Z Sarajewa do Kopenhagi: bałkańscy uchodźcy 25 lat później

Artykuł opublikowany 8 lipca 2016
Artykuł opublikowany 8 lipca 2016

Zagubieni w meandrach własnej tożsamości bośniaccy uchodźcy cały czas próbują zaaklimatyzować się w „państwie najszczęśliwszych ludzi na świecie”, które coraz bardziej zaostrza politykę antyimigracyjną. Jakie są oczekiwania trzydziestolatków z terytorium byłej Jugosławii żyjących w Kopenhadze 25 lat po wojnie bałkańskiej? Reportaż o różnicach.

„Spytałem brata, dlaczego się pakujemy, skoro w tym roku nie jedziemy na wakacje. «Złożymy wniosek o azyl w Kopenhadze». «Co to znaczy azyl?». «To trochę tak, jakby pojechać nad morze do Chorwacji, tylko trochę bardziej na północ»” - w taki sposób wyjaśniono sytuację Vladimirowi Tomiciowi, który miał wówczas 12 lat. „Lepsze morze w Kopenhadze niż piwnica w Sarajewie” - powiedział sobie wtedy Vladimir. Przeniósł się z matką i bratem Goranem do Kopenhagi w 1992 roku, razem z resztą tych, którzy uciekali z Bośni i Hercegowiny przed wojną.

„Nie przyjeżdżajcie do Danii”

W 2016 roku Dania - jak i cała Europa - mierzy się z nowym kryzysem migracyjnym zapoczątkowanym przez konflikt w Syrii. Na początku roku media szeroko komentowały decyzje Danii o przywróceniu kontroli na granicach czy o konfiskacie majątku osób wnioskujących o azyl w celu pokrycia kosztów ich przyjęcia w kraju.

Uchodźcy, którzy przybyli do Kopenhagi w latach 90. i żyją tam obecnie, zauważają, że kontekst tych dwóch kryzysów jest inny. Taki sam jest natomiast przepływ osób na granicach. W 2015 roku Dania naliczyła 21 tys. osób wnioskujących o azyl. „W 1993 roku do Danii przybyło 20 tys. Bośniaków” - wyjaśnia Nermin Duraković, 36-letni bośniacki artysta pracujący w Kopenhadze. „Duńczycy to raczej homogeniczne społeczeństwo, na dodatek mniej liczne niż w Szwecji czy w Niemczech. Zarządzanie takim przypływem osób było prawdziwym wyzwaniem dla tego kraju”. Mimo to w 1992 roku niektóre państwa otworzyły granice. „Połowa z nich to były kraje na północy Europy. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy, czy chodzi o Szwecję, Finlandię czy Danię”. Właśnie wtedy Skandynawia przyjęła prawie 100 tys. osób. Wielu uchodźców myślało, że zostanie na jakiś czas, a następne szybko wróci. Niestety, wojna na Bałkanach trwała jeszcze przez trzy lata.

Dania jest dziś postrzegana raczej jako kraj tranzytowy. „Zdobycie pracy i pozwolenia na pobyt stało się trudniejsze niż w Szwecji” - mówi Mirzet Dajić, uchodźca ze Srebrenicy. „Możesz czekać do 3-5 lat na odpowiedź” - dodaje. „W latach 90. ten proces był łatwiejszy, może dlatego, że wojna na Bałkanach było postrzegana jako bliższa Europie”. „Państwo najszczęśliwszych ludzi na świecie”, oprócz grania na zwłokę, próbuje też zniechęcić uchodźców na inne sposoby - zmniejszyło o 50% zasiłku dla osób ubiegających się o azyl oraz wydrukowało antyimigracyjną reklamę w libańskich dziennikach. Jej wydźwięk był jasny: „Nie przyjeżdżajcie do Danii”. Podpisano: duńskie ministerstwo imigracji. 

