Zamachy w Stambule: osobliwość zła 

Artykuł opublikowany 18 kwietnia 2016
Artykuł opublikowany 18 kwietnia 2016

Turcja nie zdążyła się jeszcze otrząsnąć po zamachach z 12 stycznia w turystycznej dzielnicy Stambułu Sultanahmet, kiedy w marcu zaatakowano Taksim, drugą najpopularniejszą część miasta. Kolejny raz trafiono Stambuł w samo serce. Osobista refleksja.

 Jeszcze przed zamachem z 19 marca coś się w Stambule zmieniło. Już dwa dni wcześniej medialna burza spowodowała, że wszechobecny strach sięgnął nowego poziomu, stał się niemalże namacalny. Kiedy w tamten czwartek ukrywałam się w barze, ponieważ za bardzo bałam się jechać metrem do pracy, uświadomiłam sobie, że wokół czuć zupełnie inną atmosferę. Po zamachach w Ankarze z 13 marca ,,oni” osiągneli swój cel: wszyscy byli zdenerwowani, wszyscy się bali. Wiszące w powietrzu poczucie niepewności potęgowały działania ze strony Niemiec, ruch na mediach społecznościowych, szerzące się plotki i wreszcie ich potwierdzenie. Opowieść o weekendzie pełnym terroru, tym w prawdziwym życiu i w wirtualnym.

 Niemcy

Pierwszy moment ,,WTF” z tamtego pamiętnego czarnego czwartku: Niemcy, które z niejasnych, choć na pewno racjonalnych (w końcu mówimy tutaj o Niemczech) powodów, zdecydowały się zamknąć swoją ambasadę w Ankarze, jak również konsulat i szkoły prywatne w Stambule na placu Taksim... na jeden dzień.

Jeden jedyny dzień. Powód: poważne podejrzenie zamachu właśnie tego dnia. Nie wiem jak wy, ale kiedy Niemcy mają stracha, to ja też zaczynam się bać. Dlatego zaczęłam czuć się niepewnie i nie poszłam do pracy - zanim bym tam dojechała, z całą pewnością dostałabym ataku serca.

Wiem to, bo w miesiąc po dwóch zamachach w Ankarze mój stosunek do terroryzmu całkowicie się zmienił. Terror nie jest już dla mnie banałem. W poprzednim artykule pisałam o swoim spokoju, czy wręcz o „wyparciu". Już uwierzyłam w to, co się dzieje, już nie jestem spokojna. Boję się samochodów, metra, boję się chłopców bawiących się petardami, czy motocykli przejeżdżających po plastikowych buelkach. Mówiąc krótko, boję się wszystkiego, co wydaje odgłosy takie jak: „bum”, „trach" czy „pif-paf”.

Media społecznościowe

Duża różnica (poza niemożnością pogodzenia się z faktem, że żyję w kraju, który obecnie toczy wojnę na co najmniej dwóch frontach) polega na tym, że po ostatnich dwóch atakach w Ankarze terror dostał się do sieci. Teraz chaos panuje już nie tylko na ulicach, ale też w naszych głowach.

W całej Turcji media społecznościowe są używane powszechnie i często z dobrym (przepływ informacji w sytuacji ścisłej kontroli rządowej), czy wręcz godnym podziwu (np. informacje dla dawców krwi po zamachach z 10 października) skutkiem. Czasem jednak media społecznościowe obracają się przeciwko tym, którzy ich używają - tak jak stało się to podczas wspomnianego czwartku i czterech następujących po nim dni. Byliśmy świadkami lawiny wiadomości na Facebooku i WhatsAppie, wysyłanych zapewne w dobrej wierze, ale jednocześnie niespójnych i alarmujących.

Tamtego dnia mój znajomy wkroczył do pokoju, odczytując na głos wiadomość od jednego ze swoich kontaktów: „W pewnym mieszkaniu znaleziono 175 kałasznikowów, w ten weekend istnieje ogromne ryzyko podpaleń w dzielnicach rozrywki”.

Inni użytkownicy Facebooka i WhatsApp publikowali wiadomości o podobnej treści, często załączając kopie pseudooficjalnych dokumentów:

„Mówi się, że przygotowują atak terrorystyczny. Są gotowi otworzyć ogień”.

