uczta w kadrze

Artykuł opublikowany 6 stycznia 2014
Artykuł opublikowany 6 stycznia 2014

Cza­sem mówi się, że ktoś po­że­ra coś wzro­kiem. To po­że­ra­nie rów­nież ma swoje skrajne formy. Dziś nie de­lek­tu­je­my się sma­kiem po­traw, lecz ich zdję­cia­mi. W akcie eks­hi­bi­cjo­ni­zmu mo­że­my też po­dzie­lić się ich wi­do­kiem z in­ny­mi. To z kolei je­dy­nie wzmac­nia po­trze­by, jakie obu­dzi­ły w nas naj­now­sze tech­no­lo­gie łech­czą­ce nasze ego

Po raz pierwszy zrobił to w tamtej przytulnej restauracji w centrum miasta. Obchodzili wtedy trzecią rocznicę dnia, w którym się poznali. Wybrali to miejsce z dwóch powodów: było wystarczająco drogie, więc pasowało do okoliczności, a zarazem dość młodzieżowe, więc nie mieli poczucia, że żyją ponad stan. Tamten romantyczny wieczór w bistro w nieco francuskim stylu domagał się wręcz, by ktoś z obecnych uwiecznił go dla potomności. Nigdy wcześniej nie wydali aż tak wiele na kolację, a ważne okazje chce się przecież pamiętać przez lata.

Właśnie dlatego, gdy kelner ze starannie zaniedbanym zarostem i eleganckim uśmiechem zaserwował im milhojas (rodzaj ciastka złożonego z wielu cienkich warstw ciasta francuskiego) z foie i pastą z jabłka z karmelem, które wybrali w pierwszej kolejności z listy dań o przesadnie długich nazwach, nie mógł oprzeć się pokusie i po prostu musiał uwiecznić je jako pamiątkę esencji tej wspaniałej uczty.

Chwycił za telefon i bez namysłu pstryknął fotkę. Za pierwszym razem wydało mu się, że zdjęcie nie oddaje rzeczywistej urody dania, dlatego pstryknął kolejne. Jego towarzyszka łagodnym ,,wystygnie" próbowała delikatnie dać mu do zrozumienia, że nie jadła podwieczorku specjalnie po to, by nie nasycić się zbyt szybko podczas tej tak wyjątkowej okazji i tylko dzięki jej naleganiom to fotograficzne szaleństwo dobiegło do końca. Jednak nie na długo, bo za chwilę pojawiło się kolejne danie. I tak właśnie wszystko się zaczęło.

Później były podróże. W jego przypadku, dość częste: był młodym człowiekiem o szerokich horyzontach, który dorastał pod skrzydłami wszechmocnego Ryanaira. Wytrwale i z radością zwiedzał coraz to nowe zakątki kontynentu. Tym sposobem, każdy przysmak spożywany za granicą stawał się znakomitą okazją, by wyjąć telefon i sfotografować wyśmienitą ucztę, nikomu się przy tym nie narażając.

Turysta ma prawo popełniać pewnego rodzaju czyny, które w wykonaniu miejscowego byłyby uznane za śmieszne. On, przekonany o stosowności swego zachowania, emocjonował się za każdym razem, kiedy oglądał na ekranie swego telefonu pamiątkę doskonałego spaghetti cacio e pepe, które zaserwowano mu w Trastevere. Uwielbiał również przeglądać niezliczone fotki, na których uwiecznił galettes de sarrasin pochłonięte w Bretanii. Nie wspominając już o tamtym hamburgerze z Corner Bistro w Nowym Jorku kupionym za pieniądze ze stypendium, którym raczył się podczas pierwszej podróży za ocean. Kiedy znajomi i rodzina pytali go z ciekawością, czy uprawiał turystykę gastronomiczną, odpowiadał niezmiennie, upraszczając sprawę: ,,jedzenie jest najlepszym sposobem na poznanie kraju". Z pewnością było w tym trochę racji. Chociaż nigdy się do tego nie przyznawał, wielokrotnie zdarzało mu się nasycić samym pstrykaniem, nie zaś kaloriami ukrytymi gdzieś głęboko w modelach biorących udział w swoistej gastronomicznej sesji zdjęciowej.

Doszło do tego, że poszukiwał nowych restauracji we własnym mieście – miejsc, w których mógłby skosztować dań i poznać obrazy, których nigdy wcześniej nie widział. A raczej których nigdy wcześniej nie sfotografował. W tym wyścigu zmysłów jego oczy, zwłaszcza oko jego obiektywu, wyprzedzały jego usta. Mógł pójść ponownie w to samo miejsce, jednak nigdy nie zamawiał drugi raz tego samego dania. To pozbawiłoby go przecież okazji uchwycenia nowego obrazu, a zarazem zdobycia nowego trofeum do swej specyficznej kolekcji. Jego obsesja, by na zawsze zachować fragmenty gastronomicznej rzeczywistości stała się tak silna, że zamienił swój telefon na model o większej rozdzielczości. Nowy telefon pozwalał uchwycić najdrobniejsze detale wyrafinowanych potraw. Z zapałem dzielił się swymi zdobyczami na portalach społecznościowych, na których ,,lajk", albo pozytywny komentarz był równie przyjemny jak stan trawienia.

W końcu ten fotograficzny rytuał stał się jego codziennym aktem, którego nie mógł już sobie odmówić, swoistą deklaracją gastronomicznego narcyzmu. Wszystko, co jadł, uprzednio fotografował. Nie czuł najmniejszej satysfakcji po spożyciu posiłku, o ile uprzednio nie uwiecznił go na fotografii, którą następnie konsumował tyle razy, ilekroć domagał się tego jego graficzny apetyt.

Zapominał smaki dań, ale wciąż przechowywał ich obraz. Ostatecznie to pierwsze jest czymś ulotnym, z kolei to drugie jest niemalże wieczne. Być może to nie on jest w błędzie, tylko my – cała reszta, która wybiera niewłaściwą opcję. A może wszyscy jesteśmy tacy, jak on? Bo któż nie delektował się nigdy widokiem zdjęć smakowitych potraw i nie czerpał z tego przyjemności tak wielkiej, że można się od niej wręcz uzależnić?

eTen artykuł stanowi część serii artykułów podsumowujących rok 2013, którą postanowiliśmy poświęcić narcyzmowi i szeroko pojętej samojebce