Tilda Swinton: „Kino to humanistyczny gest”

Artykuł opublikowany 12 sierpnia 2009
Artykuł opublikowany 12 sierpnia 2009
„Ten tydzień jest wyczerpujący, a to dlatego, że oglądam po trzy dzieła dziennie!
” Aktorka, która dostała Oscara w 2008 roku za swoją rolę w filmie „Michael Clayton” i pisarz oraz dziennikarz, były dyrektor festiwalu w Edynburgu, Tilda Swinton i Mark Cousins postanowili złożyć kinu jedyny w swoim rodzaju hołd: przemierzają Szkocję ze wschodu na zachód magiczną ciężarówką, która wraz z zapadnięciem nocy zmienia się w salę projekcyjną.

W pierwszym tygodniu sierpnia ten „Pilgrimage” czy też pielgrzymka zatrzymuje się w małych szkockich wioskach u brzegu jeziora Loch Ness, na szkolnych parkingach. Publiczność ma wtedy szansę obejrzeć dzieła X Muzy. W samym środku tej przygody spotykamy się z dwoma maniakami kina.

Nie sposób się nie domyślić, że za ideą festiwalu kina obwoźnego kryje się spora doza aktywizmu. Czy to słowo pasuje, czy też jest zbyt polityczne?

Tilda Swinton: Nie, aktywizm to dobre słowo.

Mark Cousins: Gdy byliśmy młodsi, protestowaliśmy przeciwko polityce Margaret Thatcher skandując „Spadaj Maggie!” na ulicach. Manifestowaliśmy „przeciwko” czemuś. Dzisiaj manifestujemy „za”: za kinem.

(eugene/flickr)T.S.: Tutaj wszyscy jesteśmy aktywistami i pielgrzymami. Popatrz na te wszystkie tablice z nazwiskami Kurosawy i Cyda Charisse’a czy z cytatami Roberta Bressona na temat kina. Przed każdym seansem są tańce i muzyka, poza tym jest flaga „State of cinema”. Jest to hiperaktywny sposób przeżywania tej sztuki.

M.C.: Sposób oglądania filmów uległ całkowitej przemianie. Oglądałem „Noc myśliwego” dziesiątki razy. Jednak gdy pokazywaliśmy ten film w Dores [jednym z etapów kina obwoźnego, nota od redakcji] okazało się, ze nigdy nie widziałem ani nie słyszałem takich reakcji publiczności. Gdy Lilian Gish celowała w Roberta Mitchuma, widzowie bili brawo i krzyczeli!

Każdego wieczora, w drodze, czuło się dziecięce podniecenie we wnętrzu ciężarówki. Czy czuliście tę niewinność ze strony widzów, jakby wracali do autentycznych uczuć?

T.S.: Podczas premiery festiwalu w Nairn [wioska na wschodzie Szkocji, gdzie mieszka aktorka] w ubiegłym roku, właśnie to powiedzieli nam widzowie, zwłaszcza ci starsi: „nie czułem się tak od czasów dzieciństwa”. Chcieliśmy z Markiem stworzyć więź między festiwalem a widzem, opierającą się na zaufaniu. Ludzie nie idą obejrzeć jakiegoś filmu dlatego, że jest to ostatni film jakiegoś reżysera, bo grają w nim świetni aktorzy czy też dlatego, że recenzje są dobre. Nie ma tutaj ani grama marketingu. Chodzi raczej o to, żeby „znów zaczarować” nasz stosunek do kina, który straciliśmy wraz z presją, jaką wywiera na nas życie.

Oprócz aktywizmu jest jeszcze społeczność. W waszej przygodzie każdego dnia towarzyszyło wam każdego dnia około 40 widzów.

T.S.: Społeczność leży u podstaw wszystkiego, czego podejmujemy się razem z Markiem. Powiem więcej: w tym wszystkim jest coś duchowego. Kino to biznes, ale duchowy. Jest tam również strona rytualna, objawiająca się chociażby w tym, ze należy iść do kina, usiąść w fotelu, poczekać na początek seansu. Dlatego wybraliśmy filmy, które mają coś w sobie.

M.C.: Wszystkie badania na ten temat mówią mniej-więcej to samo: ludzie są coraz bardziej od siebie odizolowani. Stopniowo utraciliśmy umiejętność dzielenia się zarówno tym, co mamy, jak i tym, co odczuwamy.

Jak udało wam się stworzyć program, w którym znalazła się zarówno „Noc myśliwego” Charlesa Laughtona, jak i „Na los szczęścia, Baltazarze!” Roberta Bressona?

T.S.: Bez wątpienia było to najłatwiejsze zadanie. Zabrało nam cztery minuty, listę spisaliśmy na odwrocie kartki pocztowej. Mieliśmy w głowach pełno filmów. Z wielu z nich zrezygnowaliśmy. Gdybym tylko mogła je wszystkie pokazać...

Tildo, czy twój Oscar coś zmienił? Czy ułatwił organizację „Pilgrimage”?

T.S.: Szczerze mówiąc zorganizowalibyśmy festiwal i bez mojego Oscara. Jednak to, że go otrzymałam bez wątpienia się przydaje. Wielkie media krajowe i międzynarodowe zwracają uwagę na to, co zrobiliśmy. Podoba mi się to, że ktoś leci do Chicago, bierze do ręki „Times” i czyta o „Pilgrimage”, kinie oraz o Nairn! 

M.C.: Rzecz jasna zawsze chcieliśmy zorganizować coś, co byłoby widać. Jednak powiedzieliśmy wszystkim dziennikarzom, którzy chcieli przeprowadzić z nami wywiad, że nie będziemy odpowiadać na ich pytania, o ile nie przyjadą na miejsce zobaczyć co tu się dzieje.

T.S.: Myśleli, że ciężarówkę ciągniemy tylko na zdjęciach… jednak gdy zobaczyli mnie, całą czerwoną i spoconą po tym, jak ciągnęłam ją przez prawie pół godziny, zdali sobie sprawę z tego, że to nie tylko bajka!

Ostatnie pytanie: czy „Państwo kina” istnieje naprawdę?

T.S.: Istnieje i jest namacalne. Kino jest miejscem, do którego należymy.

M.C.: Dla ludzi, którzy w ten albo w inny sposób czuli się troszkę inni, byli w dzieciństwie na marginesie – tak jak ja – kino było schronieniem. To miejsce, gdzie się urodziłem.

T.S.: To również humanistyczny gest. To właśnie jest kino kiedy myślę o tych wszystkich filmach, które widzieliśmy w ciągu tego niesamowitego tygodnia, o różnych tradycjach kinematograficznych, czy to hinduskich, chińskich, czy brytyjskich – na myśl przychodzi mi słowo „spotkanie”. Kino ma w sobie to niesamowitego, że pozwala nam wyświetlać nasze życie i emocje na ekranie, dając nam przy okazji czegoś nowego. To działa w dwie strony: wychodzimy z siebie i wracamy do siebie. To zresztą powód, dla którego wybraliśmy filmy, które oddychają, w których jest cisza, przestrzeń potrzebna do projekcji. W czasach gdy akcję stawia się na pierwszym planie, coś się zmienia. Jeśli ten tydzień był wyczerpujący, to nie ze względu na organizację a dlatego, że oglądałam po trzy dzieła dziennie! Na innych festiwalach można obejrzeć 4-5 filmów dziennie, ale dzieło zdarza się raz w tygodniu. „Pielgrzymka” ma więc ogromne tempo.