Transseksualna dziennikarka w Turcji: „To jest społeczeństwo hipokrytów”

Artykuł opublikowany 14 czerwca 2016
Artykuł opublikowany 14 czerwca 2016

Michelle Demishevich urodziła się „kobietą w ciele mężczyzny”. Później media przykleiły jej etykietę „pierwszej tureckiej dziennikarki transseksualnej”. Michelle opowiada nam historię swojej walki przeciwko odepchnięciu na margines, fizycznej i słownej przemocy oraz hipokryzji społeczeństwa i mediów.

Na tarasie kawiarni rzut beretem od placu Taksim, Michelle, „kobieta urodzona w ciele mężczyzny” wyjaśnia, że wybrane przez nią imię pochodzi z piosenki Beatlesów, którą często słyszała w dzieciństwie. Wywodząca się z macedońskiej rodziny dziennikarka zdecydowała się na powrót do swojego pierwotnego nazwiska rodowego, które zostało zmienione przez tureckie władze, gdy jej rodzina schroniła się w Turcji przed drugą wojną światową. „Odzyskanie nazwiska było dla mnie ważne, bo to cześć mojej tożsamości”. Michelle mówi, że urodziła się w 1999 roku, kiedy to przeszła operację zmiany płci.

O ile akceptuje i wydaje się dumna z bycia „dziennikarką transseksualną”, o tyle też naśmiewa się z tego, z czym jest utożsamiana. „Tożsamość jest bez znaczenia, jestem przede wszystkim istotą ludzką. Dopiero w następnej kolejności jestem dziennikarką, kobietą, transseksualistką, jestem Michelle, która robi najlepsze ciasta marchewkowe na świecie, lubi kwiaty, karmi zwierzęta” - tłumaczy.

„Pistolet wymierzony w moje czoło”

Ta piękna kobieta o długich blond włosach z papierosem w dłoni przytacza przykłady stygmatyzacji oraz słownych i fizycznych ataków, których ofiarą pada na co dzień. „Żyjąc jako kobieta transseksualna, codziennie czuję się zagrożona, tak jakbym miała pistolet wymierzony w czoło” - mówi. Ten brak poczucia bezpieczeństwa przekłada się na to, że Michelle sama ogranicza swoją wolność: „Kiedy wraz z transseksualnymi przyjaciółmi spędzamy wspólnie czas, staramy się być dyskretni, nocą wyłączamy światła, włączamy tryb cichy w telefonach, mówimy szeptem ze strachu przed tym, że moglibyśmy zostać zaatakowani”. 

Po chwili Michelle, ubrana w długą zieloną spódnicę i dżinsową kamizelkę, dodaje: „Robię, co mogę, żeby nie rzucać się w oczy na ulicy, w autobusie, kiedy jestem na zewnątrz”. Po chwili precyzuje: „Nie maluję ust, noszę szerokie ciuchy, podczas gdy chciałabym mieć makijaż, pokazać nogi, chodzić w butach na obcasie, poczuć się seksownie, kobieco”.

Michelle opowiada o codziennych komentarzach na swój temat i spojrzeniach ludzi. Ostatnio gdy karmiła koty niedaleko swojego mieszkania, jakieś dziecko plunęło jej w twarz. „Poszłam z płaczem do siebie, ale później umyłam twarz i wróciłam karmić zwierzaki. Nie chcę, by podobne sytuacje uniemożliwiały mi robienie tego, co uważam za ważne”.

W Turcji ataki słowne i fizyczne wobec transseksualnych kobiet są na porządku dziennym. W 2006 roku Michelle przeżyła prawdziwy dramat, kiedy to policja wtargnęła do jej mieszkania i zabrała ją na komisariat bez uzasadnionej przyczyny. Tam torturowano ją i zgwałcono, a następnie wyrzucono na chodnik. Taka przemoc czasem kończy się morderstwem. Właśnie z powodu zabójstwa jednej z jej przyjaciółek Michelle musiała odwołać nasze pierwsze umówione spotkanie. I o ile udało się zatrzymać podejrzanego, to Michelle wciąż czeka na proces, bo dyskryminacja osób transseksualnych jest obecna również w sądach. Zdarza się, że podczas rozstrzygania o przestępstwach lub przejawach przemocy popełnionych wobec transseksualistów sędziowie biorą pod uwagę okoliczność łagodzącą „silnej prowokacji”, zmniejszając tym samym wymiar kary nakładanej na oskarżonych. „To jest społeczeństwo hipokrytów” – komentuje Michelle. Mówi także o społecznym potępieniu transseksualnych prostytutek, mimo że ich usługi cieszą się wielkim powodzeniem.

