''The Museum of Everything'', czyli sztuka marginesu

Artykuł opublikowany 29 listopada 2012
Artykuł opublikowany 29 listopada 2012
''The Museum of Everything” -  tak nazywa się muzeum, które od 2009 roku podróżuje po Europie i nie tylko, dając światu możliwość odkrycia niekonwencjonalnego rodzaju sztuki kreatywnej. ''Artyści są dziećmi'', tłumaczy dyrektor James Brutt, który zebrał dzieła nieznanych, znakomitych, kreatywnych samouków, często dotkniętych skomplikowanymi niepełnosprawnościami fizycznymi bądź umysłowymi.
''Żadnego szufladkowania”, opowiada Brutt, przeciwnik faszyzmu na rynku dzieł sztuki i obsesji przyczepiania etykiet. A jednak, nie sposób nie dostrzec sprytnych chwytów marketingowych za muzeum, przy eleganckim bulwarze Raspail w Paryżu. Warto poświęcić popołudnie na towarzystwo outsiderów kreatywności i wytężyć słuch aby usłyszeć historie, które kryją się za przedmiotami tego kalejdeskopicznego objazdowego muzeum, ktore jest szczególnym przykładem ''art brut”, czyli sztuki marginesu (przypis tł.).

''Sobota po południu, niedziela rano. Kiedy tylko chcesz. Wszystko jest możliwe”. Taką odpowiedź otrzymałam na pytanie o możliwość przeprowadzenia wywiadu z twórcą The Museum of Everything, rewelacyjnej, właściwie uniwersalnej ekspozycji, jak wskazuje sama jej nazwa. 15 października wystawa zawitała w progi wskrzeszonego niedawno, antycznego paryskiego seminarium ''Chalet Society''. Prosty bazar przedmiotów sztuki, ekscentrycznych kolekcji nieświadomych artystów i udręczonych istnień. Muzeum rozłożyło się za biało-czerwonymi drzwiami, które błyszczą w środku bulwaru.

Ekspozycję można oglądać do 16 grudnia 2012James Brutt, patron i twórca jedynego w Europie wędrownego muzeum, przyjął mnie w sobotnie deszczowe popołudnie, siedząc w przytulnej kawiarence w muzeum. Patrzył na mnie zza swoich niebieskich binokli, nie odrywał oczu od komputera, jakby chciał mi powiedzieć, że nie ma zbyt dużo czasu, ''ponieważ klucz do tego muzeum musisz znaleźć sam”. Trzymam się ściśle swoich założeń i proszę o opowiedzenie jego historii.

''To przeznaczenie”, mówi James. Wszystko zaczęło się od niejakiego Williama Brutta, wybitnego nieznajomego, osiemdziesięciolatka zamieszkującego wyspę Isle of Wright, który w ciągu swojego życia zbierał wszystkie najważniejsze dla niego przedmioty. ''Mając to samo nazwisko”, oraz ten sam geniusz, ''czułem się w obowiązku otworzyć coś w rodzaju londyńskiego oddziału”. W 2009 roku, punktem wyjścia kalejdoskopicznego karawanseraju Museum of Everything, był Londyn. Jego otwarcie przyciągnęło ponad 35.000 odwiedzających, na powierzchni 1000 metrów kwadratowych. Cała reszta to historia, która obejmuje Włochy, Francję, Rosję, a obecnie przygotowuje się do wizyty w Sztokholmie i Australii.

W towarzystwie przyjemnego aromatu kawy, ktoś rysuje przegryzając ciastko lub popijając cappuccino. James, za ekranem swojego komputera, dogląda wszystkiego czujnym okiem. Tłumaczy: ''Kiedy wychodzisz z tego muzeum, nie jesteś już tą samą osobą”. Z tą świadomością opuszczam małomównego Jamesa i schodami kieruję się na drugie piętro muzeum, które stanowi początek wystawy. Otwierają ją druki Henry’ego Dargera, coś w rodzaju udręczonego Lewisa Carrolla, którego płyty przedstawiają dziesiątki malutkich transseksualnych dziewczynek, jego Vivian Girls.

