The Notwist - zespół welkich intelektualistów

Artykuł opublikowany 11 września 2008
Artykuł opublikowany 11 września 2008
W ostatnim tygodniu "Areny Kulturalnej", grupa  The Notwist gra na placu teatralnym. Przed koncertem, w ogrodzie kafejki Grünowski, spotykamy Markusa Achera, gitarzystę i wokalistę zespołu. W czasie wywiadu na nasz koc spadają ze słonecznego nieba dwa szerszenie. Walczą ze sobą jak szalone. Markus marszczy czoło i opowiada nam o swoich szkolnych czasach i publiczności w Europie.

"The Notwist" - co to właściwie znaczy?

To nic nie znaczy. To miała być totalnie bezsensowna nazwa. Przed 20 laty braliśmy udział w konkursie radiowym dla młodych talentów. Nazywało się to "Demokassetentest" (po polsku - test kaset demo). Zaproponowaliśmy wówczas utwór, który sami uważaliśmy za okropny. Do tego wymyśliliśmy sobie fatalną nazwę zespołu. Miało to być w każdym razie coś z "the" na początku. No i angielskie "no" przyjmuje się wśród młodzieży też bardzo dobrze.

Co to była za piosenka?

To nie miało nic wspólnego z dzisiejszym "Notwist". To była gorsza wersja punkowej piosenki (zaczyna śpiewać...): "Piątek wieczór, koniec szkoły! Idziemy do domu!" (Wszyscy zaczynają się śmiać)

Dzisiaj jesteście sławni. Jacy byliście jako uczniowie?

Raczej "wolni strzelcy". Wszyscy z zespołu. Często też oblewaliśmy egzaminy. Dla mnie matura była trudna, mój brat nie skończył szkoły. Byliśmy po prostu zbyt spokojni.

Często jesteście zapowiadani jako zespół wielkich intelektualistów. Jesteście tego samego zdania? Studiowaliście kiedyś?

Studiowałem wszystko co możliwe, aż do magistra w Monachium: amerykanistykę, językoznawstwo - właściwie wszystko za co się człowiek bierze, gdy nie wie co chce robić. Gdy rozpocząłem później historię sztuki, rzuciłem studia. Już wtedy zajmowałem się prawie tylko tworzeniem muzyki. Szczerze mówiąc chciałem chodzić na koncerty, ale jakoś zawsze lądowałem w sklepach z płytami. Mój brat studiował muzykę, ale również nie ma dyplomu. Nasz nowy gitarzysta Max Punktezahl jest chemikiem. Nie określiłbym nas jako intelektualistów. Inne zespoły zdecydowanie bardziej nadają się do takich dyskursów.

Czyta się teraz, że "The Notwist" jest najbardziej znaczącym zespołem "Indie". Co rozumiesz pod pojęciem "Indie"?

Uważam, że te recenzje są niewłaściwe. "Indie" znaczy dla nas bardzo dużo, ponieważ jest jednoznaczne z "independent". Staramy się być tak niezależni od wytwórni płytowych i pracodawców jak tylko możliwe. Stary nurt "Hard core" i wszystkie jego pomysły wywarły na nas duży wpływ. Poza tym "Indie" to coś muzykalnego, a więc brzdąkanie na gitarze - i z tym właśnie się identyfikuję. Natomiast nie wiem szczerze mówiąc co zrobić z etykietką "najbardziej znaczącego zespołu Indie".

Od lat mówi się, że między dźwiękami The Notwist i waszą ojczyzną istnieje jakieś powiązanie. Nie kierujecie jednak swoich tekstów bardziej do światowej generacji?

Oczywiście - uważa się, że tam, gdzie się wychowaliśmy po prostu nic ciekawego się nie dzieje. To nic nam nie przyniosło, na pewno nic związanego z kulturą. Dlatego właśnie nasza muzyka jest nacechowana "prowincjonalną tęsknotą". Mieszkam już od dłuższego czasu w Monachium. Zgadza się - to nie jest duże miasto, ale muzyka, którą lubimy i która ma na nas wpływ, jest ukształtowana przez duże miasta.

Jakiej muzyki słuchacie? Ściągacie piosenki również z Internetu?

