Terry Gilliam, wieczny nastolatek

Artykuł opublikowany 2 stycznia 2007
Artykuł opublikowany 2 stycznia 2007
Terry Gilliam, spędził połowę życia w Londynie, gdzie wraz z grupą podobnych mu komików stworzył "cyrk" Monty Pythona. Dzisiaj, mimo swoich 65 lat, wciąż poszukuje i jest pełen fantazji.

W wyglądzie zewnętrznym nie różni się specjalnie od typowego angielskiego emeryta: posiwiała głowa, wydatny brzuszek, ubrany w jaskrawy podkoszulek i domowe kapcie. Jednak są dwie rzeczy, które go odróżniają od reszty brytyjskich turystów: narodowość (może wydać się to nieprawdopodobne, ale współtwórca legendy brytyjskiego humoru urodził się w Stanach Zjednoczonych) i talent, który obecnie nie podlega już żadnej dyskusji. Nie ma chyba nikogo, kto nie śmiałby się podczas oglądania filmu Monty Python i Święty Graal, lub innych wytworów tej grupy. Trzydzieści lat po niewątpliwym sukcesie, Terry Gilliam wciąż pracuje w branży filmowej.

Gilliam z pieczołowitością przegląda leżące na stole gazety w poszukiwaniu artykułów zawierających jego wypowiedzi z Festiwalu w Sitges. Oto, co znalazł: "Nostradamus to moje drugie imię", "Monty Pyton jest jak Beatlesi: nigdy nie wróci", "Czuję się jak Don Kiszot". Naprawdę możemy tam znaleźć niewyczerpaną ilość tytułów związanych z naszym głównym bohaterem. Mam nadzieję, że udzieli mi podobnego do tych komentarza.

Zaczynamy rozmawiać o krytykach. Terry nie przyjął zbyt dobrze krytyk na temat ostatniego filmu Tideland (polski tytuł Kraina traw) wygłoszonych po festiwalu filmowym w San Sebastian. "Jesteście kompletnymi głupcami" - powiedział bez ogródek. Obecnie, rok później, wydaje się spokojniejszy. W Stiges mamy inny rodzaj publiczności, której reakcja była bardziej pozytywna. Opinie krytyków już mnie tak nie interesują. Czasami myślę, że oni w swoim życiu widzieli już tyle filmów, że już nie wiedzą, o którym z nich mówią. Nigdy nie nauczyłem się niczego pozytywnego z negatywnej krytyki. Ton Williama wydaje się spokojny, pozbawiony jakiejkolwiek urazy.

Dzieci i narkotyki

Trzeba przyznać, iż Tideland nie jest filmem łatwym do oglądania. Jest to obraz, który wymaga od widza pewnego wysiłku. Główny wątek filmu, oparty na książce Mitcha Cullina wydanej pod tym samym tytułem, stanowi historia dziewczynki, który przygotowuje działkę narkotyków dla swoich rodziców. W chwili, gdy ojciec i matka umierają, zaczyna żyć w wyimaginowanym świecie. Pociągi mają formę rekinów, a lalki mówią. Świat realny jest brudny, plugawy, a wyobraźnia pomaga dziewczynce przetrwać. Zakochałem się w tej książce od samego początku i pomyślałem sobie, że kluczem do jej sfilmowania będzie dobranie odpowiedniego punktu widzenia. Tutaj wszystko postrzegamy oczami dziewczynki i to właśnie zaskakuje dorosłą część publiki, która nie jest w stanie zrozumieć dobrze filmu Ale dlaczego tak się dzieje? Kiedy pojawia się dizewczynka przygotowująca dawkę heroiny, mówią: "To nie do przyjęcia!", trzymają się kurczowo swoich poglądów i nie przyjmują do wiadomości tego, co widzą. Widzą tylko trupy, narkotyki i rzeczy straszne. Nie zauważają relacji panującej między ojcem a córką, ani świata, który uformował jej osobowość. Dla głównej bohaterki to, co robi, nie stanowi żadnego problemu: ona tylko pomaga swojemu ojcu. Jedynym środkiem, który naprawdę pozwoli docenić ten film, jest wczucie się w osobę dziecka.