Wczorajsze Bałkany w dzisiejszej Danii

Nermin Duraković miał 13 lat, gdy jego rodzina opuściła Trebinje [miasto na południowym wschodzie Bośni - red.] w 1993 roku. Artysta opowiada o duńskiej polityce imigracyjnej. „Ośrodki dla uchodźców często znajdują się na przedmieściach miast - wyjaśnia.Jak na przykład w 1993 roku w Avnstrup, 50 kilometrów na północny zachód od Kopenhagi. Uchodźcy są izolowani, tak jakby mieszkańcy nie chcieli ich widzieć na swoich ulicach”. Nermin reinterpretuje pojęcia azylu i tożsamości w ramach swojej wystawy pt. „Re(arranging)”, w której krytycznym, klinicznym okiem przygląda się pokojom z ośrodków dla uchodźców, w których sam mieszkał.

Przekraczane przez migrantów granice „po prostu się przesunęły” - mówi Nermin. „Dwadzieścia lat temu tą «granicą» mogła być granica z byłą Jugosławią”. Wtedy opuszczano Bośnię, Kosowo oraz Albanię, żeby osiedlić się w sąsiadującym państwie. „Dziś to Bałkany są obszarem tranzytowym dla migrantów. Dla mnie to trochę paradoks, bo kiedy byłem dzieckiem, musiałem stamtąd uciekać” - kontynuuje artysta. 

Uciekać dokąd? Dwadzieścia lat później północ Europy nie wydaje się już rajem, jakim była w latach 90. „Populizm polityczny sprawia, że nasila się ksenofobia, a problem ten jest w Danii równie powszechny i niebezpieczny, co gdzie indziej” - twierdzi Nermin. W ostatnich wyborach 21,1% Duńczyków zagłosowało na Duńską Partię Ludową, nacjonalistyczne ugrupowanie polityczne założone w 1995 roku [w 1998 roku cieszyło się ono poparciem na poziomie 7% - red.]. „Podczas gdy liberałowie i socjaldemokraci są coraz bardziej wymienni, populiści opierają się na propagandzie, która była nie do pomyślenia w latach 90. Od tamtej pory do pewnego stopnia istnieje w polityce przyzwolenie na rasistowskie wypowiedzi”.

Ukochane tożsamości

Sanja sączy piwo z przyjaciółmi w pubie w Nørrebro, wieloetnicznej dzielnicy robotniczej, gdzie bary i kawiarnie są cały czas przepełnione. Wśród czarno-białych fotografii wiszących na czerwonych ścianach oraz dymu papierosów Sanja opowiada swoją historię przy akompaniamencie dźwięków gitary. Ma 49 lat. Gdy przybyła do Danii w 1992 roku, była już dorosła. Przy jej stoliku siedzi cała była Jugosławia: jest jedna Macedonka, inne osoby pochodzące - tak jak ona - z Bośni, ale także Czarnogórcy oraz dwójka przyjaciół z Belgradu, żyjąca w Malmö w Szwecji. „Mam wrażenie, że jestem wynikiem mieszanki, mam tu przyjaciół Duńczyków, Bośniaków, a także Serbów, Słoweńców i Chorwatów”.

Duński historyk Jeppe Wedel-Brandt podkreśla: „Uchodźcom kazano mówić, że są Chorwatami, Serbami, Bośniakami, bo «jugosłowiańskie» pochodzenie nie było akceptowane przez duńskie władze, mimo że to właśnie ten rodzaj tożsamości był powodem ich ucieczki”. Po przyjeździe do Danii najmłodsi przyjęli tę „nową” tożsamość, bo znali jedynie powojenną Bośnię. Dino Ibrisimovic miał dwa lata, kiedy opuścił Brčko, następnie dorastał w Jutlandii [półwysep należący do kontynentalnej części Danii - red.], a obecnie jest w trakcie studiów chemicznych w Kopenhadze.

Ten 25-latek jest przewodniczącym miejscowej sekcji BUF (Stowarzyszenie Bośniackiej Młodzieży w Danii). Zna swój kraj pochodzenia jedynie z wakacyjnych pobytów, które nadawały rytmu letnim okresom jego dzieciństwa. Kiedy Dino przyjeżdża odwiedzić rodzinę, ma wrażenie, że cały czas żyje gdzieś między duńską a bośniacką „stroną” tożsamości, nie mogąc znaleźć odpowiedzi na pytanie, kim jest. Jednak ma swoje jasno określone zdanie w tej sprawie: „Jestem przeciwny walce z patriotyzmem. Tożsamość jest ważna. Możemy szanować innych tylko wtedy, gdy zaczniemy szanować samych siebie”. Z tego powodu jest sceptycznie nastawiony do idei Unii Europejskiej, która „zaciera wszystkie granice i tworzy jeden naród” - przynajmniej na razie. Dino uważa za stosowne dawanie uchodźcom dachu nad głową, ale nie popiera przyjmowania imigrantów zarobkowych:  „Dobrze znam Duńczyków - są naprawdę otwarci, ale trzeba się przystosować do tutejszej kultury. Bośniakom się to udawało, ale innym przychodzi z większym trudem”.

