Zamachy w Petersburgu: jeszcze tam, już tutaj

Artykuł opublikowany 6 kwietnia 2017
Artykuł opublikowany 6 kwietnia 2017

Nasza autorka spędziła rok na Erasmusie w Petersburgu. W poniedziałek, gdy wybuchy w metrze zabiły 14 osób, była już w Paryżu. W listopadzie 2015, podczas paryskich zamachów, była jeszcze w Rosji. 

Puste, milczące miasto. Na ulicach mijają się nieliczni, nieprzytomni przechodnie, zatopieni w myślach. Ze spuszczonymi głowami wydają się zawstydzeni swoim spacerowaniem. Gdy doszłam do konsulatu, zaczęło intensywnie padać. Mała grupka zdążyła już się zgromadzić przed budynkiem. Ustawili się dookoła różnorodnej masy, składającej się z kwiatów, zniczy, flag i słów wsparcia. Wpatrują się w nią, podziwiają. Na niektórych policzkach perlą się łzy, mieszając się z kroplami deszczu. Mieszanina przesiąka kartki z kondolencjami, rysunki dzieci. Tłum przechodniów wypełniających chodnik Newskiego Prospektu, jednej z głównych ulic Petersburga, zmusza do pośpiechu. Czekam na swoją kolej i składam kwiaty, czerwone goździki, na progu konsulatu. Opuszczam uroczyste zgromadzenie z poczuciem nieadekwatności. Zrobiłam zbyt mało, jestem zbyt daleko.

To wspomnienie z niemal półtora roku temu, 14 listopada 2015. Wcześniej, we wrześniu tego roku, opuściłam rodzime paryskie przedmieścia, aby uczestniczyć w rocznej wymianie w Petersburgu. Byłam tam, kiedy Paryż padł ofiarą zamachów. W zeszły poniedziałek, kiedy ładunek wybuchowy eksplodował w petersburskim metrze, zabijając 10 osób, poczułam to samo, co wtedy: znowu nie byłam tam, gdzie powinnam, kiedy powinnam. Frustracja, poczucie winy, bezsilność.

Kolejny raz powtarza się ten sam schemat, przyjmując formę niemal rytuału. Skontaktować się z bliskimi, upewnić się, że są bezpieczni. Śledzić media, próbując wyłuskać jakiekolwiek informacje. W końcu rozmowy ze znajomymi, o tym co się stało i o przyszłości. Wszystkie te działania można łatwo wykonać na odległość. Jednocześnie wydaje się to być nieadekwatne. Chciałabym być tam, razem z nimi. Czy moja obecność cokolwiek by zmieniła? Z pewnością nie. Tu czy tam, czy jest jakakolwiek różnica?

Przeglądam wiadomości i widzę zdjęcia z placu Siennaja, pod którym znajdowała się stacja metra, gdzie miał miejsce zamach. Obrazy wywołują wspomnienia. Czym jest dla mnie to miejsce? Bałagan, tłumy ludzi, budki z kebabem, sklepy z butami i tanimi telefonami komórkowymi, drzwi w drzwi z międzynarodowymi firmami. Rosja w pigułce, ruch i życie nie zatrzymują się tu nawet na chwilę. Z łatwością przypominam sobie metro. Jego masywne drzwi witają mnie z otwartymi ramionami. Tradycyjny komunikat zapowiada odjazd. „Uwaga, drzwi zamykają się. Następna stacja: Instytut Technologiczny”. Myśl o zamachach wyrywa mnie z rozmyślań. Wracam do rzeczywistości.

Przeżywanie zamachów z zagranicy to uczucie ciągłego rozdarcia. Złożyć kwiaty pod ambasadą, zmienić profilówkę na Facebooku – te działania wydają się puste i małostkowe. Ich waga jest nieporównywalna z horrorem tego, co się wydarzyło. Jedyną rzeczą, która wydaje się mieć sens, to bycie obecnym. Fizyczne okazanie swojego współczucia. Wzajemne wsparcie, wspólne przeżywanie bólu i strachu. Zamiast tego szukamy informacji, czytamy powtarzające się urywki, wyciskamy nowe wiadomości kropla po kropli. W ten sposób wkraczamy w rzeczywistość zarazem odległą i znajomą. Szukamy tego, co może nas w jakikolwiek sposób zbliżyć do odległej tragedii. Czujemy się bezsilni, mogąc zaoferować jedynie anonimowe wsparcie.