To raczej rzadziej. W drodze tutaj kupiłem sobie płytę z eksperymentalną elektroniką Ekkeharda Ehlersa. Słuchamy wielu elektronicznych kawałków, ale również popu, starej muzyki, jazzu.

Jesteście tylko podziwiani czy czasem też rozumiani?

(uśmiech)

W Niemczech gramy już bardzo długo. Często jednak właśnie ludzie we Francji albo w Ameryce nie pojmują niczego z całego dyskursu. Nie znają nas z felietonu tylko po prostu czują naszą muzykę. Poza tym cieszy nas pewnie najbardziej, gdy nasze piosenki towarzyszą komuś w jakiejś konkretnej fazie jego życia.

Turyn, Oslo, Saint-Malo, Jena... czym różnią się reakcje publiczności w Europie?

Poza granicami Niemiec ludzie podchodzą do muzyków bez zahamowań. Piękny był festiwal "La Route du Rock" w Saint-Malo. I Ferrara we Włoszech. Także koncert w Zagrzebiu był wspaniały. Radość ludzi nas po prostu porwała, to był bardzo intensywny koncert. Mam nadzieję, że przyjedziemy jeszcze do Polski. To byłoby dla mnie bardzo ważne, ponieważ graliśmy w Warszawie z "Lali Puna", jednym z naszych wcześniejszych zespołów. Ludzie byli tak uprzejmi...

Jak kompleksowe struktury waszych piosenek zmieniają się na takie, które można później zagrać na scenie?

Próbujemy tak przearanżować nasze utwory, żebyśmy mogli wszystko zagrać. Części grane przez orkiestrę pojawiają się przykładowo tylko raz, do czego używamy specjalnej "Dubplate". Na żywo gramy minimalne ilości muzyki.. Ale w związku z tym zawiera ona większą dawkę energii. Kilku kawałków słucha się jednak z założenia lepiej w domu w słuchawkach.

Twój brat Micha porusza zawsze autystycznie tułowiem w przód i w tył gdy Ty grasz na basie. Czy to ma jakąś konkretną przyczynę?

Nie, to po prostu sposób, w jaki on się koncentruje. Jako dziecko jeszcze tego nie robił. I robi to tylko przy dźwiękach basu. Przy trąbce już nie.

Pomimo, że pracowaliście sześć lat nad waszym nowym albumem, w ostatnim tygodniu przed wydaniem płyty został zmieniony jego tytuł. Dlaczego?

Tytuł początkowy brzmiał "On Planet Off" i nagle stwierdziliśmy, że nie jest on dobry.

Słowo "Planeta" jest używane masowo - mniej więcej co drugi sklep sportowy się tak nazywa.

Jak nowy perkusista, Andi Haberl, odnajduje się w zespole i dlaczego opuścił was Mecki Messerschmidt?

Z Meckim graliśmy od wieków. Później pojawiły się różnice, nie drastycznie i agresywnie, ale nasze muzyczne drogi się rozeszły. Przyszedł moment, w którym najkorzystniej było się rozstać, zanim będzie naprawdę źle. Z Andi znaliśmy się z kilku wspólnych jazzowych zagrań. Pasuje bardzo dobrze do zespołu jako człowiek i zawsze udaje mu się zagrać, to co rzeczywiście chcemy. Jest trochę bardziej otwarty, elastyczny. Ale nie jest też tak, że Mecki jest punkrockowcem, a my typami grającymi elektroniczną muzykę. Nie chciałbym jednak teraz wdawać się w szczegóły.

"The Wire" spytał się was kiedyś "Is Weilheim the new Seattle?" - Kto na Was wpłynął i kto był ostatecznie Waszą inspiracją?

Powiedziałbym, że wiele rzeczy rozwinęło się jednocześnie. My i inni pomieszaliśmy po prostu pop i muzykę elektroniczną. To wisiało w powietrzu - nie odegraliśmy w żadnym razie roli ludzi, którzy byli w tym pierwsi i przetarli szlaki .

I dlaczego właściwie każda impreza kończy się w kuchni?

Ponieważ w ten sposób droga do napojów jest najkrótsza...(śmiech)