Życie po drugiej stronie kanału

W Kopenhadze istnieje także centrum kultury bośniackiej podlegające SBHUD, czyli Unii Stowarzyszeń Bośniackich w Danii. W słoneczny niedzielny poranek w Nørrebro grill podgrzewa atmosferę w siedzibie unii. Dzieci skaczą do popowej melodii piosenki „I Love It”, a część sali przekształcono w miejsce do modlitwy, z dywanem i islamskimi napisami na ścianach. Większość Bośniaków w Danii przynależy do kultury (a już niekoniecznie do religii) muzułmańskiej. Mirzet Dajić nadzoruje rodziców, którzy organizują zabawy dla dzieci. Mimo że Mirzet ma 39 lat, ze swoimi szpakowatymi włosami wygląda na trochę więcej. „Ostatnie pokolenia są bardziej duńskie niż bośniackie, mamy tu dzieci urodzone z małżeństw z Duńczykami” - wyjaśnia. „Uważam, że nieznajomość języka i kultury kraju własnego pochodzenia nie jest stratą, a niewykorzystaną szansą. Nie wstydzimy się naszych dziadków. Myślę, że dobrze się zintegrowaliśmy z tutejszym społeczeństwem z dwóch powodów: jednym z nich jest poziom wykształcenia, a drugim fakt, że praktykujemy naszą religię w ten sam sposób, co Duńczycy - rezerwujemy dla niej miejsce w życiu prywatnym”.

Vladimir Tomić - ten chłopiec, który pytał brata Gorana, czym jest azyl - dorastał w Kopenhadze i budował swoją przyszłość w tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych. Obecnie ma 36 lat i jest reżyserem. Opowiada o tym wszystkim w dokumencie pt. „Flotel Europa”, który zaprezentował na festiwalu filmowym Berlinale. O czym wszystkim? O tym, jak w 1992 roku jego rodzina przeżyła 3 lata w żelaznych kabinach statku Flotel Europa przekształconego przez Czerwony Krzyż w ośrodek dla uchodźców.

„Dzisiaj znajduje się tam Noma, jedna z najlepszych restauracji na świecie. Gdy trafiłem na pokład Flotelu Europa, akurat była zima. Patrzyłem na zewnątrz i wszystko było takie szare, takie zimne, a jednocześnie takie nowe” - przypomina sobie Vladimir przy filiżance kawy. Wśród setek uchodźców część wpadła na pomysł, żeby nagrywać kasety VHS i wysyłać je tym, którzy zostali w Bośni. Na podstawie takich osobistych zbiorów Vladimir zrealizował swój film, rozwijając tym samym autobiograficzną opowieść o jego własnych przejściach, ale też o uniwersalnym doświadczeniu azylu - o ludzkiej próżni, z której „obserwowaliśmy życie Duńczyków toczące się zwyczajnie po drugiej stronie kanału”.

Zdaniem Vladimira, teraz, kiedy wojny zaczynają odchodzić w niepamięć, osoby ubiegające się o azyl i problemy z nimi związane wydają się bardziej liczne: „Chodzi o ludzi takich jak ja, kiedy byłem małym chłopcem borykającym się z trudnościami. Po prostu staram się opowiadać historie, nadać kształt pojęciu uchodźcy, żeby wyjaśnić, co to za sobą pociąga. Mam nadzieję, że ludzie z tego skorzystają. Boję się, że będą dokonywać gorszych wyborów niż w przeszłości, a potem ich żałować. Mam nadzieję, że tak nie będzie, ale takie są moje przeczucia”- dodaje na zakończenie. 

_

Ten reportaż jest częścią projektu EUtoo, który przedstawia style życia młodych Europejczyków rozczarowanych współczesną rzeczywistością. Projekt jest finansowany przez Komisję Europejską.