Wyznania stażystki, czyli mediolański Tydzień Mody od kuchni

Artykuł opublikowany 27 października 2015
Artykuł opublikowany 27 października 2015

Witajcie w świecie mediolańskiego Tygodnia Mody! Po nim, a właściwie po jego kulisach, oprowadza nas 25-letnia świeżo upieczona absolwentka studiów, odbywająca aktualnie staż w magazynie modowym. Tylko nam opowiada o swoich doświadczeniach, na przykład o redaktorach naczelnych za wszelką cenę domagających się dietetycznego Dr. Peppera, sałatki cezar i innych równie wymyślnych rzeczy.

Restauracja w centrum Mediolanu, tuż za Quadrilatero della Moda, czyli miejscem, w którym odbywają się wszystkie pokazy Tygodnia Mody. Kelner przynosi nasz lunch: dla mnie panini z rostbefem, grillowaną papryką i kozim serem, natomiast dla Elisy – sałatka cezar, w której nawet oliwa i ocet zdają się być zbędnymi tłuszczami nasyconymi. Już sam wybór dań świadczy o pewnej różnicy między mną i moją rozmówczynią.

Elisa ma 25 lat i niedawno ukończyła studia na Uniwersytecie w Mediolanie. Wkrótce po uzyskaniu dyplomu przyjęto ją na staż do redakcji amerykańskiego magazynu o modzie: to dlatego ze swoją przełożoną porozumiewa się po angielsku, chociaż obie są Włoszkami. Jej pierwszy dzień w redakcji zbiegł się z początkiem mediolańskiego Tygodnia Mody. Jak opowiada, to sześć niekończących się dni: „budzik dzwonił o 5:30, pracę zaczynałam o 7:30 i nigdy nie wychodziłam z biura przed 2 w nocy”.

Tygodnie Mody w Nowym Jorku, Londynie, Mediolanie i Paryżu stanowią kolejne etapy wielkiego miesiąca mody; dla ludzi z branży święta porównywalnego z Nowym Rokiem. Wobec tego to idealny moment na robienie postanowień. Pierwsze na ich liście? Raz na zawsze pożegnać się z ubraniami w kratę.

„To mnie nie inspiruje”

Podczas lunchu Elisa opowiada o kulisach mediolańskiego Tygodnia Mody. Czasami zdarza się nawet, że podczas pokazu zasiada w pierwszym rzędzie. „W tym tygodniu w naszej redakcji gościli redaktorzy naczelni z Nowego Jorku, Londynu czy Paryża. Jeśli któryś z nich nie miał ochoty wybrać się na dany pokaz, wysyłał mnie tam w zastępstwie. Zdarzyło się też tak, że jedna z redaktorek nie dostała miejsca w pierwszym rzędzie, wobec czego w ogóle zrezygnowała ze zjawienia się na imprezie” – tłumaczy moja rozmówczyni. Tym samym Elisie dane było obejrzeć show marki Dsquared2, wziąć udział w wydarzeniu z okazji promocji nowej linii kosmetyków oraz pojawić się na otwarciu nowego butiku włoskiej marki Krizia. To wszystko drobnostki, zwłaszcza w skali całego przedsięwzięcia: tylko pierwszego dnia odbyło się aż 20 pokazów.

Jak wszystko to wygląda w praktyce? „Dni poprzedzające Tydzień Mody to dla projektantów czas na wysłanie wszelkiego rodzaju prezentów, żeby cię zaprosić, a raczej sprawić, abyś koniecznie chciał przyjść na ich pokazy”. Każde zaproszenie to tematyczna zapowiedź nadchodzącego wydarzenia; im bardziej są one wyszukane, tym większą budzą ciekawość. Bywa i odwrotnie; czasami skutecznie zniechęcają one do zjawienia się na modowej imprezie: „redaktorka z Nowego Jorku, patrząc na brązowo-złote zaproszenie, chyba od Trussardi, powiedziała, że „ono w ogóle jej nie inspiruje”. Najdziwniejsze z jakim się spotkała? „Od Moschino: żółto-czarne, przypominające znak sygnalizujący roboty drogowe, a do tego w umieszczone w etui w kształcie sprayu do szyb. Kiedy ludzie z branży je zobaczyli, od razu rzucili się na ten pokaz”. Sam pokaz był zresztą tego warty: wszędzie umieszczono znaki drogowe, smołę, szczotki jak z myjni samochodowej i ostre kolory. Jednym słowem – Moschino w najlepszym wydaniu.

