca mógł poczuć swoją władzę.

Promyk nadziei?

Moja sytuacja jest niecodzienna: mam zaledwie 20 lat i już brałam udział w dwóch wielkich referendach. To stało się katalizatorem mojego własnego zaangażowania politycznego. Mimo, że starałam się śledzić bieżące wydarzenia, polityka zawsze wydawała mi się bardzo odległa od mojej codziennej egzystencji. Chociaż zamierzałam głosować po osiągnięciu pełnoletniości, przedwcześnie rozczarowałam się brytyjskim systemem wyborczym opierającym się na zasadzie „zwycięzca bierze wszystko”.

W tej aż nazbyt prostej metodzie, którą Electoral Reform Society (Towarzystwo Reform Praw Wyborczych) potępia jako przeżytek, członkowie parlamentu wybierani są na zasadzie większości względnej. Głos wyborców, którzy nie utożsamiają się z największym ugrupowaniem w ich regionie, jest całkowicie pomijany. Cały proceder zaczyna przypominać przygnębiającą grę strategiczną: „Zagłosuję na tego, żeby wykluczyć tamtego”.

Ale nie w referendach. Referenda są promykiem nadziei dla systemu demokracji. Oddają władzę ludziom i sprawiają, że mój marny głos na Partię Zielonych staje się czymś równie istotnym, co głos moich znajomych skłaniających się ku Partii Pracy czy Konserwatystom. Przed szkockim referendum z 2014 r. przewartościowałam swoje pesymistyczne nastawienie do głosowania: w końcu mój głos miał się liczyć.

Nagle bardzo ważne stało się dla mnie, aby zagłosować świadomie. Terminy takie jak „mandat wyborczy” i „rentowność”, na które kiedyś nie zwracałam uwagi, raptownie zostały pojęciami, które musiałam zrozumieć. Wcześniej głosowanie wydawało mi się jakąś optymistyczną, dziwaczną, a nawet zagadkową czynnością – bardziej moralnym obowiązkiem, niż narzędziem zmiany. Referendum w sprawie niepodległości zmieniło wszystko. Referenda są oczywiście czasochłonne, kosztowne i stwarzają podziały. W moich oczach ratuje je tylko to, że mogą stać się przyczynkiem do większego zaangażowania politycznego społeczeństwa i żywszej debaty publicznej, że pokazują elektoratowi, tak jak pokazały mnie, że nasz głos ma znaczenie.

O dwóch frekwencjach

Wszystko to okazało się prawdą w 2014 r., kiedy 85% uprawnionych do głosowania Szkotów stawiło się 18 września w lokalach wyborczych. To szokujący wynik w kraju, gdzie frekwencja wyborcza od lat 70. nie przekroczyła 75%. Wyglądało na to, że opinia publiczna znowu zaczyna interesować się polityką. Chociaż wszyscy skupieni byliśmy przede wszystkim na kwestii niepodległości, to w czasie debaty publicznej poruszano też zagadnienia takie jak m.in. gospodarka, ideologia, tożsamość, przedstawicielstwo, czy równość.

Od tamtego czasu trudno było jednak szukać śladów zwiększonej frekwencji czy zaangażowania politycznego w Szkocji. Podczas ostatnich wyborów do szkockiego parlamentu frekwencja była szczególnie niska – 55%. Wydaje się, że polityczne przebudzenie, które sama poczułam, nie dotknęło wszystkich w kraju.

Raczej optymistycznie miałam nadzieję, że referendum w sprawie wyjścia z UE będzie sygnałem do powrotu masowego zaangażowania w politykę – nie tylko w Szkocji, ale w całym Zjednoczonym Królestwie. Ale frekwencja w dniu referendum wyniosła zaledwie 72%. Brzmi to jak wysoki wynik, ale jeśli przyjrzeć mu się bliżej, wnioski są niepokojące. Z powodu niewielkiej przewagi głosów za wyjściem z UE (52% do 48%), decyzja tak zwanych „Brytyjczyków” jest opinią ledwie 38% elektoratu. Mniej niż dwie piąte upoważnionych do głosowania, którzy i tak stanowią przecież tylko część całego społeczeństwa, chcą wyprowadzić Wielką Brytanię z Unii Europejskiej.

Apatia i gniew

Post-referendalny gniew wyborców, którzy głosowali za pozostaniem w UE, skierował się przeciwko wszystkim, począwszy od starszego pokolenia, przez ksenofobów, na politykach-manipulatorach skończywszy. Ale przecież chyba gniew musi też budzić postawa tych, którzy nawet nie pofatygowali się zagłosować? Jeśli bezpośrednia i równa siła głosu wyborczego nie wystarcza, by pokazać ludziom, że ich opinia ma znaczenie, szczegóły nowego porozumienia handlowego z Europą nie są naszym jedynym problemem.

Statystyki wyborcze sugerują, że sympatycy pozostania w UE byli mniej skłonni do oddania głosu 23 czerwca. Gdyby frekwencja była wyższa, może wynik byłby inny. Ci, którzy głosowali, pokazali nam, że państwo się podzieliło, a klasa pracująca czuje się niedostatecznie reprezentowana i pozbawiona praw wyborczych. Ci, którzy nie głosowali, pokazali, że prawie jedna trzecia populacji dorosłych nie jest zainteresowana sprawami, które mogą i będą miały realny wpływ na ich życie.

Obojętność wobec wyborów powszechnych to zrozumiały skutek nieefektywnego systemu wyborczego. Natomiast obojętność w sprawie referendum to symptom problemu, który leży w samym sercu Wielkiej Brytanii.

---

Nawet wspólne śpiewanie „Zostańmy razem” nie pomogło - Wielka Brytania przewagą 52% głosów zdecydowała się opuścić Unię Europejską. A oto, co o Brexicie piszą nasi autorzy.