Zamieszki w Paryżu: (nie)zwykły dzień zbiorowego obłędu

Artykuł opublikowany 30 czerwca 2016
Artykuł opublikowany 30 czerwca 2016

[FOTO] We Francji od ponad dwóch miesięcy trwają manifestacje przeciwko reformie prawa pracy. Według Powszechnej Konfederacji Pracy (CGT), największa jak dotąd mobilizacja protestujących doprowadziła 14 czerwca do zbiorowej histerii, a w niektórych miejscach przypominała prawdziwą partyzantkę miejską. Reportaż z miejsca wydarzeń.

Zorganizowana przez Powszechną Konfederację Pracy (CGT) manifestacja, która odbyła się we wtorek 14 czerwca, miała być punktem kulminacyjnym protestów przeciwko reformie prawa pracy trwających we Francji już od dwóch i pół miesiąca. Albo – jak twierdzą osoby krytycznie nastawione do sprzeciwu – ostatnimi podrygami wyczerpanego ruchu, któremu z dnia na dzień coraz bardziej brakuje sił. Jednak nic nie wyglądało tak, jak przewidywano – dla niektórych uczestników manifestacja stała się okazją do przemocy,  a ich jedynym celem było niszczenie i dewastowanie.

Pole bitwy

Rozbite witryny, przewrócone samochody, podpalone rowery - krótko mówiąc, Paryż był momentami sceną pełną dymu z palonych opon i gazu łzawiącego, na której rozgrywała się prawdziwa miejska partyzantka. Manifestacja szybko zaczęła przeradzać się w piekło – młodzi ludzie z zasłoniętymi twarzami zaczęli wyładowywać swoją złość, rzucając kamieniami, kijami i butelkami w zaparkowane samochody, okna i witryny. Pokojowa manifestacja przeciwko nowemu prawu pracy zamieniła się w istne pole bitwy. Policja starała się powstrzymać wandali i ich żądzę niszczenia, uciekając się do rzadko używanych środków obrony, takich jak granaty kulkowe czy armatki wodne (które od dawna nie były używane przez francuskie siły porządkowe, a jeśli się to zdarzało, to tylko w ostateczności). To wszystko jednak na próżno. Funkcjonariusze obrali strategię, która miała za zadanie podzielić pochód manifestantów na dwie części, by oddzielnie zmierzyć się z tymi, którzy wywoływali zamieszki. Taktyka ta wydawała się działać do momentu, gdy manifestanci zebrali się w punkcie końcowym pochodu, na Placu Inwalidów. Tam sytuacja się pogorszyła. Policjantów, którzy strzegli wejścia do Pałacu Inwalidów, otoczyli obłędnie wściekli manifestanci, którzy rzucali w funkcjonariuszy kamieniami, kawałkami asfaltu i betonu. Jedna osoba w kominiarce rzucała też petardami. Starcia  trwały prawie dwie godziny. Po wielokrotnych wystrzałach z armatki wodnej i zastosowaniu gazu łzawiącego, policji udało się częściowo rozproszyć tłum. Bilans na koniec dnia był zatrważający, ale przewidywalny, jeśli weźmie się pod uwagę przebieg manifestacji – 40 rannych, w tym 29 policjantów, oraz 58 zatrzymań. Natomiast jeśli chodzi o liczbę manifestantów, tu już mamy do czynienia ze statystycznym chaosem. CGT twierdzi, że wzięło w niej udział 1,3 miliona osób, natomiast według prefektury policji było ich tylko 125 tysięcy

Żadnego rozejmu na horyzoncie

Widząc takie przejawy przemocy, można podać w wątpliwość prawdziwe powody protestu. Wielu paryżan długo nie zapomni 14 czerwca ze względu na wyraźnie widoczne spustoszenie na ulicach stolicy, a także dlatego, że wandale obrali za swój cel szpital Necker. Pomysłodawcę manifestacji - Powszechną Konfederację Pracy - wytyka się palcami jako współwinną starć ze służbami porządkowymi, którym nie udało się zapewnić jej odpowiedniego przebiegu. Poza tym jest oskarżana o „dwuznaczną” postawę względem wandali.

W wyniku tych wydarzeń François Hollande zapowiedział, że zezwolenia na manifestacje w Paryżu nie będą wydawane, jeśli nie będzie można zapewnić bezpieczeństwa uczestnikom i ochronić miejskich dóbr publicznych. Wtórował mu premier Francji Manuel Valls, który w swoich wypowiedziach zwrócił się do CGT o zaprzestanie organizowania manifestacji, które potencjalnie mogłyby przerodzić się w zamieszki. Taka postawa rządu wcale nie dziwi, zważywszy na przejawy skrajnej przemocy podczas protestów z 14 czerwca. Uzasadniają ją również aktualne wyzwania stojące przed Francją – coraz silniejsze zagrożenie terrorystyczne i czuwanie nad przebiegiem Euro 2016, która pociąga za sobą konieczność poskramiania agresywnych kibiców, szczególnie po starciach, które miały miejsce w Marsylii i Lille.

Mimo wszelkich przeciwności, manifestanci wciąż twardo obstają przy swoim. Nie inaczej jest w przypadku rządu Hollande’a, który nie zamierza zmieniać projektu prawa pracy. W końcu któraś ze stron będzie musiała odpuścić, wciąż nie wiadomo która. Miejmy nadzieję, że nastąpi to zanim jedna lub druga spowoduje zbyt dużo szkód, fizycznych i politycznych, które zagrażają wszystkim.