Zamachy w Brukseli: „Wszystko tu leci na łeb na szyję"

Artykuł opublikowany 23 marca 2016
Artykuł opublikowany 23 marca 2016

Dzisiejszego poranka, w wyniku zamachów bombowych na lotnisku w Brukseli, a następnie na stacji metra w pobliżu dzielnicy europejskiej zginęło - według obecnych danych - około trzydzieści osób, a ponad sto zostało rannych. Stolica Europy jest wstrząśnięta. Natychmiast zadzwoniliśmy do znajomego dziennikarza, by zapytać, co dzieje się na miejscu zdarzeń.

Cafébabel: Gdzie teraz jesteś?

Quentin: Z miejsca, w którym się znajduję widzę stację Maelbeek (stacja metra, na której doszło do eksplozji - przyp. red.). Moje biuro jest 200 metrów stamtąd. Rue de la Loi, wielka ulica, na której mieszczą się instytucje europejskie, jest obecnie sparaliżowana.  Wszystko jest zamykane.

Cafébabel: Co się dzieje wokół ciebie?

Quentin: Wszędzie jest policja, cały czas słyszę syreny... Dziennikarze biegną pracować do pobliskiego hotelu, niektórzy nadają na żywo prosto z alei. Policja i straż zaczynają patrolować teren. Przy stacji metra stoją jeszcze dwie lub trzy karetki. Ale stąd nie widzę, czy nadal ewakuują rannych.

Cafébabel: A ty jak się czujesz?

Quentin: Szczerze, to nie wiem (cisza). Po prostu nie mogę. Wiesz, to taka chwila, że kurwa, zwyczajnie nie rozumiesz co się dzieje. Zaatakowano zwyczajnych ludzi, którzy jeżdżą metrem, latają samolotami... Wiedzieliśmy, że może się to wydarzyć. No i wiemy też, że ich celem jest wzbudzenie w nas strachu. Więc pytanie, czy jako dziennikarz jesteś gotowy, by zacząć o tym pisać? Cały czas czujesz to napięcie. No a ja, tutaj, byłem bardzo blisko, wiesz... Teraz siedzę i czekam, ale czuję, że będziemy mieli przez to szalony tydzień w robocie.

Cafébabel: Jesteś dziennikarzem. Udaje ci się pracować?

Quentin: Słuchaj, nie za bardzo jest wybór. Klasycznie, zalewają nas informacje. Jesteśmy w ciągu „praca, live, Twitter". Bo przerwać pracy przecież nie możemy. Krążyły już plotki, że miały miejsce strzelaniny w całej Brukseli. Trzeba sprawdzić te wiadomości, uspokoić ludzi. Naszym zadaniem jest potwierdzanie tego, co można potwierdzić i powiadamianie naszych czytelników o tym, co dzieje się naprawdę. Bo wszystko tu leci na łeb na szyję...

Cafébabel: No właśnie, od rana słyszeliśmy już dużo różnych rzeczy. Udaje ci się zastanowić tak na świeżo, z dystansem?

Quentin: Tak, daję radę. Na przykład rano byłem na dworcu centralnym, gdy koło 9:40 ogłoszono, że doszło do trzeciego wybuchu. A tak naprawdę tego wybuchu nie było. Następnie służby przekazały wiadomość, że istnieje ryzyko eksplozji. Informacja w czasie przyszłym, a to już może wprowadzać w błąd. Wystarczy, że facet jest Anglikiem i nie zna francuskiego i dla niego będzie to potwierdzenie.

Cafébabel: Mówi się o stanie wojennym, a nawet stanie wojny. Rozumiesz o co chodzi?

