Wielki Turecki Szlak 

Artykuł opublikowany 13 września 2016
Artykuł opublikowany 13 września 2016

W każdej kulturze opowieści rozpoczynają się w inny sposób. W Iranie są to słowa „Yeki bood, yeki nabood” („Kiedyś było, kiedyś nie było…”). Szkoci mówią „In the days of auld lang syne” („W dawnych czasach”). Moją historię rozpocznę greckim zwrotem „Μια φορά κι έναν καιρό” – „Kiedyś, w innych czasach…”    

Kiedyś, w innych czasach, kiedy podróż samolotem była nadal poza zasięgiem przeciętnej rodziny imigrantów, korowód Turków z Europy Zachodniej, niczym migrujące ptaki, przemierzał każdego lata  tysiące kilometrów w gorących, wyładowanych po brzegi samochodach. Jechali do kraju ojców, a raczej kraju ojczymów, jako że niektórzy z nich spędzili większość życia w Europie. Przez sześć tygodni (tyle zazwyczaj trwają wakacje w szkołach państwowych) odwiedzali swoich krewnych i rodzinne wioski i robili szalone zakupy. Czasem, jeśli pozwalał na to budżet, udawało im się również  wybrać na wakacje nad morze. Przez lata te coroczne podróże stały się prawdziwą subkulturą wśród tureckich imigrantów w Europie Zachodniej. 

Podstawę tej kultury stanowi ogrom zdobytej wiedzy opartej wyłącznie na obserwacjach i doświadczeniu setek tysięcy ludzi. Dla przykładu mój wuj znał całą trasę z Holandii do Turcji na pamięć. Nigdy nie widzieliśmy go z mapą w ręku. Rozpoznawał niemieckie łąki, wiedział dokładnie, z których parkingów w Austrii roztaczały się najpiękniejsze widoki na Alpy, a także strzegł tajemnicy, które stacje benzynowe mają najczystsze toalety. Twierdził nawet, że zna osobiście niektórych celników, chociaż żaden z nich nigdy nie reagował na jego pozdrowienia. 

Często to ja pełniłem rolę nawigatora, jako że mój ojciec prowadził. Mapa drogowa zwijała się na moich kolanach, a ja uważnie oceniałem nasz postęp wedle mijanych autobahnów i przełęczy. Mówiłem tacie o odległościach, zbliżających się stacjach benzynowych i opowiadałem (jeśli je znałem) historyczne anegdoty o danym regionie. Z tyłu vana moja mama i siostra zabijały czas, jedząc chipsy, bijąc rekordy na Gameboyu albo nadrabiając zaległości w spaniu. 

Kiedy byliśmy już na miejscu, zawsze w pierwszym tygodniu września odwiedzaliśmy przyjaciół i wymienialiśmy się świeżymi historyjkami z podróży. Ten kto miał najbardziej efektowną opowieść, cierpliwie słuchał innych, popijając spokojnie herbatkę i przytakując z udawanym podziwem; czekał z cierpliwością gracza, który wie, że ma zwycięskie karty. Następnie nonszalancko wykładał na ławę swoją fascynującą historię, wprawiając rywali w osłupienie i podziw. 

Utrapienia i przeszkody

Historię Wielkiego Tureckiego Szlaku można podzielić na dwa okresy: przed wojną w Jugosławii i po niej. Po wybuchu wojny nie mogliśmy już korzystać ze sławnej drogi Tita nazwanej autostradą „Braterstwa i Jedności” (autoput bratstvo i jedinstvo), bo zarówno ideologia, jak i sama autostrada legły w gruzach. Alternatywna trasa prowadziła przez Węgry, Rumunię i Bułgarię. Kilku śmiałków miało jeszcze odwagę jeździć przez Serbię. W obu przypadkach podróż zawsze zaczynała się przewidywalnym i bezproblemowym przejazdem przez autobahny na terenie Zagłębia Ruhry w kierunku Regensburga. Pierwszą noc często spędzaliśmy w okolicach Wiednia, a Węgry były pierwszym postkomunistycznym krajem na naszej drodze. Zanim kraj ten wszedł do Unii Europejskiej, granica węgiersko-rumuńska była często pierwszym poważnym sprawdzianem. 

