Zwariowani Lamowie syberii

Artykuł opublikowany 9 lipca 2014
Artykuł opublikowany 9 lipca 2014

5600 km na wschód od Mo­skwy, na od­izo­lo­wa­nym szczy­cie wzgó­rza stoi Dacan Iwoł­giń­ski - naj­sławniejszy klasz­tor bud­dyj­ski w Rosji. Kraj jest ostat­nio w me­diach por­te­to­wa­ny przez pry­zmat Pu­ti­na i Gaz­pro­mu, jako wojw­ni­czy by­czek, nie­to­le­ran­cyj­ny i re­pre­syj­ny. Wy­star­czy jed­nak wy­brać się na wschód, by od­kryć zu­peł­nie inne oblicze Rosji. 

Dacan Iwoł­giń­ski to mie­sza­ni­na kwie­ci­stych świą­tyń i roz­pa­da­ją­cych się chat lamów. Przy­byłem tu wcze­śnie i słoń­ce wy­pa­lało jeszcze po­ran­ną mgłę. Wier­ni krę­ci­li się  po­god­nie wokół, szep­cząc do sie­bie lub do nieba, ob­ra­ca­jąc w dłoniach młyn­ki mo­dli­tew­ne - ko­lo­ro­we me­ta­lo­we cy­lin­dry na drew­nia­nych uchwy­tach. Świą­ty­nie wy­glą­da­ły jak stosy bo­ga­to zdo­bio­nych ta­le­rzy obia­do­wych delikatnie prze­chy­la­ją­ce się w każdą stro­nę. Mia­łem wra­że­nie, że tylko przez swoją nie­rów­no­wa­gę osią­ga­ją rów­no­wa­gę.

Z chat i świą­tyń do­bie­ga­ły mo­dli­twy. Krze­wy na ota­cza­ją­cych po­lach ude­ko­ro­wa­no pięk­ny­mi wstąż­ka­mi i szmat­ka­mi mo­dli­tew­ny­mi. Fale ga­łę­zi wy­cią­gały się w nie­skoń­czo­ność jak wę­drow­ni ne­kro­man­ci.

Podróż do tej części Rosji do­ra­dzi­ła mi róż­no­rod­na mie­szan­ka współ­pasażerów z po­cia­gu, którym podróżowałem przez Rosję - pewien mu­złu­ma­nin z Azer­bej­dża­nu, ro­syj­ski or­to­dok­syj­ny chrze­ści­ja­nin i al­ko­ho­lik-ate­ista. Choć nie zga­dza­li się w wielu kwe­stiach, co do jed­nej rze­czy byli zgodni - Dacan Iwoł­giń­ski jest „wy­jąt­ko­wym miej­scem". Cho­ciaż jest to klasz­tor bud­dyj­ski, mozna odnieść wrażenie, że jego atrak­cyj­ność ma prze­wa­gę nad in­ny­mi skupiskami du­cho­wy­ch wspól­no­t. Każdy może przyjść na to wzgó­rze w po­szu­ki­wa­niu po­cie­sze­nia i rady od miej­sco­wych lamów.

Wjeż­dża­m na wzgó­rze fur­go­net­ką roz­ma­wiając z Rosjaninem Mi­kha­ilem. Dowiaduję się, że aby się tu do­stać, po­dró­żo­wał kilka dni z Kra­sno­da­ru. Kur­czo­wo trzy­ma się swo­je­go sie­dze­nia i ściska ple­cak i śpi­wór mię­dzy no­ga­mi, gdy fur­go­net­ka toczy się po wy­bo­jach. „Przy­jeż­dżam tu co kilka lat" - mówi. „To jest wy­jąt­ko­we miej­sce. La­mo­wie mogą uczy­nić twoje życie lep­szym". Kie­row­ca rzuca przez okno mo­ne­tę za każ­dym razem, kiedy mi­ja­my drze­wo po­kry­te szmat­ka­mi mo­dli­tew­ny­mi.