„Żyjemy w społeczeństwie, które odrzuca transseksualne kobiety” – mówi Michelle i podkreśla, że w każdej sytuacji są one przede wszystkim kobietami. W Turcji transseksualistki są postrzegane jako odpady społeczeństwa, osoby perwersyjne i niegodne szacunku. Społeczeństwo widzi w nich odtrącenie męskiej tożsamości. Decyzja o porzuceniu płci męskiej po to, by stać się kobietą, jest postrzegana jako zdrada przeciwko męskości – dodaje. Według niej, piosenka Jamesa Browna „It’s A Man’s World” bardzo dobrze opisuje dominujący tam system patriarchalny. „W Turcji rząd to mężczyzna, wymiar sprawiedliwości to mężczyzna i media to mężczyźni. Męska tożsamość stała się świętą instytucją”.

Reportaż Michelle Demishevich dla jej dawnej stacji telewizyjnej IMC TV.

„Zmieniłam wszystko w moim życiu, prócz zawodu”

Już w swoim „poprzednim życiu”, jak sama to określa, Michelle była dziennikarką. „Zmieniłam wszystko w moim życiu, prócz zawodu”. Po chwili wyjaśnia: „Połączyłam duszę z ciałem, co w żaden sposób nie wpłynęło na mój dziennikarski talent”. Jednak gdy w 1999 roku opuściła swoje miasto rodzinne Izmir i przeprowadziła się do Stambułu, redakcje nie witały jej z otwartymi ramionami. Przez siedem lat pracowała jako asystentka artystyczna w klubach, jako menedżerka, czy pracownica administracji.

Po przepracowaniu prawie dwóch lat w tureckiej stacji IMC TV, została zwolniona. Choć powiedziano jej, że stało się tak w związku ze zmianą zarządu, powód zwolnienia wciąż nie jest zbyt jasny. Obecnie Michelle jest dziennikarką freelancerką. Codziennie dzieli się na Facebooku i Twitterze artykułami poruszającymi temat przemocy wobec kobiet, osób LGBT, Kurdów. Walczy o prawa wszystkich ofiar marginalizacji i ucisku.

Dziennikarka krytykuje rolę mężczyzn w mediach: „W Turcji media należą do mężczyzn. Czy widzieliście kiedyś, żeby w kluczowych mediach kobieta była dyrektorką zarządzającą? Nie ma tu takich”. Mimo że sytuacja w państwie trochę się zmieniła, Michelle opisuje przypadki, w których dziennikarki są zbyt często przypisywane tylko do rubryk kobiecych, albo pracują dla gorszych gazet.

Z charakterystyczną dla siebie szczerością mówi nam, że tureckie dziennikarstwo jest nacjonalistyczne, rasistowskie, transfobiczne i seksistowskie. Uważa, że tureckie gazety piszą mało i często źle o morderstwach dokonywanych na transseksualnych kobietach. Wiele razy czytała artykuły, w których dziennikarze podawali imiona i nazwiska zabitych transseksualistek nadane przy urodzeniu, podkreślając przy tym, że imiona wybrane przez nie same są pseudonimami. Postępując w ten sposób, dziennikarze negują ich tożsamość i zabijają je po raz drugi – uściśla Michelle. 

W miarę możliwości dziennikarka stara się wpłynąć na zmianę języka mediów koncentrującego się głównie na mężczyznach. Nie waha się też pisać do tureckich mediów, gdy natrafi na transfobiczne newsy. Jej listy często pozostają bez odpowiedzi. 

Dziś Michelle nie ma żadnych marzeń, chciałaby tylko wieść w spokoju swoje życie, nie być obiektem codziennych ataków słownych i trzymać za rękę swojego chłopaka bez poczucia niepokoju czy wstydu. Jej chęć walki z hipokryzją społeczeństwa jest nieugięta: „Mogę umrzeć, być ofiarą przestępstwa motywowanego nienawiścią, w moim życiu taka sytuacja jest możliwa”. Po czym na koniec dodaje: „Robię to, co robię, by utorować drogę innym Michelle”. 

___

Tłumaczenie wywiadu z tureckiego na francuski: Muhsin Doğu Yüceil

___

Mind the Gap przedstawia #Sheroes, serię portretów młodych Europejczyków, którzy walczą o równouprawnienie płci i zwalczają dyskryminację.