Szumowska: niektórzy reżyserzy woleliby, żebym była facetem

Artykuł opublikowany 4 grudnia 2013
Artykuł opublikowany 4 grudnia 2013

Małgośką Szumowską i Mateuszem Kościukiewiczem spotkaliśmy się przy okazji festiwalu Kinopolska 2013, podczas którego prezentowali publiczności „W imię …”. O filmie, życiowej odwadze, kompleksach Polaków i o tym, że gdyby była facetem, środowisko reżyserów traktowałoby ją bardziej serio – Małgośka Szumowska

Cały wy­wiad znaj­dziesz tu.

"W imię..."

Czy ksiądz Adam cier­pi tylko dla­te­go, że jest księ­dzem i ho­mo­sek­su­ali­stą?

Mał­goś­ka Szu­mow­ska: Nie, tu cho­dzi o coś jesz­cze in­ne­go – przede wszyst­kim o jakąś sa­mot­ność. To jest film o sa­mot­no­ści, o nie­speł­nie­niu mi­ło­snym i o tę­sk­no­cie za bli­sko­ścią. Pro­ble­my ce­li­ba­tu, ko­ścio­ła i ho­mo­sek­su­ali­zmu są na dru­gim pla­nie. To nie miał być film pu­bli­cy­stycz­ny, bo gdyby miał nim być, wzię­li­by­śmy hi­sto­rię jeden do jed­ne­go z ga­ze­ty i po­wie­dzie­li, że to jest film prze­ciw­ko ce­li­ba­to­wi i o ho­mo­sek­su­ali­zmie. My jed­nak chcie­li­śmy te pro­por­cje od­wró­cić, chcie­li­śmy, żeby to był film o czło­wie­ku i roz­gry­wał się na tle pew­nych pro­ble­mów. Filmy, które nie na­rzu­ca­ją od­gór­nie ja­kiejś tezy za­wsze moc­niej dzia­ła­ją na widza. Ten film taki wła­śnie jest – otwar­ty i nie­oce­nia­ją­cy bo­ha­te­rów.

A co z za­koń­cze­niem filmu? Po sce­nie seksu księ­dza z Dynią wi­dzi­my Dynię w su­tan­nie. Jak to in­ter­pre­to­wać?

M: Myślę, że w Pol­sce in­ter­pre­ta­cja filmu jest dosyć jasna. W pol­skiej pra­sie było wiele ar­ty­ku­łów na temat tego, że ko­ściół czę­sto mówi, że ho­mo­sek­su­alizm go nie do­ty­czy. Wszy­scy oczy­wi­ście wie­dzą, że ho­mo­sek­su­alizm jest wszę­dzie. W ko­ście­le jest on jed­nak bar­dziej skry­wa­ny – ko­ściół ab­so­lut­nie nie chce przy­znać się do cze­goś, co jest oczy­wi­ste a zra­zem za­ka­za­ne. Bar­dzo czę­sto dzie­je się tak, że ksiądz ma ro­mans z mło­dym chło­pa­kiem z bied­nej ro­dzi­ny i żeby trzy­mać go przy sobie – za­ła­twia mu se­mi­na­rium. Dla ta­kie­go chło­pa­ka nie ma pew­nie lep­sze­go wyj­ścia, bo prze­cież sam nic nie zdzia­ła, sam nie opła­ci sobie edu­ka­cji, sam nie po­je­dzie do mia­sta. Ta scena jest bar­dzo iro­nicz­na – ona po pro­stu po­ka­zu­je pe­wien za­mknię­ty krąg, pe­wien me­cha­nizm ko­ścio­ła, coś, co cią­gle bę­dzie się dzia­ło. Ta scena była na­krę­co­na po to, żeby ten me­cha­nizm ob­na­żyć i jest wła­ści­wie je­dy­ną sceną, w któ­rej ja sama się jakoś usto­sun­ko­wu­ję do kwe­stii ko­ściel­nych. To jest takie iro­nicz­ne i bar­dzo praw­dzi­we za­koń­cze­nie, ale wiem też, że w róż­nych kra­jach jest ono róż­nie in­ter­pre­to­wa­ne. To za­koń­cze­nie nie za­wsze jest zro­zu­mia­łe, bo nie wszę­dzie ist­nie­ją takie pro­ble­my.

szu­mow­ska

W jakim stopniu swoje osiągnięcia zawdzięczasz szkole, a w jakim talentowi, odwadze i doświadczeniu?

