Zabójstwo Jo Cox: tragedia, która naznaczyła brytyjskie referendum

Artykuł opublikowany 21 czerwca 2016
Artykuł opublikowany 21 czerwca 2016

[Opinia] Śmierć Jo Cox to pierwsze zabójstwo polityczne w Wielkiej Brytanii od ponad ćwierć wieku. Posłanka Partii Pracy została zamordowana po wyjściu ze spotkania swojego okręgu wyborczego. Sprawca, który ją postrzelił i zadał jej ciosy nożem, miał wykrzykiwać „Britain First”. Jej śmierć to szok, tragedia o zabarwieniu politycznym, która nieodwracalnie zmieniła ton brytyjskiego referendum.

W zeszłorocznych wyborach Jo Cox w wieku 40 lat została wybrana na posłankę z okręgu wyborczego Batley and Spen w hrabstwie West Yorkshire. Wcześniej zaangażowana była w działalność dobroczynną, wspierając między innymi Oxfam i inne organizacje charytatywne. Była matką dwójki dzieci. Zanim została zamordowana przez rzekomego zwolennika Brexitu, przez rok pełniła funkcję posłanki i brała aktywny udział w kampanii „Britain Stronger in Europe” (pol. „Wielka Brytania silniejsza w Europie”).

Mam 25 lat. Od kiedy jestem na świecie w Wielkiej Brytanii nie było zabójstwa na tle politycznym. Do dziś.

Jo Cox wychodziła ze spotkania publicznego ze swoimi wyborcami w miejscowej bibliotece, gdy została postrzelona i ugodzona nożem. Podczas spotkania posłanka rozmawiała z wyborcami o ich obawach, starając się w ten sposób zmniejszyć dystans między ludźmi a władzą. Poprzez dialog z obywatelami chciała znaleźć wspólną drogę do kompromisu, z którego możliwie największa część społeczeństwa mogłaby czerpać korzyści. Została zamordowana przez mężczyznę, który ‑ pomimo tego, że miał demokratyczne prawo do wyrażenia swojego niezadowolenia ‑ wolał zabić, by narzucić swoje poglądy.

To, jakim motywem kierował się sprawca tego nieuzasadnionego morderstwa, to jedno zagadnienie. W tym momencie oczywiste jest już również, że wydarzenie znacznie wpłynęło na atmosferę debaty przed brytyjskim referendum w sprawie członkostwa w Unii Europejskiej. Przez szacunek do zmarłej zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy Brexitu zawiesili swoje kampanie. Na portalach społecznościowych pojawiły się jednak dziesiątki komentarzy wyrażających niezadowolenie z zaciekłej rywalizacji, która zaczęła dyktować ton debaty.

Niektórzy uważają, że morderstwo to nie powinno być kojarzone z polityką. Jednak jeśli dane czyny są motywowanie politycznie, nieuchronnie pociągają za sobą polityczne konsekwencje. Mąż zamordowanej posłanki Brendan Cox wydał po jej śmierci oświadczenie: „[Jo] chciałaby teraz ponad wszystko dwóch rzeczy. Po pierwsze: żeby nasze dzieci były otoczone miłością, a po drugie, żebyśmy wszyscy zjednoczyli się w walce przeciwko nienawiści, która ją zabiła. Nienawiść nie zależy od poglądów, rasy czy religii – jest po prostu trująca”. Jo Cox poświęciła swoje życie walce o lepsze społeczeństwo, w którym promuje się akceptację i staje ponad podziałami. Umniejszanie jej misji poprzez wezwanie, by nie upolityczniać okoliczności jej śmierci, byłoby po prostu nie na miejscu.

W dniu zabójstwa Nigel Farage odsłonił plakat kampanii antyimigracyjnej z napisem „Breaking Point” (pol. „Punkt krytyczny”), przedstawiający tysiące uchodźców uciekających przed wojną w Syrii. Zdjęcie na plakacie niepokojąco przypomina materiały z archiwum nazistowskiej propagandy. Nie pierwszy raz kampania zwolenników Brexitu przywołała skojarzenia z III Rzeszą. Wcześniej Boris Johnson porównał UE do Hitlera. Dyskurs, którą stosują zwolennicy wyjścia z Unii Europejskiej ma charakter kolonialny i nacjonalistyczny. Z tego względu istotne jest to, by przeciwdziałać eskalacji nienawiści i gniewu, podsycanych przez wprowadzającą w błąd i poniżającą reklamę, póki jeszcze nie odcisnęły trwałego piętna na polityce Wielkiej Brytanii.

Dwa dni temu w ramach kampanii brexitowej Nigel Farage wypłynął na wody Tamizy flotyllą kutrów rybackich. Po chwili podpłynął do nich Bob Geldof z megafonem. Wzsystko przypominało scenę rodem z brytyjskiej komedii. Jo Cox również tam była – płynęła wzdłuż rzeki wraz z mężem i dwójką dzieci i machała transparentem z napisem „IN”. Dziś zabójstwo posłanki jest na ustach wszystkich Brytyjczyków - to pierwszy taki zamach od czasu konfliktu w Irlandii Północnej.

W Europie kontynentalnej relacje mediów na temat zbliżającego się referendum nabrały jarmarcznego charakteru i zaczęły ukazywać dzisiejszą Wielką Brytanię przez pryzmat historii jej kultury. Wprawdzie możliwość wyjścia Wielkiej Brytanii z UE od dawna wzbudzała pewne zaniepokojenie, ale interpretowano to raczej jako przedłużający się w czasie kuriozalny teatrzyk polityczny na małej i osobliwej wyspie. Teraz jednak sytuacja nabrała niezwykle poważnego tonu. Nie jesteśmy już postrzegani jako naród amatorów herbaty, którym brakuje uzdolnień kulinarnych, lecz jako kraj, w którym posłowie wybrani w wyborach powszechnych muszą bać się o swoje bezpieczeństwo. Zdecydowanie wolę ckliwą przeszłość od dzisiejszej rzeczywistości.

Powinniśmy wszelkimi sposobami szukać remedium na tę truciznę. Jeśli nam się to nie uda, powinniśmy wystrzegać się „Britain First” - przedkładania Wielkiej Brytanii ponad wszystko. Jestem całkowicie przekonany, że – parafrazując słowa Baracka Obamy – powinniśmy udać się na koniec kolejki.