 „Pewien lekarz otrzymał wiadomość, że szpitale mają być w gotowości 24 godziny na dobę. Przewiduje się ataki na przystankach autobusowych Zincirlikuyu, Mecidiyeköy, Beşiktaş, Şişli i Levent, w centrach handlowych i na promach”.  

„19 bomb eksploduje w Stambule po pierwszej eksplozji w Ankarze. Trzymajcie się z dala od centrów handlowych, targowisk i metra! (...)”. 

  Pogłoski

Źródło tych wiadomości? Całkowicie nieznane. Więc tak, większość z nas podejrzewała, że to spam albo żart. Ja również. Ale Turcy i ci mieszkańcy Turcji, którzy dawno już stracili zaufanie do własnego rządu, są bardziej skłonni uwierzyć w teorie spiskowe. Panuje przekonanie, że wszyscy coś wiedzą, ale nikt nie mówi tego głośno. Z natury ostrożni Turcy zawsze przekonają cię, że lepiej jest uwierzyć w żart niż w milczenie rządu.

I tak, kiedy w czwartek dowiedzieliśmy się o zamknięciu w Stambule niemieckich urzędów oraz szkół średnich, kiedy dochodziły do nas niezbyt uspokajające wieści, rząd nie mówił nic. A każdy Turek - w tym przypadku: mój współlokator - powie wam jedno: „jeśli rząd nic nie mówi, ale Niemcy panikują, to pewnie dlatego, że coś wiedzą - coś wystarczająco poważnego, żeby pozamykać niemieckie instytucje, a co jednocześnie wzbudziłoby panikę, gdyby przedostało się do wiadomości publicznej”.

Wydarzenie

I oto jesteśmy. W tamten czwartek miałam iść uścisnąć rękę Pascala Noumy (red. były piłkarz francuski), podjadając ciasteczka w kształcie piłki nożnej podczas uroczystości w Palais de France. Spanikowałam jednak, wszystko odwołałam i udałam się do baru, o którym wspomniałam na początku. Nic poważnego nie zakłóciło zwyczajnego trybu życia w Stambule i było mi trochę głupio, że zrezygnowałam ze wszystkiego ,,nadaremno”. Bo nie byłam w stanie zachować wiary w słowa: ,,nie pozwolimy im zapanować nad naszym życiem”.

Już spokojna, w piątek udałam się na ulicę Istiklal, niedaleko placu Taksim, mimo tego że Niemcy przedłużyli zamknięcei swoich instytucji. Piłam, tańczyłam i kilka godzin później wróciłam do domu. Też blisko Taksim, ale po drugiej stronie parku Gezi. Następnego dnia, w sobotę o godz. 11 czasu lokalnego, ja i moje miasto obudziliśmy się na kacu. ,,Za bardzo świętowaliśmy”- napisała na Facebooku Marie, moja znajoma. ,,Wojna nie ma problemu z tym, żeby od czasu do czasu pofatygować się do twoich drzwi, zapukać i przypomnieć ci, że jest właśnie tutaj. (...) Dziś na ulicach panuje spokój, jakby Stambuł za bardzo zaszalał i teraz leczył kaca”.

Potem pomyślałam o tych wszystkich biednych ludziach, którzy zdecydowali się nie bać. I poczułam smutek, bo moja dzielnica dostała cios prosto w serce. A potem poczuła się winna, że nie było mi przykro z powodu innych dzielnic, innych serc.

I pomyślałam o Niemczech, które nas ostrzegły. Jeśli choć jedna z plotek nie była tylko plotką, to znaczy, że pozostałe też mogą nieść w sobie ziarno prawdy. To wystarczyło, żeby pogłoski zaczęły krążyć na nowo ze zdwojoną siłą, przypominając nam, że np. 20 i 21 marca, z okazji święta wiosny Newroz, 19 samochodów-pułapek miało ekslodować w 19 miejscach miasta. I tak oto mój strach powrócił.

Zostałam w domu do poniedziałkowego poranka, bo ,,nigdy nie wiadomo”. Miliony innych osób zrobiły to samo. ,,Nigdy nie wiadomo”. Miasto opustoszało. Tragiczny widok: pustynia zamieszkana przez 14 mln ludzi.

___

Ten artykuł został napisany przez członków ekipy lokalnej cafébabel Stambuł