Wyobraźnia bez ograniczeń

Niczym nieskrępowana wyobraźnia - to nigdy nie stanowiło dla Gilliama żadnego problemu. Pomimo swoich 65 lat wydaje się, że nigdy nie przestał myśleć jak dziecko. Od kiedy rozstał się z kolegami z grupy Monty Pythona, zdobył sławę kultowego reżysera dzięki przepełnionego fantazją podejściu do swoich produkcji. We wszystkich pojawia się pewien element magiczny, który jest odzwierciedleniem najbardziej dziecięcej strony osobowości autora. Możemy to zauważyć w wielu filmach. Wystarczy wymienić Brazylię (1985) czy futurystyczną opowieść Dwanaście małp (1995). Gilliam nie ukrywa się ze swoimi poglądami. Myślę, że kiedy przestajesz śnić, marzyć, umierasz. Ja nie oddzielam rzeczywistości od wyobraźni. Wielu ludzi tak czyni, ale mnie to nie odpowiada. Na chwilę przerywa swoją wypowiedź, aby rozprostować ramiona i dać większy wyraz temu, co ma do powiedzenia. Kontynuuje: Wszyscy bez ustanku mówią o rzeczywistości, podczas gdy ja nawet nie wiem, czym ona jest. Są ludzie, którzy potrafią sprzedawać gazety czy zdobyć rekordową publiczność w telewizji, opierając się na tej zasadzie odwołania do suchych faktów. Ale dla mnie rzeczywistość jest kwestią czysto osobistą. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za ponownie wymyślenie świata na nasz użytek Nie musimy koniecznie akceptować tego, co inni próbują nam narzucić. Walka przeciwko systemowi. To jest to, co podoba się Gilliamowi, chociaż nieraz komplikuje życie.

Ten problem dotyczył powstania Człowieka, który zabił Don Kiszota, filmu, którego Gilliamowi nigdy nie udało się dokończyć. Nie stało się tak tylko przez niedogodności poprzedzające kręcenie obrazu (dziesięć lat zabrało mu zebranie funduszy), ale także przez liczne przeszkody naturalne i materialne, które pojawiały się na początku przedsięwzięcia. Keith Fulton i Louis Pepe nakręcili film dokumentalny, Zagubiony w La Manchy (2002) dotyczący perypetii związanych z realizacją filmu Gilliama. Był to pierwszy w historii kina film dokumentalny o nie nakręconym filmie fabularnym.

Pomimo wszelkich przeszkód, jakie pojawiają się na drodze Terry'ego, komik nie poddaje się, mając nadzieję na kręcenie filmów na zmianę po obu stronach Atlantyku. Gdzie, Pana zdaniem, będzie łatwiej realizować filmy? Przypuszczam, że w Stanach Zjednoczonych, gdyż zazwyczaj dają mi więcej pieniędzy. Wiem, że to, co mówię w tej chwili, może wydawać się ironiczne, gdyż nieraz wyrażałem się bardzo krytycznie o Hollywood, ale tamtejsze studia gwarantują środki finansowe, które byłyby niemożliwe w Europie. Kończy to zdanie wielkim wybuchem śmiechu. Ale Gilliam nie zapomina o europejczykach. Kiedy chcę zrobić jakiś film bez ograniczeń finansowych, mówię, że jestem Amerykaninem, ale kiedy moja propozycja jest bardziej egzotyczna, przedstawiam się jako Anglik. Tideland został nakręcony w Anglii. W Europie dysponujemy ograniczonymi środkami materialnymi, ale jesteśmy otwarci na ryzykowne wyzwania.

Powrót Monty Pytona

W rzeczywistości jankes z grupy Monty Pythona połowę swojego życia spędził na naszym kontynencie, dokładnie w Londynie. Wybrał się tam w 1967. roku w poszukiwaniu drogi życiowej i w rezultacie poznał resztę członków słynnej grupy komików, twórców, m.in. Żywotu Bryana (1979). Ale do tamtej epoki trudno będzie jeszcze powrócić. Gilliam nie próbuje nawet reaktywować działalności grupy. W zamian proponuje nowe, aktualne serie humorystyczne osadzone w tym samym nurcie awangardowym. W telewizji nadal robi się interesujące rzeczy. Problem polega na tym, iż jest za dużo realizatorów i producentów, którzy tylko komplikują ci życie. Jednak jeśli tylko będziesz mógł choć trochę działać na własną rękę, możesz stworzysz bardzo ciekawy humor. I nie tyczy to się tylko Zjednoczonego Królestwa, gdzie wielkie triumfy święci "Mała Brytania" ("Little Britain"), ale także Stanów Zjednoczonych, w których wyprodukowano takie filmy jak "South Park". Mimo wszystko trudno jest uwierzyć, że te filmy wywrą tak wielki wspływ na współczesne pokolenie, jak to uczynił w swoim czasie "Latający Cyrk Monty Pythona".

Tuż przed zakończeniem spotkania z Terrym Gilliamem poprosiłem go o zaproponowanie tytułu do artykułu. Terry zastanowił się chwilę i odpowiedział: "Terry Gilliam żywy trup".

Nie do końca zrozumiałem jego intencję. Terry wybucha gromkim śmiechem i żegna się ze mną. Krążą pogłoski, iż ponownie zamierza nakręcić Don Kiszota z Johnnym Deepem. Oby mu się powiodło!