Nasza przyczepa kempingowa bezproblemowo posuwała się naprzód po fatalnych rumuńskich drogach. Wzdłuż trasy rozciągały się niezabezpieczone barierkami przerażające wąwozy i malownicze doliny. Ten bukoliczny krajobraz był często mącony przez rumuńskich policjantów i ich złodziejskie punkty kontrolne. „Bułgarskie gliny to gangsterzy” – krzyczeli chórem i pokazywali nam radar, który był bez wątpienia  zaprogramowany tak, żeby pokazywał 200 km/h. Nasz przeładowany kamper nie miał żadnych szans na osiągnięcie takiej prędkości. 

„Wieso zwei Hundert, Kollega?” – zapytał mój ojciec, przypuszczając, że gliniarz będzie znał podstawy niemieckiego. Pulchny transylwański policjant zaczął nawijać po rumuńsku i wymachiwać kajdankami, co wyprowadziło mojego ojca z równowagi, w związku z czym wściekły wyszedł z samochodu. Przeraziły mnie słowa mojej matki, która błagała tatę: „Kochanie, proszę, uspokój się” (od razu wyobraziłem sobie cztery obdarte, poskręcane ciała ułożone jedno na drugim i mojego ojca w zakrwawionej koszuli odjeżdżającego z miejsca zbrodni. „Kochanie, co się stało?” … „A, nic, skarbie…”). Na szczęście my, Turcy, nie musieliśmy znowu zostawiać krwawych śladów zniszczeń na Bałkanach. Tata po prostu odmówił zapłaty niedwuznacznie wymuszanej łapówki i zagroził, że skontaktuje się z holenderskim konsulatem i zatrudni prawnika w pierwszym napotkanym mieście. 

Spotkania

Ostatni odcinek trasy jest najdłuższy. W Bułgarii nie byliśmy w stanie ani czytać znaków drogowych, ani zrozumieć zasad ruchu drogowego. Nadjeżdżające samochody migały światłami, a kierowcy stukali w deskę rozdzielczą. Później dowiedzieliśmy się, że był to rodzaj solidarności: sygnał, że trochę dalej policja wymusza łapówki od niczego nie podejrzewających kierowców. Na pierwszym bułgarskim punkcie kontrolnym inny przysadzisty i wąsaty dżentelmen wskazał ręką na północ i krzyknął: „rumuńscy policjanci to gangsterzy!”. 

Jako że nie znaliśmy cyrylicy, musieliśmy zwalniać przed znakami drogowymi, żebym mógł spojrzeć do mojego zeszytu i poskładać właściwą kombinację liter. Kiedy na naszej drodze pojawiały się nazwy miast takich jak Стара Загора (Stara Zagora) czy Велико Търново (Veliko Tarnovo), musieliśmy prawie się zatrzymać. Przejścia graniczne zawsze były stresujące. Pamiętam postawnego bułgarskiego gliniarza z czapką garnizonową na głowie i starymi plamami potu pod pachami. Otworzył przy nas bagażnik, poszperał, wyjął puszkę Coca-Coli i opróżnił ją jednym łykiem. Później zatrzasnął bagażnik i odszedł bez mrugnięcia okiem. 

Bez wątpienia najciekawsze przygody przeżyliśmy w byłej Jugosławii. Kraj cieszył się dobrą reputacją wśród Turków: drogi były lepsze, urzędnicy państwowi bardziej godni zaufania, alfabet czytelny i, cóż, w Jugosławii czuć jeszcze ducha Imperium Osmańskiego, prawda? Jednak nawet podczas wojny ojciec miał manię jeżdżenia przez Serbię. Choć linia frontu była daleko, można było odczuć konsekwencje wojny.

Kiedy w 1996 roku zatrzymaliśmy się we Wschodniej Serbii, by zatankować, zobaczyłem chłopca stukającego w szybę i pokazującego na paczkę starych ciastek, które od kilku dni topiły się wewnątrz naszego samochodu. Patrzyłem na jego wychudzoną klatkę piersiową i wystające żebra i w końcu zrozumiałem, że to głodne dziecko żebrało o jedzenie. W iście holenderskim stylu wyciągnąłem z paczki jedno ciasteczko i podałem mu je. Pochłonął je i wrócił, wyraźnie nienajedzony. Mój ojciec widział całą scenę i powiedział mi, żebym dał mu całą paczkę. Nigdy nie widziałem tak zdesperowanego spojrzenia. Czasami wciąż mnie ono nawiedza. 

