Wolałbym być bezpaństwowcem, niż obywatelem Wielkiej Brytanii Theresy May

Artykuł opublikowany 12 października 2016
Artykuł opublikowany 12 października 2016

[OPINIA] Kiedy trzy miesiące temu przeprowadziłem się do Francji, żeby rozpocząć nową pracę, wciąż nie mogłem się pogodzić z wynikami czerwcowego referendum dotyczącego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Myślałem, że może w końcu zatęsknię za moim zielonym i przyjemnym krajem. Jednak śledząc poczynania Theresy May, nie sądzę, że szybko tam wrócę. 

Okazało się, że jestem bezpaństwowcem. 

Przyznaję, że doznałem szoku, kiedy się o tym dowiedziałem. Przez całe życie myślałem, że jestem obywatelem Zjednoczonego Królestwa: mówię językiem królów, mam brytyjski paszport. Jednak przez większość mojego życia byłem również obywatelem Europy. Byłem nauczycielem we francuskich szkołach, a teraz pracuję w paryskiej redakcji z osobami z Polski, Hiszpanii, Niemiec i Włoch

Według Theresy May oznacza to, że jednocześnie chcę mieć rybki (wymyślnych gatunków) i akwarium. „Jeżeli ktoś uważa, że jest obywatelem świata, w istocie jest bezpaństwowcem. Nie rozumie pojęcia kryjącego się pod słowem «obywatelstwo»” – powiedziała May. 

Czym w takim razie jest dla niej „obywatelstwo”? Najwyraźniej w słowie tym kryje się wyolbrzymiony strach przed „innością” – czytaj: przed imigrantami czyhającymi na miejsca pracy Brytyjczyków. W praktyce oznacza to, że May planuje zmusić przedsiębiorców w Zjednoczonym Królestwie do ujawnienia liczby zatrudnianych przez nich zagranicznych pracowników: jest to pomysł tak przerażająco znajomy studentom historii, że jakakolwiek próba przewidzenia tego, co będzie dalej, zmierza nieuchronnie w kierunku Prawa Godwina. Polityka nowej premier jest także równoznaczna z obietnicą, że lekarze i pielęgniarki wykształceni w krajach Unii Europejskiej mogą zachować miejsca pracy w publicznym sektorze zdrowia tylko do czasu, kiedy Brytyjscy lekarze zakończą kształcenie i będą gotowi ich zastąpić. Oznacza to również, że obywatele Unii Europejskiej nie będą mieli zagwarantowanego pobytu w Zjednoczonym Królestwie, ponieważ są oni „jedną z głównych kart przetargowych w negocjacjach”. Przypomnijmy, że są to głównie mężczyźni, kobiety i dzieci, którzy walczą o swoją przyszłość. 

Trudno się dziwić, że zaledwie po 18 dniach pełnienia urzędu Diane James ustąpiła z funkcji przewodniczącej partii UKIP. W bardzo krótkim czasie partia ta otrzymała wszystko, czego się domagała, a tym samym jej istnienie straciło sens. Zjednoczone Królestwo wystąpi z Unii Europejskiej. Theresa May „zdobyła centrum polityczne” poprzez skierowanie go w prawą stronę tak drastycznie, jak nikt przed nią. Wzorem Nigela Farage'a, wykształcona w Oksfordzie była Minister Spraw Wewnętrznych, która premierem została z braku innego kandydata wewnątrz partii, przyjęła efektowną i pełną hipokryzji taktykę. Polega ona na szydzeniu z „establishmentu” i przedstawianiu swej własnej partii jako ugrupowania przyzwoitych, zwykłych ludzi. 

Był czas, kiedy „imigracja” nie kojarzyła się jednoznacznie z wizją uciążliwych obcokrajowców zawłaszczających przestrzeń i miejsca pracy. Kiedyś powodem do dumy było to, że ze wszystkich krajów na świecie ludzie wybierali naszą malutką wyspę, mając nadzieję na zbudowanie tam lepszego życia. Teraz pojęcie imigracji przywołuje atmosferę ciągłej nieufności. Odruchowo zaczynamy się przysłuchiwać, kiedy słyszymy nieznany nam akcent albo zwracamy uwagę na skóry różniący się od naszego. 

Jeżeli definicja „obywatelstwa” wygląda tak, jak zaczyna wyglądać w Zjednoczonym Królestwie, Theresa May ma całkowitą rację: to słowo to nie oznacza już tego, co przez nie rozumiałem.