Up Helly AA - SZETLANDZKI FESTIWAL OGNIA

Artykuł opublikowany 26 lutego 2014
Artykuł opublikowany 26 lutego 2014

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Hordy ubranych w futra Wikingów maszerują w nocnej procesji, trzymając w dłoniach płonące pochodnie. Nie straszne im zimno ani silny wiatr. Swym głośnym śpiewem wychwalają herosów, legendarne smoki oraz dawne bitwy. Obrazek rodem ze średniowiecza? Nie, to wciąż rok 2014 – Festiwal Up Helly Aa – istny wehikuł czasu przenoszący w zamierzchłe wieki średnie.

Na ar­chi­pe­la­gu Sze­tlan­dów, naj­bar­dziej wy­su­nię­tych na pół­noc wysp Wiel­kiej Bry­ta­nii, od­by­wa się tak na­praw­dę wiele Fe­sti­wa­li Ognia na­zy­wa­nych "Up Helly Aa". Ten naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­ny, or­ga­ni­zo­wa­ny w sto­li­cy Sze­tlan­dów, Ler­wick, przy­cią­ga oczy­wi­ście naj­wię­cej tu­ry­stów. Jed­nak po­zo­sta­łe fe­sti­wa­le, roz­pro­szo­ne po licz­nych wy­spach ar­chi­pe­la­gu, rów­nież mają wiele do za­ofe­ro­wa­nia, urze­ka­jąc swym nie­po­wta­rzal­nym uro­kiem. Razem z moim chło­pa­kiem oraz przy­ja­cie­lem, zde­cy­do­wa­li­śmy się w tym roku na po­dróż wła­śnie w te mniej znane, choć bar­dzo uro­kli­we re­jo­ny, aby wziąć udział w nieco mniej ko­mer­cyj­nym Fe­sti­wa­lu Up Helly Aa w Nor­th­ma­vi­ne

Nor­th­ma­vi­ne to naj­bar­dziej wy­su­nię­ty na pół­noc pół­wy­sep Sze­tlan­dów po­ło­żo­ny w Szko­cji. Jest rów­nie sa­mot­ny, co pięk­ny i dzie­wi­czy, spo­wi­ty je­dy­nie wszech­obec­nym wia­trem. Ide­al­nie od­zwier­cie­dla ste­reo­ty­po­we wy­obra­że­nie o Szko­cji. To wła­śnie tutaj po­ło­żo­ne są słyn­ne sze­tlandz­kie klify – Es­ha­ness cliffs. Nie­okieł­zna­ny wiatr po­ry­wa ze sobą wes­tchnie­nia za­chwy­tu nad ich pięk­nem i unosi je w ot­chłań. Widok na­praw­dę za­pie­ra dech w pier­siach.

Miesz­kań­cy tego re­gio­nu nie od­ma­wia­ją sobie przy­jem­no­ści or­ga­ni­zo­wa­nia spo­tkań o cha­rak­te­rze cha­ry­ta­tyw­nym, tj. do­bro­czyn­ne kier­ma­sze ciast, nie wspo­mi­na­jąc już o świę­to­wa­niu wspo­mnia­ne­go już Up Helly Aa, pod­czas któ­re­go mogą dać upust swoim skry­wa­nym na co dzień sza­leń­stwom.

Fe­sti­wal sięga tra­dy­cją do dru­giej po­ło­wy XIX wieku i na­wią­zu­je do na­jaz­dów ra­bun­ko­wych Wi­kin­gów na Sze­tlan­dy. Punk­tem kul­mi­na­cyj­nym tego spek­ta­ku­lar­ne­go wi­do­wi­ska, pod­czas któ­re­go miesz­kań­cy po­bli­skich mia­ste­czek oraz rze­sze tu­ry­stów ma­sze­ru­ją w uro­czy­stej pro­ce­sji, jest spa­le­nie ga­le­ry Skan­dy­na­wów.

Pierw­sza część Fe­sti­wa­lu to "Pro­kla­ma­cja", pod­czas któ­rej wzywa się prze­bie­rań­ców, któ­rzy do­łą­cza­ją do pa­ra­dy, do "gro­ma­dze­nia się w trzeź­wo­ści" na rynku głów­nym w Hil­l­swick. Kon­ty­nu­ując chwa­leb­ną tra­dy­cję przod­ków, Sze­tland­czy­cy przy­stę­pu­ją do wy­chwa­la­nia swych bo­ha­ter­skich czy­nów, któ­rych do­ko­na­li w ciągu ostat­nie­go roku: 

"Da plum­ber he left Tirvis­ter

dan fell doon on his luck

O man, o man, he dit­ched da van

Thank god for da fork-lift truck"

W piąt­ko­wy ranek za­trzy­ma­li­śmy się, aby po­dzi­wiać ce­re­mo­nię Pro­kla­ma­cji oraz barw­ną ga­le­rę Wi­kin­gów, wie­dząc, że zo­sta­nie ona jesz­cze tego sa­me­go dnia spek­ta­ku­lar­nie pod­pa­lo­na na morzu. Miej­sco­wi rze­mieśl­ni­cy spę­dza­ją każ­de­go roku wiele mie­się­cy nad wy­ko­na­niem galer tylko po to, by potem oglą­dać, jak po­chła­nia je ogień. Ta wi­do­wi­sko­wość czyni Fe­sti­wal Up Helly Aa jesz­cze bar­dziej fa­scy­nu­ją­cym. W tym roku głowa smoka umiesz­czo­ne­go na ga­le­rze zo­sta­ła przy­ozdo­bio­na za­wa­diac­ki­mi wą­sa­mi. Jak widać, Sze­tlan­dczycy za­cho­wu­ją zdro­wy dy­stans i traktują Fe­sti­wa­l jako okazję do świetnej zabawy.