Kryminalista

Z tego, co mi wiadomo, nigdy umyślnie nie złamałem prawa. Z jednym wyjątkiem. Pierwszego lata po moich osiemnastych urodzinach pomyślałem, że mógłbym zaimponować moim kuzynom ze Stambułu, przemycając do Turcji marihuanę. Jakby nie było, w Holandii była legalna i jako nastolatek zawsze się tym chwaliłem.

W związku z tym w czerwcu 1999 roku, na kilka dni przed corocznym wyjazdem, kupiłem kilka gramów Purple Haze w naszym lokalnym coffee shopie. W domu głowiłem się, jak najlepiej ukryć towar na czas długiej podróży do Turcji. Przypomniałem sobie film dokumentalny, na którym pokazywali, jak Kolumbijskie kartele szmuglowały narkotyki przez granice międzynarodowe. Chowali je w dużych paczkach kawy, żeby psy nie dały rady ich wywąchać. Eureka! To była moja jedyna szansa, żeby pozbyć się reputacji mola książkowego. Wyobrażałem sobie, jak lansuję się wzdłuż bulwarów Bosforu w lśniących kabrioletach i jak masują mnie półnagie kobiety, zwracając się do mnie „Escobar”. Kupiłem więc dwie paczki kawy rozpuszczalnej, przesypałem je do plastikowej torby i głęboko schowałem paczkę zioła. Zawiązałem torbę, położyłem ją na dnie walizki i przykryłem bielizną.   

Dzięki otwartym granicom Unii Europejskiej podczas podróży nie musiałem się martwić o prawo. W 2000 roku nie było już kontroli paszportowej, a co dopiero przeszukania bagażu. Zbliżając się do granicy bułgarsko-tureckiej, uśmiechnąłem się w duchu. Bułgarzy nigdy nie sprawdzali wyjeżdżających samochodów, a Turcy oczywiście witali swoich braci z otwartymi ramionami. O świcie trafiliśmy na nieogolonego, zaspanego tureckiego celnika siedzącego w rozlatującej się budce. Mężczyzna leniwie podbił nasze paszporty i rzucił: „zaparkujcie tam swój samochód”. Mojego ojca zmroziło. Po wszystkich upokorzeniach i korupcji, z którymi spotkaliśmy się w Rumunii i Bułgarii, impertynencja okazana nam w ojczyźnie przepełnił czarę goryczy.

„Nie” – wypalił mój ojciec, „powinien pan był powiedzieć: «czy byłby pan tak uprzejmy i zaparkował tam swój samochód?»". Urzędnik tak wolno obrócił głowę w naszym kierunku, że dopiero później zobaczyłem, że ze zdziwienia opadła mu szczęka. 

„Co powiedziałeś? Mówisz mi, jak mam wykonywać swoją pracę? Parkuj tam i to szybko! Zrobimy ci dokładne przeszukanie”. 

W tamtym momencie wyszedłem z siebie i stanąłem obok. Czy naprawdę ze wszystkich ludzi na świecie mój ojciec musiał sprowokować tego faceta? Nie bałem się tureckiej policji. Prawdopodobnie zatrzymaliby zioło, może trochę by mnie postraszyli, a na koniec daliby mi pouczenie. Ale jeśli tata by się dowiedział, że jego grzeczny synek przeszmuglował wystarczającą ilość marihuany, żeby przez prawie całe wakacje chodzić zjarany, jego gniew byłby nie do opisania. Dwóch tureckich celników, wyraźnie wkurzonych, że muszą pracować tak wcześnie, podeszło do nas i kazało wyjąć i otworzyć wszystkie torby, jakie były w samochodzie. Stałem tam na trzęsących się nogach i przygryzałem wargi, podczas gdy celnicy pokazali na moją torbę i zapytali, co jest w środku. Wyjęczałem: „bielizna, proszę pana”. 

„Czasami moczę się w łóżku, proszę pana” – wymyśliłem na poczekaniu. Wybuchnął śmiechem i jowialnie skinął głową: „w porządku, spakujcie wszystko i miłej podróży”. 

Po przyjeździe do Stambułu otworzyłem torbę i odkryłem, że wszystkie moje ubrania śmierdziały ziołem. Oprócz tego nie pamiętam zbyt wiele z tamtych wakacji.