Sztuka i komercja w Tiranie

Artykuł opublikowany 28 października 2009
Artykuł opublikowany 28 października 2009
4 dni w albańskiej stolicy.

Mieszczą się tu różne firmy z branży filmowej i telewizyjnej – na przykład Akademia Filmowa Marubi, która od jakiegoś czasu toczy spór z państwem. W lecie sporo się tu działo: okupacja, bijatyki. Obecnie do samego wejścia do Wyższej Szkoły Filmowej dochodzi płot, a strażnicy patrolują położony na tyłach, urządzony przez uczelnię ogród rzeźb. To za ten ogród powinien zostać zapłacony zaległy czynsz – przed czym wzbraniał się filmowiec i rektor szkoły Kujtim Çashku.

(zdj.: Jorn Ebner)

W dodatku, niedawno, były albański minister kultury chciał wyrzucić stację telewizyjną Top Channel z położonej w śródmieściu piramidy Hoxha i przenieść ją do nowego budynku na tym właśnie terenie. Ale dlaczego akurat tutaj, narzeka Çashku, skoro jest tyle innych miejsc? Dlaczego koniecznie na miejscu ogrodu, a nie na którymś z licznych ugorów? Wzdłuż ogrodzenia, szkoła wywiesiła długi baner ze zdjęciami pokazującymi przemoc ze strony państwa wobec demonstrujących studentów i wykładowców. Çashku dodaje, że ma wystarczająco dużo materiałów, by zmontować film – szkoła Marubi miałaby za sobą siłę tego obrazu. Tak jak ten płot tutaj podczas trwającego przez pięć dni międzynarodowego festiwalu filmowego poświęconego prawom człowieka. Obok pomalowanego na czerwono budynku głównego dawnego państwowego studia filmowego, leżą na stercie wielkie fragmenty ekranów i widowni z festiwalu. Pokazuje to brak zrozumienia dla kultury i sztuki u władz, które nie szanują nie tylko festiwalu poświęconego prawom człowieka, ale również filmowców.

©http://www.flickr.com/photos/slazgrc/Końcowy przystanek „Kinostudio” leży na granicy miasta. Niedaleko znajduje się kolejka linowa na górę Dajti. Natomiast w centrum miasta znajduje się Hotel Dajti, który w czasach komunizmu dostępny był tylko dla uprzywilejowanych oraz obcokrajowców. W 2002 roku został zamknięty i niedługo potem splądrowany, a próby jego sprzedaży spełzły na niczym.

Budynek stał pusty do czerwca, kiedy rozpoczęło się czwarte Biennale Sztuki w Tiranie T.I.C.A.B. - Do celów artystycznych się nadaje. 29 października rozpoczynają się niemieckie tygodnie kultury „Feedback ‘89”. Pracownica Biennale donosi, że obecnie do Dajti chciałoby się wprowadzić Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Osiągnięciem T.I.C.A.B. jest nie tylko ciekawy wybór współczesnych dzieł sztuki, lecz również udostępnienie pełnego znaczeń budynku, który podczas faszystowskiej okupacji w latach trzydziestych zbudowali Włosi. Niektórzy artyści Biennale wykorzystali w swoich pracach pozostałości z hotelu: rzeźby z kawałków talerzy, grafiki obok stosów akt, projekcje w szafach ściennych, z których wyjęto drzwi.

Wielką salę balową ozdabiają czarne pajęczyny. Stan budynku odzwierciedla stan państwa: aspiracja do bogactwa wśród zrujnowanych chodników. Sztuka pokazuje współczesne życie gospodarcze i marzenia o innych miejscach: „Dead Malls” – wymarłe pasaże handlowe - w USA, bezdomne psy w Chinach.

Rzadko zdarza się na wystawach, że kulturalne artefakty współgrają z przestrzenią wystawową, miejscem wystawy, a nawet całym krajem.

W Tiranie targowiska są bardziej zatłoczone niż pasaże handlowe. Włoska – faszystowska – nowoczesna architektura kształtuje wizerunek reprezentacyjnych miejsc miasta; nowoczesne szklane budynki zachodniej proweniencji mieszczą nowoczesne sklepy także poza centrum, gdzie z kolei powstaje ogromny kościół. Monitory ozdabiają wystawy niektórych sklepów, wielkie ekrany na szczycie wieżowca domu towarowego – pomimo częstych braków w dostawie prądu w lecie i zimie.

Na południu miasta za Uniwersytetem i Akademią Sztuk Pięknych zieleni się zaniedbany park ze sztucznym jeziorem. Mały czerwony amfiteatr roztacza uroki prostej socjalistycznej architektury.

W niedziele przesiadują tu nastolatki i całe rodziny. 

Produkcja filmowa pokazuje ciemnowłosą kobietę z laptopem. Sceny z życia są liczne – to banalne twierdzenie można odnieść do każdego miejsca, i do Tirany, i do Los Angeles.  Tylko teatr załatwiania wiz, który rozgrywa się w uliczkach na tyłach ambasad, nie jest przeznaczony dla publiczności. Petenci się tłoczą, policja ich powstrzymuje, pracownik ambasady nawołuje do porządku. Ludzie tutaj chcą po prostu wyjechać z kraju, a do tego potrzeba przyzwolenia innych. Narzekają na brak zrozumienia nieprzejrzystych procederów. Tutaj nie pomogą ani film, ani sztuka, ani reklama – nędzna egzystencja wkurza.