''...w tej ramie znajdują się bieda bytu, przykre podmioty, trudne żywota, mam wrażenie, że wszystko to jest piękne”

Spotykam Lazare Boghossian, 49 latka, zahipnotyzowanego niepokojącymi blaszanymi ludźmi. ''Jesteśmy przyzwyczajeni do fascynacji osobą artysty”, mówi, ''ale bardzo często ich życie jest przerażające i pełne cierpienia”. Wystarczy rzucić okiem na odnowioną alkowę, znajdującą się na ostatnim piętrze. Schronienie dla cierpiącej duszy Siostry Gertrudy Morgan. Jej dom, został zmieciony przez huragan Kathrina, dziś jego część podróżuje przez Europę razem z muzeum, ze swoimi małymi organkami pokrytymi napisami i obrazami, które chronią wieczną misję Gospel. ''Wizja raju jakiejś siostry zakonnej, wydaje się tematem mało interesującym…”. ''Ale w tej ramie znajdują się bieda bytu, przykre podmioty, trudne żywota, mam wrażenie, że wszystko to jest piękne”, dodaje po chwili Lazare.

Fragment ekspozycji The Museum of Everything

Zostawiam Lazare i słucham przewodnika stojącego przed żelaznymi strachami na wróble Hawkinsa Boldena. ''Wydaje się, jakby piłka do bejsbola pozbawiła go oka, a on mści się przebijając swoje blaszane ludziki, albo składa hołd temu, co stracił na zawsze”. Obok Boldena, nieme obrazy Jamesa Castle, nie umiejącego czytać, pisać, słuchać. ''Art brut”, jedyna etykieta, którą można nadać temu miejscu, gorliwemu przeciwnikowi faszyzmu artystycznego i segregacji kulturowej. Jak to możliwe, że artyści ci, nie chlubią się tytułem ''outsiderów”? Z ich biografii można wyczytać proste, o ile nie wyjątkowe, zawody. Jak na przykład Felipe Jesus Consalvos, pracownik fabryki cygar.

You don’t need to understand to love it”, napis ten widnieje w różnych miejscach muzeum. To James jest jego autorem.''Nie ma klucza do lektury czy interpretacji. Jeśli dzieła działają Ci na nerwy, albo są w stanie otworzyć coś w Tobie, to zależy to tylko od Ciebie”. Jest coś, co wprawia mnie w dezorientację kiedy patrzę na Possum Trot, ciąg lalek na pustkowiu Mojave, przedstawiony przez Calvina i Ruby Black. Podobnie obsesyjne jest ACM do zepsutych kół zębatch maszyn do pisania, przerobionych na skrupulatny kompleks architektoniczny. Jednak bezradność przegrała z wdziękiem, którym emanuje to miejsce. Ta aura zauroczyła również takie sławy jak Nick Cave, Maurizio Cattelan i David Byrne.

Ciężko oprzeć się chęci przeczytania kilku autobiograficznych linijek, które towarzyszą każdemu dziełu, tworząc z każdego elementu tego muzeum niesamowitą historię, której damy się ponieść. Dlatego też zatrzymałam się, by popatrzeć w oczy tych wszystkich rodzinnych, drewnianych marionetek, stworzonych przez Mortona Bartletta. Przeczytałam wszystkie obsesje rozwodnika, ręcznie zapisane na papierowych kalendarzach Royala Robertsona. Zatrzymałam się by zapoznać się z dwunastoma wcieleniami Kim Noble, malarki, która tymi samymi dłońmi obejmowała dwanaście różnych styli, i starałam się nadążyć za serią rzeźb z wełny, skręconych przez Judith Scott - według Jamesa jest to ''najpiękniejsza historia świata”. W końcu wracam na parter, przepełniona żywotami tak dalekimi od mojego, ale może nękanymi przez te same niepewności.

James nadal siedzi za ekranem swojego komputera. Żegnam się z nim serdecznie i bez zbędnych pytań. Wydaje mi się, że sama znalazłam mój klucz.

Fot.: (cc) Museum of Everything; video: DocuChick/YouTube