Wyborczy folwark, czyli o wyborach na Białorusi

Artykuł opublikowany 26 października 2015
Artykuł opublikowany 26 października 2015

W niedzielę 11 października na Białorusi odbyły się wybory, jednak od początku nie było wątpliwości co do ich przyszłego zwycięzcy. Zapytaliśmy znajomą Białorusinkę, co myśli na ten temat.

Aleksandra pochodzi z regionu na południu Białorusi graniczącego z Ukrainą, na studia wyjechała do stolicy na północy kraju. Skończyła psychologię, teraz co miesiąc płaci 350 euro za pokój w Mińsku, w kraju, w którym profesorowie uniwersyteccy zarabiają średnio 300 euro miesięcznie.

Każe na siebie mówić Aleksandra, bo pragnie zachować anonimowość. Nie wie, co może powiedzieć, a czego nie. Dwudziestoparolatka, która boi się mówić – już to obrazuje atmosferę polityczną panującą w kraju ostatniej dyktatury w Europie. Prezydent Aleksander Łukaszenko panuje nieprzerwanie od pierwszych postkomunistycznych wyborów w 1994 roku.

Tak naprawdę wydaje się, że Białoruś nigdy nie obudziła się po 1917 r. Służby specjalne nadal nazywają się KGB, tak jak w czasach ZSRR. I wydają się być równie sumienne. W 2011 roku w zamachu terrorystycznym zginęło 11 osób. W błyskawicznym procesie rodem z czasów stalinowskich, dwóch mężczyzn, Vladislav Kovalyov i Dimitri Konovałov zostali uznani winnymi na podstawie ich własnych zeznań. Zeznań, które, jak później oświadczyli, zostały wymuszone siłą. Wyrok na nich wykonano w marcu 2012 roku.

Solidny sojusz z Putinem zapewnia niskie ceny energii i stabilność granic. Kto zadziera z Białorusią, zadziera z Carem. Demonstracje i procesy demokratyczne były szybko zduszone w zarodku. Ostatni zryw ludowy miał miejsce w 2010 roku – opozycję i demonstrantów wtrącono do więzienia. Klasyczny scenariusz zawczasu nakręconego filmu, który nie przewiduje żadnych modyfikacji.

Zero w nim zwrotów akcji - także i w tych wyborach wygrało dążenie do stabilizacji. To zapewni Łukaszenko, gdyż 80% przemysłu znajduje się w rękach rządu. Na efekt nie trzeba było długo czekać – w niedzielę został wybrany na urząd prezydenta po raz piąty z rzędu z 83,5% głosów przy ponad 86% frekwencji (według oficjalnych danych). Aleksandra opowiedziała nam jak „głosuje się” na Białorusi.

cafébabel:W niedzielę odbyły się wybory w Twoim kraju. Jakie trzy słowa przychodzą Ci w związku z tym na myśl?

Aleksandra: Głos, wybór, rozpacz.

cafébabel:Czym jest dla Ciebie demokracja?

Aleksandra: Możliwością wyboru własnego rządu oraz, przede wszystkim, możliwością wpływania na niego.

cafébabel: Byłaś na wyborach?

Aleksandra: Nie, gdyż głosować mogłam tylko w moim rodzinnym mieście, a nie miałam czasu wrócić do domu.

cafébabel: Pojawiła się nowa kandydatka, Tatiana Korotkevich. Co o niej sądzisz?

Aleksandra: Jest psychologiem, osobą bardzo młodą, podczas gdy reszta polityków jest grubo po 50-tce. Miała świetną kampanię wyborczą (Prezydent postawił na garden rose strategy, umowę poufności) i proponuje słuszne rozwiązania, z którymi się zgadzam. Ale nikt nie wierzy w jej realne zwycięstwo.

cafébabel: Zachodnie media przedstawiały zrywy z 2012 roku jako przebłysk demokratyzacji. Czy podczas wyborów miały miejsce jakieś demonstracje antyrządowe w sprawie wolnych wyborów?

Aleksandra: Nie, nie było ani jednej (nie licząc nieistotnych protestów, jak ten z przedednia wyborów, kiedy to zebrała się grupa 500 opozycjonistów, donosi z Mińska Max Seddon, red.)

cafébabel: Jak oceniasz sytuację mediów na Białorusi?

Aleksandra: Nie uważam, by odbiegała ona znacznie od normy. Mamy darmowe media publiczne, dostępne dla wszystkich i jedną płatną stację prywatną dostępną dla nielicznych. Ale dzięki Internetowi możemy dotrzeć do informacji, których nie przekazuje krajowa telewizja.

cafébabel: Czy wyborcy są w jakikolwiek sposób kontrolowani?

Aleksandra: Wszyscy urzędnicy państwowi i ludzie należący do sił zbrojnych muszą głosować na dzień przed wyborami.

cafébabel: Czy uważasz, że Łukaszence udało się wytworzyć stabilny system władzy?

Aleksandra: Nie.

cafébabel: Dlaczego więc ludzie na niego głosują? Jaka jest według Ciebie tego przyczyna?

Aleksandra: Sądzę, ze w 1994 roku ludzie nie posiadali dostatecznej liczby informacji, była ona ograniczona. Nie byliśmy „przyzwyczajeni” do głosowania. Teraz głównym powodem jest strach przed zmianą. Ludzie całkowicie pogodzili się z zaistniałą sytuacją. Co bystrzejsi widzą co się dzieje, ale nikt otwarcie nie zabiera głosu. Wszyscy mówią: „Nic się nie zmieni”.