Z wizytą u Boga

Artykuł opublikowany 24 stycznia 2006
opublikowano w społeczności
Artykuł opublikowany 24 stycznia 2006

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Sześćdziesiąt lat po II Wojnie Światowej, ulice małego miasteczka w Polsce wypełniają się ortodoksyjnymi Żydami. Ze wszystkich zakątków świata przybyli tu by uczcić cadyka Elimelecha Weissbluma, który zmarł tego dnia w Leżajsku w 1787 roku.

Polska, Leżajsk, marzec 2005. Kamyki chrzęszczą pod nogami Chaima Weisfisha, amerykańskiego Żyda, kiedy szybko wchodzi na wzgórze ku grobowcowi. Wspinając się po skarpie, Weisfish oferuje darowizny dla społeczności żydowskich z USA i Izraela. Jak przystało, trzykrotnie myje ręce w umywalce ustawionej specjalnie tuż z boku, przed tym jak wejdzie do grobowca razem z innymi pielgrzymami. Dziś jest 21 dzień miesiąca Adar w kalendarzu żydowskim, rocznica śmierci cadyka Elimelecha Weissbluma: dzień, w którym ultra-ortodoksyjni Chasydzi pielgrzymują do wschodniej Polski by uczcić pamięć tego chasydzkiego przywódcy, który w XVIII wieku uczynił Leżajsk chasydzkim centrum. W niebieskiej poświacie świateł neonu, Weisfish stoi pomiędzy mężczyznami w czarnych kapeluszach i płaszczach, których pejsy bujają się nad ich uszami w tył i w przód w czasie modlitwy. Od czasu do czasu przytłumiony dźwięk dzwoniącego telefonu komórkowego zakłóca narastający hałas modlitwy, a osoba o błyszczących z podniecenia oczach i ze słuchawką w ręku krzyczy do „drugiego końca świata”: „Tak, jestem tu. Jest fantastycznie!”

Rozmawiając z Elemenechem

Chasydzi wierzą, że dusza zmarłego powraca do miejsca, gdzie ciało jest pochowane właśnie w rocznicę śmierci. Od 1787 ludzie przybywali do Leżajska by dzielić się swoimi obawami w duchowym dialogu z cadykiem Elemenechem. Jego dusza staje się medium pomiędzy wiernymi a Bogiem. „Tylko zaddik („sprawiedliwy”) jest godzien rozmowy z Bogiem” tłumaczy Ben Stern z Nowego Jorku. „Dlatego też, to tak ważne, by modlić się tutaj, właśnie tego dnia”. Po zakończeniu modlitwy, ludzie stają przed grobem i rzucają kvitel, karteczki z wypisanymi na nich indywidualnymi życzeniami. Kvitel jest namacalną formą wielu życzeń – zdrowia, pomyślności i bezpieczeństwa dla rodziny.

Narodziny chasydyzmu rozpoczęły się katastrofą. W 1648 roku, podczas wojny o niepodległość Polski, bandy kozackie brutalnie wymordowały 300.000 Żydów w Galicji. Synagogi, Jeshiwy (żydowskie szkoły) i biblioteki zostały zmiecione z powierzchni ziemi, w rezultacie niszcząc centralne punkty duchowego i kulturalnego życia. Szansa by być bliżej Boga poprzez studiowanie Tory i Talmudu, zgodnie z zaleceniem rabina, stała się teraz niemożliwą dla zubożonych społeczności żydowskich. Ta duchowa pustka została wypełniona przez twórcę chasydyzmu, Balla Shema Tova (1689 – 1760), który ogłosił wszechobecność Boga i to, że doświadczenie religijne może być osiągane poprzez powszechne: modlitwę, hymny i taniec. Ten nauczyciel dotarł do serc niewykształconych i zubożałych Żydów z Galicji, którzy to później na nowo odkryli religię i kulturę. Było to niedługo przed połączeniem się naśladowców charyzmatycznego cadyka. Do końca XVIII wieku, chasydyzm ugruntował się mocno na terenie Galicji.

Opowieści z Shtetl

Przed II Wojną Światową, Leżajsk był typowym galicyjskim shtetl (małym miasteczkiem lub wioską) z 3000 Żydów spośród 5000 mieszkańców. Ojciec Grega Steina, pielgrzyma z Antwerpii, był jednym z tych Żydów. W owym czasie był właścicielem ogromnych kamienic na rynku. Jego wnuk, który przybył po raz pierwszy do miejsca, w którym żyli jego przodkowie, udał się prosto do kamienic, odnajdując je bez najmniejszego problemu. Wyglądają dokładnie tak, jak opisywał mu dziadek, dziadek, który tu nigdy nie powróci. Zbyt wiele bolesnych wspomnień powstrzymuje go od postawienia nogi na polskiej ziemi po raz kolejny. To samo dotyczy wielu z tych, którzy przeżyli Holokaust. Kolejne pokolenia, które nie wychowały się z bezpośrednimi doświadczeniami wojennymi, ale które znają historie swoich dziadków, powoli zaczynają przybywać do kraju, w którym ich przodkowie kiedyś żyli. Greg Stein kontempluje w ciszy, stojąc tyłem do kaplicy z grobowcami, i patrzy w stronę miasta. „Tutaj”, mówi Stein, kiedy stąpa po śniegu na zewnątrz grobowca, jakby chciał rościć prawa do tego kawałka ziemi poprzez swoisty oficjalny obrzęd. „To tutaj młodzi synowie i córki Judaizmu, którzy zaczynają okrywać na nowo ich polskie korzenie, spotykają się ze swoją duchową przeszłością.” Ma w planach na dziś odwiedziny jeszcze kilku żydowskich miejsc. Nie robi tego tylko po to by pokazać swoją obecność w kraju, w którym żyło kiedyś trzy miliony Żydów, ale gdzie teraz żyje ich zaledwie 10.000. Robi to również dlatego, że teraz on sam chce być tym, który teraz opowie historie z Galicji swojemu dziadkowi.