Turcja w UE byłaby dobra dla Południa

Artykuł opublikowany 19 stycznia 2006
opublikowano w społeczności
Artykuł opublikowany 19 stycznia 2006

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Jest wiele ideologicznych argumentów świadczących na korzyść wstąpienia Turcji do UE, jednak z punktu widzenia krajów Południowej Europy znaleźć można także przesłanki natury strategicznej.

W Europie centralnej i południowej opinia publiczna w kwestii wstąpienia Turcji do UE jest podzielona. W Austrii większość obywateli jest przeciwna, w Niemczech lewica popiera akcesję Turcji, podczas gdy konserwatystka Angela Merkel przy wielu okazjach demonstrowała przeciwne stanowisko. Wreszcie we Francji podział opinii publicznej jest tak problematyczny, że prezydent Jacques Chirac obiecał zorganizowanie w tej sprawie referendum.

Z drugiej strony w krajach takich jak Portugalia, Włochy, a nawet Grecja, nie ma własciwie dyskusji na temat przyszłej akcesji Turcji, a partie polityczne są zjednoczone w powściągliwej zgodzie.

Zaskakujący konsens

Nikt nie przeczy oczywistym kulturowym i społecznym podobieństwom pomiędzy krajami południowej Europy i Turcją. Wyraźnie ekstrawertyczna natura ich mieszkańców, ich miłość do życia nocnego i spacerów ulicami, połączona z przylądkowym charakterem ich krajów i ciepłem klimatu sprawiają, że Turcja jest pełnoprawnym członkiem tej grupy państw, stanowiących prawdziwy magnes na turystów. Jeśli jednak Grecja – kraj, który od zawsze był zaangażowany w polityczne i militarne utarczki z Turcją – bezapelacyjnie popiera jej przystapienie, to czyni to z powodu strategicznych korzyści, jakie przyniosłoby to państwom południa.

Niektóre z tych strategicznych motywacji ujawniły się, gdy Berlusconi, Blair, Barroso, a nawet Aznar upewnili się, że Turcja nie będzie przeciwna amerykańskiej inwazji na Irak w 2003 roku. Stało się jasne, że dla krajów południowej Europy ważne jest, by Turcja stanowiła barierę chroniącą przed niestabilnością Bliskiego i Środkowego Wschodu, w ten sposób dowodząc, że jej członkostwo w UE prowadziłoby do zwiększenia nie tyle wpływów Wschodu w Unii, co Unii na Wschodzie. Nie wspominając o tym, jaką zachętę stanowiłoby to do powołania europejskiej armii.

Wzajemne korzyści

Dodatkowo wstąpienie Turcji do UE oznaczałoby istną lawinę europejskich inwestycji na południu. Obecne PKB Turcji to zaledwie 27% średniej unijnej, a sytuacja ta wymagałaby ogromnego przekierowania do niej funduszy strukturalnych i spójnościowych. Inwestycje w infrastrukturę w kraju zamieszkanym przez ponad 70 milionów ludzi byłyby tak wielkie, że lokalne przedsiębiorstwa nie byłyby w stanie im podołać, co prowadziłoby do współpracy z przedsiębiorstwami z sąsiednich krajów, takich jak Grecja, czy Włochy.

Co więcej, biorąc pod uwagę, że pod względem ludności kraj ten niemal dorównuje Niemcom (uważa się, że wstąpienie Turcji do UE sprawiłoby, że ogromna liczba tureckich emigrantów powróciłaby z Niemiec do ojczyzny), turecki głos w Radzie Europejskiej przechyliłby szalę na korzyść interesów krajów takich jak Hiszpania i Portugalia, które od czasów powiększenia Wspólnoty na wschodzie i północy kontynentu przestały być uważane za pogranicze. Perspektywa stworzenia w UE silnego, śródziemnomorskiego frontu gospodarczego wystarczy, by zachęcić rządy krajów południa do podkreślania wielu czynników upodabniających je do Turcji: ich peryferyjność, położenie na półwyspach (Turcja, Grecja, Włochy, i Hiszpania wraz z Portugalią wszystkie są półwyspami), muzułmańską przeszłość każdego z nich, wpływy imperialne, tradycje emigracyjne, dużą obecność amerykańskich baz wojskowych na ich terytoriach i wpływ rozrośniętych sektorów rolniczych na ich gospodarki.

To ostatnie pozwoliłoby na kontynuację Wspólnej Polityki Rolnej, z której kraje pokroju Hiszpanii i Włoch czerpią wielkie korzyści, choć jednocześnie utrudnia ona ich wysiłki w kierunku zorganizowania produkcji. Wreszcie, jeśli uwzględnić rosnącą specjalizację turystyczną i kulturową tych krajów, wytworzyłaby się więź interesów gospodarczych, które wzmocniłyby ich głos w konfrontacji z innymi europejskimi grupami nacisku. W końcu nie da się ukryć, że UE nadal złożona jest z osi i regionów wspólnych interesów, próbujących obrócić wspólną politykę na własną korzyść.