Wybory w Tunezji: między rozczarowaniem i nadzieją

Artykuł opublikowany 14 listopada 2014
Artykuł opublikowany 14 listopada 2014

„Zagłosowaliśmy, bo mamy nadzieję, bo wierzymy, zagłosowaliśmy, bo jutro będzie lepsze" - wyjaśnia dwudziestoczteroletnia Tunezyjka po oddaniu głosu w wyborach, które odbyły się 26 października, z zadowoleniem spoglądając na ubrudzony atramentem palec. Podobno nadzieja umiera ostatnia. Tunezyjczycy są tego dowodem.

Odkąd obalono dyktatora Ben Alego sytuacja w kraju uległa pogorszeniu. Ceny zaczęły wzrastać, ludzie tracili pracę, zagrożenie terroryzmem stawało się coraz poważniejsze, a na ulicach dochodziło do zbrojnych starć zwolenników odmiennych frakcji politycznych. W 2013 roku wszechobecne napięcie doprowadziło do zabójstwa dwóch opozycyjnych liderów, Mohameda Brahmiego i Chokriego Belaida.  Pod koniec tego samego roku islamistyczna Partia Odrodzenia (Ennahda), która zwyciężyła w wyborach w 2011 roku i sprawowała władzę wspólnie z Kongresem Republiki (CPR) Moncefa Marzoukiego Demokratycznym Forum na rzecz Pracy i Wolności (Ettakatol) jako „tunezyjska Troika", podała się do dymisji, nie mogąc sprostać sytuacji. Została zastąpiona technokratycznym rządem z Mehdim Jomaa na czele.

W samym środku kryzysu społecznego i gospodarczego niewielu mogło się w Tunezji spodziewać, że wybory zostaną przeprowadzone w równie pokojowy i demokratyczny sposób. Jeszcze trudniej było przewidzieć względnie wysoką frekwencję. Dane ISIE, niezależnego organu nadrzędnego odpowiedzialnego za wybory, mówią o nieco ponad 60% uprawnionych, którzy wzięli udział w głosowaniu. Jest jednak jeden fakt, nad którym nie można przejść do porządku dziennego: w Sidi Bu Zajd, gdzie rozpoczęła się rewolucja, kolebce arabskich rebelii, wiecznie protestującym i jednym z najbiedniejszych miast, frekwencja okazała się najniższa, oscylując na poziomie 48%. Poza tym wspomniane 60% uwzględnia tylko osoby, które wpisały się wcześniej do spisu wyborów, a było to około 5 milionów spośród 8 milionów mieszkańców posiadających prawa wyborcze.

Wyniki

W wyniku wyborów partia Głos Tunezji (Nidaa Tounes) zajmie 85 spośród 217 miejsc w parlamencie. Partii Odrodzenia przypadnie 69 miejsc, co uczyni je drugim ugrupowaniem decyzyjnym w kraju. Głos Tunezji, powstały w 2012 roku, to nowy gracz na lokalnej scenie politycznej. Partia proponuje liberalny program. Jej prezesem jest Beji Caid Essebsi - minister w rządzie Habiba Bourguiby i przez krótki czas deputowany w epoce Ben Alego. Natomiast Partii Odrodzenia, ugrupowaniu islamistycznemu, które w 2013 roku nieco złagodziło swój dyskurs po masowych protestach przeciwko jego zbyt konserwatywnym poglądom, przewodzi Rashid al-Ghannouchi, jeden z najbardziej znanych i prominentnych tunezyjskich polityków. Obie partie łączy jedna cecha: ich liderzy nie reprezentują tej części społeczeństwa, która była głównym bohaterem wyborów - ludzi młodych. Ghannouchi ma 73 lata, natomiast Essebsi - 87.

Europejscy obserwatorzy nadzorujący przebieg głosowania pogratulowali Tunezyjczykom wyborczego sukcesu. Michael Gahler, rzecznik grupy obserwatorów z Parlamentu Europejskiego, pochwalił we wtorek ISIE za umiejętność zorganizowania  w tak krótkim czasie przejrzystych i profesjonalnych wyborów.