Uło­żyw­szy war­stwy wełny, ma­ją­cej sta­no­wić klu­czo­wy ele­men­t wie­czor­nej pro­ce­sji, do­łą­czy­li­śmy do zgro­ma­dzo­nych na rynku Hil­l­swick prze­bie­rań­ców. Wiało bar­dzo mocno, więc ocze­ki­wa­li­śmy na na­jazd Wi­kin­gów od stro­ny za­wietrz­nej. Do­pie­ro po ich zja­wie­niu się mo­gli­śmy za­pa­lić po­chod­nie i roz­po­cząć marsz. Wkrót­ce do­szły nas krzy­ki setek Wi­kin­gów, za któ­ry­mi po­dą­ża­ła… or­kie­stra dęta, prze­bra­ńcy ubra­ni w kom­bi­ne­zo­ny ochron­ne, a nawet jedna osoba w stro­ju kur­cza­ka. W prze­ci­wień­stwie do fe­sti­wa­lu w Ler­wick, za­re­zer­wo­wa­ne­go nie­mal wy­łącz­nie dla męż­czyzn, w Fe­sti­wa­lu Nor­th­ma­vi­ne z po­wo­dze­niem wziąć udział mogą rów­nież ko­bie­ty. Wy­da­je się, że wielu Wi­kin­gów nie zwró­ci­ło szcze­gól­nej uwagi na przy­rze­cze­nie zło­żo­ne pod­czas Pro­kla­ma­cji, do­ty­czą­ce "gro­ma­dze­nia się w trzeź­wo­ści", ale być może to wła­śnie dzię­ki al­ko­ho­lowi było im ła­twiej zmie­rzyć się z chło­dem. A było na­praw­dę zimno. Gdy za­pa­li­li po­chod­nie, ogień roz­świe­tlił ich twa­rze ukry­te za srebr­ny­mi heł­ma­mi. Ogień od za­wsze fa­scy­nu­je swym bla­skiem, jest ta­jem­ną siłą da­ją­cą życie… ale jest też i druga stro­na me­da­lu. Przy­po­mnia­no mi o tym, gdy śpie­wa­no o Dy­la­nie Tho­ma­sie, "dzi­kim mężu”, który źle skoń­czył, ba­wiąc się ogniem: “wild men who cau­ght and sang the sun in fli­ght/ and learn, too late, they grie­ved it on its way”. Nagle, na nie­bie roz­bły­sła czer­wo­na raca, dając znak, że czas roz­po­cząć pro­ce­sję wzdłuż wy­brze­ża. Ma­sze­ro­wa­li­śmy tak aż do sa­me­go morza, gdzie miała spło­nąć ga­le­ra Wi­kin­gów.   

Oczy­wi­ście można by sobie w tym miej­scu zadać py­ta­nie, czy miesz­kań­cy Sze­tlan­dów kie­dy­kol­wiek sły­sze­li o ta­kich po­ję­ciach jak "zdro­wie", czy "bez­pie­czeń­stwo". Nie ma tu bo­wiem po­li­cji, stra­ży po­żar­nej, ani ab­so­lut­nie żad­nej ochro­ny, czuwającej nad przebiegiem Festiwalu. Jest za to cała horda (naj­praw­do­po­dob­niej mocno nie­trzeź­wych) en­tu­zja­stów, dosyć swo­bod­nie ob­cho­dzą­cych się z ogniem, ma­ją­cych za­miar spa­lić ga­le­rę na morzu. Co mo­gło­by się nie udać? Wcale nie tak wiele, jak by się mogło wy­da­wać. Po­dob­no pew­ne­go razu część po­chod­ni odła­ma­ła się w po­bli­żu miej­sca, gdzie stał za­par­ko­wa­ny po­li­cyj­ny radiowóz. Co się stało póź­niej? – za­py­ta­łam pew­ne­go miesz­kań­ca Sze­tlan­dów. Ktoś ostrzegł po­li­cjan­tów – od­parł pełen smut­ku. Nie ze zło­śli­wo­ści, lecz z czy­ste­go za­mi­ło­wa­nia do opo­wia­da­nia do­brych hi­sto­rii. Tym razem jed­nak nie stało się nic spek­ta­ku­lar­ne­go, co można by za kilka lat z roz­rzew­nie­niem opo­wia­dać młod­szym po­ko­le­niom. 

W tym roku nie było żad­ne­go ry­zy­ka. Grunt był na­siąk­nię­ty wodą, po­nie­waż wcześniej pa­da­ło tu przez całe ty­go­dnie. Wiało tak mocno, że pod­pa­lo­ny maszt z­ga­sił się. Przez chwi­lę zwąt­pi­li­śmy nawet, czy w ogóle uda się nam pod­pa­lić ga­le­rę. Jed­nak po 15 mi­nu­tach wy­cze­ki­wa­nia w na­pię­ciu - uda­ło się. Ku ucie­sze wszyst­kich ze­bra­nych, maszt w końcu zajął ogień.  I nawet sam Guy Faw­kes nie miał w tej spra­wie nic do po­wie­dze­nia.

"From grand old Vi­king cen­turies Up Helly Aa has come

So light the torch and form the march and sound the rol­ling drum!"