Bu­ria­cja: zu­peł­nie inna be­stia

Im dalej na wschód Sy­be­rii, tym bardziej odmienna twarz Rosji ukazuje się moim oczom. As­falt ustę­pu­je miej­sca pia­sko­wi, ku­rzo­wi i kra­te­rom. Błyszczące Mer­ce­desy są stopniowo wypierane przez im­pro­wi­zo­wa­ne po­jaz­dy z przy­śru­bo­wa­ny­mi do­bu­dów­ka­mi. Krowy wę­dru­ją po dro­gach jak samochody, nie ustępując pier­szeń­stwa prze­jeż­dża­ją­cym po­jaz­dom. Su­per­mar­ke­ty zostają zastępowane roz­le­głymi tar­go­wi­skami. Mgli­ste góry cicho dają o sobie znać za oce­anem azbe­sto­wych da­chów. Sło­wia­ńsko-za­chod­nio­fil­ska de­ba­ta staje się w tym miej­scu zbęd­na. Bu­ria­cja to zu­peł­nie inna be­stia.

Po odbyciu kilku run­d po Da­ca­nie, rozpoczynam roz­mowę z ko­bie­tą w śred­nim wieku, która wraz z córką sie­dzi cier­pli­wie przed jedną z chat. Ma na imię Maria i prze­była kil­ka­set ki­lo­me­trów, żeby tu do­trzeć. Jej córka jest chora. Wy­ja­śnia mi, że wraz z rodziną mieli się wkórt­ce prze­pro­wa­dzić do Mo­skwy, ale uwa­ża­ją, że cho­ro­ba to zły omen. „Je­stem le­ka­rzem" - wy­ja­śnia. „La­mo­wie z Da­ca­nu Iwoł­giń­skiego ofe­ru­ją jednak coś, czego nie zna me­dy­cy­na konwencjonalna. Po­roz­ma­wiaj z nimi i sam zro­zu­miesz" - wyjaśnia.

I tak postanawiam zrobić.

Znaj­du­ję mała chatę na pe­ry­fe­riach Da­ca­nu, pukam i wcho­dzę. Lama wy­glą­da zza rogu i kiw­nię­ciem za­pra­sza mnie do środ­ka. Jego ogo­lo­na czasz­ka jawi mi się jako wysublimowane zwień­cze­nie jego szczu­płej syl­wet­ki. Za­my­kam za sobą drzwi. Je­ste­śmy sami w cha­cie. Pro­mie­nie słoń­ca prze­bi­ja­ją przez deski.

Lama za­bie­ra mnie do po­ko­ju, w którym zastajemy jedynie drew­nia­ne łóżko, biur­ko i dwa krze­sła. Siada przy biur­ku, a dookoła niego lekko zwiesza się jego kasz­ta­no­wa szata. „Jak mogę Ci pomóc?" - pyta de­li­kat­nie po ro­syj­sku. Czuję, że może mi pomóc we wszyst­kim i w ni­czym. Nie je­stem ani chory, ani roz­dar­ty du­cho­wo, więc im­pro­wi­zu­ję. „Są we mnie głęboko zakorzenione złe uczucia. Nie wiem, skąd się biorą, ale to bar­dzo złe uczu­cia" - mówię.

Lama nuci i pogrąża się w refleksji, a następnie pyta o moją datę uro­dze­nia. Podaję mu ją, a on od­po­wia­da, że je­stem ko­niem. Mówi, że to wy­ja­śnia złe uczu­cia, które okre­śla jako „smu­tek, utra­tę sił, osłabienie i zmę­cze­nie". Zga­dzam się, cho­ciaż uczu­cie „utra­ty sił" jest mi obce. Lama mówi, że może oddalić ode mnie te uczucia za po­mo­cą ry­tu­ałów i me­dy­ta­cji. Od­sy­ła mnie po tro­chę mleka, które bę­dzie nie­zbęd­ne do uzdro­wie­nia.

Ro­sja - Et­nicz­ny Pat­chwork

Lu­dzie z Bu­ria­cji to rdzen­ni miesz­kań­cy Sy­be­rii. Byli tu przed Ro­sja­na­mi, a nawet przed mon­gol­ską in­wa­zją w XIII wieku. Rosja nie jest po pro­stu ho­mo­ge­nicz­nym, or­to­dok­syj­nym, wo­jow­ni­czym, sło­wiań­skim kra­jem, jak można by wnio­sko­wać z prze­ka­zu wielu za­chod­nich me­diów. Rosja to mie­sza­ni­na róż­nych kul­tur i grup et­nicz­nych, czego świet­nym przy­kła­dem jest Bu­ria­cja. 20% tutejszych miesz­kań­ców to bud­dy­ści, 30% to et­nicz­ni Bu­ria­ci. W całej Rosji jest około 1,5 mi­lio­na bud­dy­stów.