Quentin: Stan wojny"? Nie wiem, o czym mowa. Ale rzeczywiście, prawie jesteśmy w stanie wojennym. Wprowadzono najwyższy, czwarty, poziom zagrożenia terrorystycznego. We Francji odpowiednikiem byłby stan wyjątkowy. Nie kursują autobusy, tramwaje, metro. Zamyka się restauracje. Bruksela staje się martwym miastem. Jeśli chodzi o mówienie o „stanie wojny", co do tego jestem jeszcze bardziej sceptyczny. Moim zdaniem to rodzi pewną psychozę, a to chyba właśnie tego oczekiwali ludzie odpowiedzialni za te zamachy. Służby (według najnowszych informacji 1600 osób rozstawionych na pozycjach - przyp. red.) zachowują wszelkie środki ostrożności i robią, co tylko mogą, żeby to wszystko się uspokoiło. My też musimy jak najlepiej wykonywać naszą pracę i dostarczać ludziom informacji zgodnych z prawdą.

Cafébabel: Po zamachach w Paryżu przeżyłeś już w Brukseli Lockdown, czyli podniesienie poziomu zagrożenia terrorystycznego do czwartego. Czy teraz jest inaczej?

Quentin: To kompletnie inna sytuacja. Decyzję o lockdownie (wyrażenie używane po zamachach w Paryżu, odnoszące się do stanu wyjątkowego wprowadzonego ze względu na zagrożenie terrorystyczne w Brukseli - przyp. red.) podjęto w weekend o piątej nad ranem. Wtedy wstajesz i już nie jeździ metro, wszystko jest pozamykane. Natomiast dziś mamy wtorek, wszyscy są w pracy, to nie to samo. Nie można przewidzieć, co się stanie. Widzieliśmy biegających wszędzie ludzi, wszystkie biura tutaj chciały chronić swoich pracowników. Totalna panika...

Cafébabel: Osoby publiczne szybko zaczęły się wypowiadać na temat sytuacji. Premier Szwecji powiedział, że był to atak przeciwko demokratycznej Europie". Uważasz, że na celowniku były głównie instytucje europejskie?

Quentin: W sposób ogólny możemy powiedzieć, że zamachowcy celowali w instytucje europejskie. Ta dzielnica jest punktem strategicznym, pracuje tu wielu dyplomatów, polityków, a więc automatycznie jest to miejsce, na które trzeba zwrócić szczególną uwagę. Poza tym, wiesz, „symbol Europy" i tak dalej... Sam nie wiem, na razie jest za wcześnie, by potwierdzić, jaki dokładnie był cel terrorystów. Z tego, co wiemy, prokuratura potwiedziła, że atak na stacji metra Maelbeek był zamachem samobójczym. A to pozwala sądzić, że był zaplanowany. Ale czy był to zamach, który mierzył głównie w Europę, w odwecie za pewne operacje? Nie wiem. Dowiemy się w miarę rozwoju śledztwa.

Cafébabel: Dzielnica instytucji europejskich w Brukseli jest także jednym z miejsc, gdzie przemieszcza się najwięcej ludzi.

Quentin: Tak, oczywiście. W tej dzielnicy pracuje bardzo dużo ludzi. Same instytucje europejskie to 30 000 osób. Poza tym organizacje pozarządowe, kancelarie adwokackie i tak dalej. Linia metra, na której doszło do ataków, jest tą najczęściej uczęszczaną. Zaatakowali Maelbeek, a więc wiedzą, że jest tu dużo ludzi.

Cafébabel: Jak widzisz ciąg dalszy?

Quentin: Czuję, że przed nami ciężki dzień. Skupimy się przede wszystkim na tym, by nie mówić głupot.

Cafébabel: Mówi się o bezsilności w obliczu zamachów. Czy ty też ją odczuwasz?

Quentin: Tak, jest identycznie, jak w przypadku Paryża. Atakują miasta, gdzie nikt nie chodzi uzbrojony, ośrodki wielokulturowe, kompletnie nieprzygotowane na to dzielnice. Stacja metra Maelbeek jest jedyną, która nie jest chroniona. Paryskim odpowiednikiem byłaby Château d'Eau (obsługuje ją linia 4 w 10. dzielnicy Paryża - przyp. red.). To mała stacja niedaleko mostu, więc musisz tamtędy przejeżdżać, jak chcesz dojechać do pracy.