Ciężkie życie projektantów

Czy o pracy projektanta można wypowiadać się niepochlebnie? „Niekoniecznie. Jeśli projektują oni dla domów mody, które wykupują reklamy w twoim piśmie, a dodatkowo współpraca trwa od dłuższego czasu, to trudno o negatywną recenzję pokazu” – mówi Elisa. Polityczna poprawność dopuszcza nieszkodliwą i subtelną krytykę, która ma motywująco podziałać na markę, by ta stworzyła lepszą kolekcję na sezon jesień-zima. A co w przypadku braku takiej współpracy? „Wówczas wszystkie chwyty są dozwolone ”.

Branżę modową mogą natomiast znacznie poróżnić konflikty. „Redaktorzy niektórych pism nie dostali zaproszeń na pokaz Dolce&Gabbana” – opowiada Elisa. Właściwsze byłoby określenie, że odsunięto ich na boczny tor. „To dlatego, że w ubiegłym roku magazyny poparły Eltona Johna, który nawoływał do bojkotu marki ze względu na poglądy jej właścicieli na rodziny homoseksualne” (11 marca br. Domenico Dolce, jeden z projektantów i współzałożyciel domu mody w wywiadzie udzielonym włoskiemu tygodnikowi Panorama miał opowiedzieć się za „tradycyjnym modelem rodziny”, z którym, jego zdaniem, niekonwencjonalne metody rozrodu stoją w sprzeczności. Cztery dni później, Elton John, ojciec dwójki dzieci, które przyszły na świat dzięki surogatce, zażądał od projektanta wyjaśnień na swoim profilu na Instagramie, a wpis, w którym dał upust swojemu oburzeniu opatrzył hashtagiem #BoycottDolceGabbana, ndlr).

Legendy i Dr Pepper

Czy prawdą jest pogląd, jakoby światem tym rządziły plotki oraz zmowy? „Tylko w przypadku, gdy spiski te dotyczą samych mechanizmów rządzących modą” – odpowiada Elisa. Magazyny o modzie przywodzą mi na myśl głównie „Runway”, czyli pismo, którym zarządzała Miranda Priestly, bohaterka filmu „Diabeł ubiera się u Prady”. Początkowo ja też nie byłam w stanie wyobrazić sobie jak uda mi się przetrwać w podobnym środowisku. Tu naprawdę nie brakuje ludzi, którzy są uzależnieni od konkretnej pary butów, a za torebkę wprost daliby się pokroić. Nikt ci tu nie pomoże; wręcz przeciwnie, każdy rzuca kłody pod nogi. Jeśli nie zrobisz tego, co ci każą, po prostu wylatujesz”. I nie ma w tym ani krzty przesady. „Pewna redaktorka z Londynu wściekła się, bo podczas zebrania zażyczyła sobie puszkę dietetycznego Dr. Peppera; w Mediolanie jest on nie do zdobycia, a ona jeszcze zastrzegła, że jeśli go jej nie przyniosę, mogę pożegnać się ze swoim stanowiskiem”.

A co z bajecznymi garderobami w redakcjach pism? „To niestety tylko legenda. Zdarzyło mi się to tylko kiedy miałam iść na przyjęcie do Armaniego, by reprezentować paryską redakcję. Nie miałam co na siebie włożyć, a projektant miał ze sobą suknie, które zostały po pokazie i kazał mi jakąś sobie wybrać”. Garderoba jak ta z filmu „Diabeł ubiera się u Prady” nie istnieje. A co z ubraniami i akcesoriami przysyłanymi na sesje czy pokazy? Możesz je zatrzymać? Otóż nie. „Zachowałam jedynie pokrowiec na oparcie obszyty króliczym futrem. No i dwie wazy” – przyznaje Elisa. Obszyty futrem? „Mogłam ci tego nie mówić”.

Żeby zachować anonimowość bohaterki artykułu, zmieniono jej imię i niektóre szczegóły historii.

_

Opublikowane przez cafébabel Milano.