M: Przede wszystkim zawdzięczam je odwadze. Nie należy się bać – odwaga determinuje jakikolwiek sukces. Przesadne liczenie się z opinią innych na swój temat, co jest często cechą młodości, jest obciążające i nie pozwala na to, żeby zrobić krok do przodu. Trzeba ufać sobie i w ogóle nie przejmować się opinią innych na swój temat, a to jest bardzo trudne. Ja chodziłam do świetnej szkoły. Szkoła filmowa za moich czasów była jeszcze bardzo dobra uczelnią. Myślę, że teraz to się zmieniło. Wtedy były jeszcze wielkie nazwiska – uczył mnie Has, po korytarzach przechadzał się Kieślowski, czuło się atmosferę mistrzów. Myśmy trafili jeszcze na to pokolenie starych wyjadaczy, którzy moim zdaniem i nas i wydział operatorski bardzo dużo nauczyli, ale właśnie głównie życia. Na przykład mnie Has zawsze uczył, że raz: mam robić to, co czuję i nie przejmować się tym, że na przykład dostanę tróję, bo się profesorom moja etiuda nie będzie podobała, a dwa: że nie można się zamykać na opinie innych. Jeśli komuś coś polecam, to polecam taką wewnętrzną odwagę.

W środowisku reżyserskim czuć dosyć mocno testosteron. Czy Ty uważasz, że jesteś tam traktowana na równi z mężczyznami?

M: Ja bym sobie na pewno nie pozwoliła, żeby ktoś mnie traktował inaczej. Mam bardzo silną osobowość, więc jakoś sobie daję radę w tym męskim środowisku. Mam jednak zawsze wrażenie, że gdybym była mężczyzną reżyserem z moimi sukcesami, to środowisko byłoby bardziej zadowolone. I tego jestem w stu procentach pewna. Odczuwam, że drażniące jest to, że jestem kobietą, że mam sposób zachowania, mówienia, który jest bardzo „do przodu” i że gdybym była mężczyzną ze swoimi osiągnięciami, a mam w tym momencie kilkadziesiąt nagród , to nastawienie byłoby inne.

Twoje filmy, dystrybuowane za granicą, są albo nagrywane w Polsce, albo grają w nich polscy aktorzy. Czy Ty chcesz pokazywać Polskę i polskość w jakiś określony sposób zagranicznej publiczności?

M: Tak. Z filmu na film jestem coraz bardziej przekonana, że kraj, z którego pochodzę jest bardzo ważny, że moje korzenie mnie ukształtowały. Dlatego chcę, żeby tłem dla moich filmów była Polska. Chcę opowiadać o Polsce, ale niekoniecznie wprost. Na pierwszym planie powinna być zawsze jakaś uniwersalna historia, a na drugim planie chcę osadzać ją konkretnie w polskości, bo uważam, że to ciekawi świat.

A czy to, że jesteś Polką ma jakieś znaczenie dla Twojej kariery?

M: Myślę, że w Europie nie przystawiają Ci stempla „jesteś z Polski” w negatywny sposób. Jeśli już – to pozytywnie, w ten sposób, że lubi się polska kulturę, wspomina się starą polską kulturę, jeszcze zza Żelaznej Kurtyny. Nie mam poczucia, że bycie Polką w czymś mi przeszkadza, chociaż na pewno jest tak, że Polacy mają wielkie kompleksy i to wpływa na nasz wizerunek na świecie. To jest chyba także nasza bardzo drażniąca cecha.

Wiel­kie dzię­ki dla Ste­fa­na Mi­chal­skie­go i Agaty Bie­lec­kiej, dzię­ki któ­rym po­wstał ten ar­ty­kuł.