Sta­lin pró­bo­wał wy­ko­rze­nić bud­dyzm z Rosji. La­mo­wie byli wy­da­la­ni z kraju jako „ja­poń­scy szpie­dzy", wier­ni byli roz­strze­li­wa­ni, a so­wiec­cy żoł­nie­rze po­dob­no skręcali pa­pie­ro­sy z an­tycz­nych bud­dyj­skich ma­nu­skryp­tów. Jed­nak od czasu upad­ku ko­mu­ni­zmu rosyjski bud­dyzm się od­ra­dza. W kwiet­niu 2013 roku Vla­di­mir Putin przy­je­chał do Da­ca­nu Iwoł­giń­skiego, żeby wy­ra­zić swoje stuprocentowe po­par­cie dla ro­syj­skich bud­dy­stów. „Bud­dyzm od­gry­wa zna­czą­cą rolę w Rosji" - po­wie­dział Putin lamom. „Za­wsze tak było. Po­wszech­nie wia­do­mo, że bud­dy­ści po­ma­ga­li pod­czas obu wojen świa­to­wych". Po­wie­dział również, że bud­dyzm jest „ro­dza­jem hu­ma­ni­stycz­nej nauki ba­zu­ją­cej na mi­ło­ści do in­nych i mi­ło­ści do swo­je­go kraju".

Czas uzdro­wie­nia

Wra­cam do chaty z mle­kiem. Lama schy­la się i wy­cią­ga z szu­fla­dy torbę zie­lo­ne­go prosz­ku, na łóżku usta­wia rząd świe­czek i za­pa­la je. Pokój wy­peł­nia się smro­dli­wy­mi opa­ra­mi.

Lama usadza mnie pro­sto, ukła­da mi moje ręce na brzu­chu i in­stru­uje, żebym pod­czas, gdy on bę­dzie śpie­wał, od­dy­chał po­wo­li, wi­zu­ali­zu­jąc sobie czer­wo­ne­go Buddę wy­le­wa­ją­ce­go wazę do­bro­ci, szczę­ścia i dłu­gie­go życia na moją głowę. Kiedy moje płuca będą pełne, po­wi­nie­nem wy­pu­ścić ze środ­ka całe zło przed ko­lej­nym wde­chem do­bro­ci, szczę­ścia i dłu­gie­go życia.  

Za­my­kam oczy, a lama rozpoczyna śpiewy. Budda w moim umy­śle prze­chy­la wazę nad moją głową i na­peł­niam się do­bro­cią. Potem wy­dmu­chu­ję  zło i od razu czuję się le­piej. Z ko­lej­nym wdechem i wy­dechem jest coraz le­piej.

Kiedy śpiew do­bie­ga końca, lama wy­sy­ła mnie na ze­wnątrz. Mam ob­ra­cać się w miej­scu, wylać mleko na za­chód, potem do­tknąć ziemi na pół­noc, wschód i po­łu­dnie, cią­gle wchła­nia­jąc do­broć, szczę­scie i dłu­gie życie z każ­de­j strony świata. Gdy koń­czę moje 10 ob­ro­tów, stoję w mlecz­nej, błot­ni­stej papce, ale je­stem przepełniony do­bro­cią i brud staje się nie­istot­ny.

Gdy wracam do środka do­sta­ję fi­nal­ne bło­go­sła­wien­stwo, do­broć zamyka się wewnątrz mego ciała i kro­pla oleju za­pa­cho­we­go  zo­sta­je roz­sma­ro­wa­na na moim czole.

Kiedy wy­cho­dzę jest mi o wiele le­piej (kiedy wcho­dzi­łem było już cał­kiem do­brze). Czym­kol­wiek jest ta po­pra­wa, praw­dą czy ilu­zją, nie ma to nic do rze­czy - kiedy cho­dzi o twoją „duszę", je­dy­ne, co masz to twoje uczu­cia. Czuję się le­piej, więc je­stem lep­szy i taki chcę zostać.