Wojna, pokój i wybory

Artykuł opublikowany 31 lipca 2006
Artykuł opublikowany 31 lipca 2006
Tej niedzieli, 30 lipca, Kongijczycy wybrali prezydenta i około 500 deputowanych w pierwszych od wyzwolenia w 1960 roku wyborach demokratycznych.

Wolność prasy często jest barometrem kondycji politycznej kraju. Szóstego sierpnia, dziennikarz Bapuwa Mwamba na łamach gazety Le Phare poruszył kwestię "dlaczego proces zmian politycznych w Kongo jest zastopowany". Pytanie wyjątkowo drażliwe. Dwa dni później został zamordowany, a kilka miesięcy później jego rodak Franck Ngyke. W czerwcu nakaz wyjazdu z kraju dostała dziennikarka francuska. Przy zbliżających się wyborach, organizacje pozarządowe, przepełnione jednocześnie entuzjazmem i obawami, mobilizują się i ostrzegają władze Demokratycznej Republiki Kongo (DRK).

29 czerwca, w dniu oficjalnego rozpoczęcia kampanii wyborczej, stawiło się aż 33 kandydatów na same wybory prezydenckie i około 9000 na parlamentarne. W Kinszasie, stolicy Konga, średnio przypada 50 osób na jedno stanowisko. Niektórzy podejrzewają, że tak duża liczba kandydatur jest pomysłem aktualnego młodego prezydenta, Josepha Kabila, by łatwiej mu było walczyć z konkurentami. Kiedy partia opozycji UDPS nawoływała do bojkotu wyborów, Kabila chce się wspierać na poparciu Stanów Zjednoczonych i jako jedyna osoba mogąca zjednoczyć kraj.

Wielka strata

DRK jest rozbita. Król Leopold II nie pomylił się czyniąc z Konga swoją "prywatną własność" w 1885: z terytorium wielkim niczym Europa Zachodnia i zawierającym obfite złoża naturalne (diamenty, ropę, miedź, kobalt, złoto...), Kongo stanowi jeden z "krajów bogatych, gdzie żyje się bardzo ubogo" jak mawiał Azarias Ruberwa. Średnia długość życia wynosi 42 lata, a 75% populacji żyje z mniej niż 1 euro na dzień. W prowincji Katanga i Ituri, sytuacja żywnościowa jest dramatyczna. W tych warunkach najważniejsza jest walka o przetrwanie, daleko przed kwestiami wyborów.

Według pozarządowej organizacji Oxfam, aż "1200 osób umieraja każdego dnia z powodu konfliktów" w DRK. ONZ mówi o "największej światowej katastrofie humanitarnej". Mimo podpisania traktatu pokojowego w 2002 roku, żar konfliktów w Kongo nie jest ugaszony. Nie wymazuje się tak szybko z pamięci wojny, która oficjalnie trwała 7 lat. Lokalna policja, Mad' Mad', działa na północy i wschodzie kraju. Wysoki Komisarz Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców wylicza, że liczba Kongijczyków, którzy wyjechali, dochodzi aż do 1,6 miliona. W Katandze, od listopada 2005 roku, dziesiątki wsi zostały spalone a zbiory zniszczone, powodując wyjazd 170 tysięcy mieszkańców. Niektórzy zostali skazani jedynie za to, że zatrzymali karty wyborcze, synonim zdrady dla rebeliantów.

Kraj w kawałkach

Rozdarcie w Kongo ma swe początki jeszcze w epoce kolonialnej. Od uzyskania niepodległości w 1960 roku, prowincje Katanga i Południowego Kasai próbują się odłączyć. W czasie trwania zimnej wojny, Kongo stało się terenem spornym między Sowietami, wspierającymi lidera niepodległościowego Lumubę, i Zachodem, wspierającym jego rywala Mobutu. Gdy Lumuba został zamordowany drugi z kandydatów objął władzę na następne 31 lat, zmieniając nazwę Konga na Zair, aż do obalenia ze stanowiska w roku 1996 przez Laurenta-Desire Kabila.

Dziś DRK jest rozdarta potrójnie. Po pierwsze istnieje opozycja między synem Kabili - Josephem - i lokalną policją. Po drugie konflikt etniczny Tutsi, najwidoczniejszy na wschodzie kraju. Trzecią frakcją jest frakcja międzynarodowa, po stronie rebeliantów stoi Rwanda i Uganda a po stronie Kabila - Zimbabwe, Angola i Namibia. Zaangażowanie państw sąsiednich tłumaczy się rozwojem napięć etnicznych, rozprzestrzenionych poza granice kraju i zainteresowaniem zasobami naturalnymi Konga.

Od czasu podpisania paktu w Sun City w 2002 roku, Joseph Kabila stoi na czele wątłej koalicji rządzącej, składającej się z czterech vice prezydentów wywodzących się z odłamów rebeliantów. Tymczasowa administracja liczy sobie 50 ministrów ale Kabila kieruje grupą 200 osób, która jest nazywana przez opozycję rządem równoległym.

Między wsparciem a samorządnością

Wspólnota międzynarodowa chce nadrobić zastój wynikły z tego najbardziej krwawego od II wojny światowej konfliktu. ONZ zaangażowała się w DRK w swojej najważniejszej misji pokojowej, MONUC, razem z 18 600 żołnierzami i policjantami. Unia Europejska przyznała im wojskową misję, pod kierownictwem niemieckim. Na początku roku czterdzieści krajów i setka organizacji pozarządowych spotkały się w Brukseli by wprowadzić plan akcji humanitarnej na korzyść Demokratycznej Republiki Kongo. Składka finansowa powinna zebrać 680 milionów dolarów by sfinansować 330 projektów organizacji pozarządowych zatwierdzonych przez ONZ. Zebrano jedynie 156 milionów. Jan Egeland, koordynator akcji humanitarnych ONZ, zawiedziony, mówił o "pracy nad międzynarodową świadomością". Bez oczekiwania na pomoc z zewnątrz, społeczeństwo Konga zmobilizowało się w obliczu wyborów. Wpisy na listy wyborcze były dobrą okazją dla wielu Kongijczyków by uzyskać dowód osobisty. Na wsiach, kobiety spotykają się w grupach by nauczyć się podstaw czytania i pisania by lepiej się przygotować do wypełnienia obowiązku wyborczego. W kraju tym, gdzie państwo jest osłabione od ponad 40 lat, populacja nie oczekuje nic ze strony władz publicznych i nauczyła się samorządności. Czuwają skrupulatnie by założenia tożsamości kongijskiej były uszanowane. Wczoraj 3 miliony Kongijczyków nie mogło głosować, skupiając się na tożsamości zapominają o kwestiach socjalnych i bezpieczeństwa.