Młodzież niechętna polityce

Wielu Tunezyjczyków daje jasno do zrozumienia: wybory to dopiero początek. Przy wyjściu z lokalu wyborczego znajdującego się w dzielnicy Bardo, gdzie mieszka wielu studentów, którzy przyłączyli się do protestów w 2011 roku, jeden z młodych mężczyzn powiedział nam, że dla nich wszystko jest stracone, ale głosuje, by zagwarantować przyszłość swoim dzieciom.

„To my doprowadziliśmy do zmiany, ale nie ma dla nas żadnej opcji, nikogo, kto by mógł nas reprezentować" - stwierdził inny z mężczyzn. Młodzi ludzie czują się oszukani, rozczarowani, nie wydaje im się, by którakolwiek z partii mogła działać w ich imieniu. Mimo wszystko biorą udział w wyborach, ponieważ nie tracą nadziei. Zdają sobie sprawę z tego, że transformacja przebiega powoli, że muszą być cierpliwi i mają pewność, że za kilka lat będzie lepiej. Inny młody człowiek, obserwujący przebieg wyborów z ramienia jednej z partii, komentował, że jego zdaniem póki co nie doszło do rewolucji, a jedynie rebelii. „Dopiero za kilka lat okaże się, czy była to prawdziwa rewolucja" - wyrokował. Tymczasem młody taksówkarz powiedział nam, że nie zamierza głosować, ponieważ sądzi, że wszystkim politykom zależy jedynie na władzy i pieniądzach. To pogląd dzielony przez większość młodych ludzi, którzy zdecydowali się wstrzymac od uczestnictwa w wyborach.

W dzielnicy Bab Souika zamieszkanej przez najuboższą część społeczeństwa, przez wszystkich innych omijanej z daleka, gdzie na ulicach walają się śmieci i panuje chaos, lokale wyborcze były pełne. Po oddaniu głosu ludzie zostawali na miejscu, by porozmawiać o swoich preferencjach wyborczych. Można było tu spotkać wiele kobiet z chustami na głowie, z kolei młodych ludzi było dużo mniej. Jedna z kobiet stwierdziła, że należy wykazać jeszcze trochę cierpliwości i „potrzeba czasu, aby nauczyć się demokracji". „Insha'Allah" („Jeśli Bóg tak chce") - odpowiadali zebrani, gdy pytaliśmy, czy ciągle wierzą w zmianę i myślą, że sytuacja ulegnie poprawie.

Kwestia bezpieczeństwa

W Enasser, jednej z najbogatszych dzielnic Tunisu, ze względu na dużą liczbę libijskich imigrantów nazwanej przez Tunezyjczyków „nowym Trypolisem", jedna z dziewcząt komentowała, że  co prawda stan gospodarki się poprawia, ale martwi ją kwestia bezpieczeństwa. Wielu potwierdza, że po rewolucji sytuacja uległa zmianie, niektórzy młodzi ludzie po zmroku w ogóle nie wychodzą sami z domu i nie czują się tak bezpieczni, jak wcześniej.

Taka wizja rzeczywistości stoi w opozycji do spokoju, jaki można było obserwować w dniu wyborów. Pokojowa atmosfera głosowania była dla wielu zaskoczeniem. Jednak w kraju zagrożonym terroryzmem, gdzie tylko w tym roku zatrzymano około 1 500 dżihadystów, bezpieczeństwo ma wysoką cenę.  Lokale wyborcze ochraniało ponad 80 000 żołnierzy, policjantów i strażników miejskich, uzbrojonych w ogromne Steyry (austriackie pistolety maszynowe), z palcami na spustach, jakby za chwilę musieli wystrzelić.

Wybory to dopiero początek możliwej transformacji, której kontynuacja stoi pod znakiem zapytania i której rezultatów nie poznamy jeszcze przez pewien czas. Jednak bez wątpienia jest to sukces dla tego arabskiego państwa, które przez wiele lat zmagało się z dyktatorskimi rządami, które nie ma demokratycznej tradycji i w którym bardzo odczuwalne są naciski ze strony konserwatywnych kręgów islamskich. Tunezyjczycy ciągle wierzą, że ich kraj jest zdolny do transformacji. Bo - jak podkreślali podczas wyborów - Tunezja nie jest Syrią, Libią ani Egiptem.