Życie po trzydziestce - subiektywna wizja singla

Artykuł opublikowany 16 maja 2014
Artykuł opublikowany 16 maja 2014

„Trzy­dziest­ka to nowa dwu­dziest­ka" - do­no­szą eks­per­ci. „Masz jesz­cze przed sobą całe życie" - mówi ro­dzi­na. „Wy­glą­da na swoje 31 lat?"- py­ta­ją ma­ga­zy­ny pod zdję­ciem pięk­nej ak­tor­ki. Czy po przekroczeniu trzydziestki stajemy się kimś innym dla otoczenia i siebie samych?

Ze wszech stron sły­szy­my, że po trzy­dzie­st­ce za­czy­na się nowe życie. Roz­po­czy­na­nie wszyst­kie­go od nowa, po­szu­ki­wa­nie wła­snej drogi czy bycie sin­glem to w tym wieku nic ta­kie­go – w końcu trzy­dziest­ka to nowa dwu­dziest­ka. Na świe­cie po­dob­no roi się od trzy­dzie­sto­let­nich sin­gli, więc żaden pro­blem ze zna­le­zie­niem part­ne­ra (niech mi ktoś ich po­ka­że!).

Skoro trzy­dziest­ka to żaden kosz­mar czy tra­ge­dia, jak zatem wy­tłu­ma­czyć ukłu­cie stra­chu (i być może lek­kiej za­zdro­ści), kiedy pa­trzy­my na „ustat­ko­wa­nych" zna­jo­mych (mimo, że w wielu przy­pad­kach ich związ­ki wcale nie są lep­sze od na­sze­go życia w po­je­dyn­kę)? Skąd w ży­cze­niach uro­dzi­no­wych od młod­szych zna­jo­mych lekko zło­śli­we okre­śle­nia typu „za­byt­ku"? Skąd w za­wsze pew­nych sie­bie i uśmiech­nię­tych lu­dziach strach przed tym mi­tycz­nym pro­giem wieku? „Masz całe życie przed sobą i mnó­stwo czasu na zna­le­zie­nie swo­je­go miej­sca w świe­cie”. Brzmi nie­źle, praw­da? Takie opty­mi­stycz­ne in­for­ma­cje, na pierw­szy rzut oka po­cie­sza­ją­ce,  do­cie­ra­ją do nas ze­wsząd: od ro­dzi­ny, przy­ja­ciół, psy­cho­lo­gów , innej maści eks­per­tów i oczy­wi­ście z me­diów.  Wła­śnie – „na pierw­szy rzut oka" i słowo klucz –  „po­dob­no".

Nie ma się czym martwić?

Te same media, które prze­ko­nu­ją nas, że 30 lat to naj­pięk­niej­szy wiek, zdję­cia ak­to­rek pod­pi­su­ją ko­men­ta­rza­mi typu: „wy­glą­da na swoje 29, 30, 30+ lat?”.  Za­dzi­wia­ją­co, takie ko­men­ta­rze pod ad­re­sem przed­sta­wi­cie­li płci mę­skiej zda­rza­ją się ra­czej rzad­ko, jeśli już to w przy­pad­ku panów po­wy­żej 55 roku życia. Pod­ta­tu­sia­li ce­le­bry­ci uma­wia­ją­cy się z o po­ło­wę młod­szy­mi ko­bie­ta­mi nie są dobrą karmą dla ser­wi­sów plot­kar­skich (przy oka­zji, po­dob­no to strasz­ny wstyd czy­tać Pudla, ale to tak jak z disco polo: nikt nie słu­cha, a wszy­scy znają tekst). To ko­bie­ty wią­żą­ce się z młod­szy­mi od sie­bie part­ne­ra­mi są naj­częst­szym te­ma­tem plo­tek i to w ich przy­pad­ku śro­do­wi­sko nigdy nie po­zwa­la za­po­mnieć o róż­ni­cy wieku. Wy­star­czy przy­kład związ­ku  Demi Moore z Ash­to­nem Kut­che­rem, który był nie­mal­że re­ali­ty show: Demi i Asthon w re­stau­ra­cji: „czy widać, że jest od niego dużo star­sza?”, „czy biorą ją za jego matkę?”, „Asthon po­je­chał na im­pre­zę bez Demi, cie­ka­we kiedy rzuci ją dla młod­szej?”. Kosz­mar! Zaraz ktoś powie, że ser­wi­sy plot­kar­skie nie są war­to­ścio­wym źró­dłem in­for­ma­cji i nie można się przej­mo­wać plot­ka­mi, bo w końcu  tego typu media ist­nie­ją dzię­ki pod­sy­ca­niu sen­sa­cji. To praw­da, ale czy na­praw­dę mu­si­my zga­dzać się na takie opi­sy­wa­nie rze­czy­wi­sto­ści, na utrzy­my­wa­nie przy życiu nie­praw­dzi­wych ste­reo­ty­pów? Czy mu­si­my cią­gle słu­chać slo­ga­nów, że ko­bie­ty się sta­rze­ją a męż­czyź­ni są jak wino? Tyle w te­ma­cie me­diów.

Jeśli cho­dzi o ro­dzi­nę i zna­jo­mych, to ci, gdy koń­czy­my 30 lat, po­wta­rza­ją, że całe życie przed nami, że nie ma się czym mar­twić. Trzy­dziest­ka to po pro­stu okrą­głe uro­dzi­ny (zna­jo­mi: trzy­dziest­ka to hucz­na im­pre­za!). Jeśli twoje życie do­brze się po­to­czy­ło, w tym wieku masz już jakąś po­zy­cję za­wo­do­wą, dach nad głową, mniej­sze lub więk­sze grono przy­ja­ciół, do­brych zna­jo­mych, być może ja­kieś hobby. Moż­li­we, że wła­śnie  do­cie­ra do cie­bie, że w ogrom­nym skró­cie po­pa­dłaś/eś w sche­mat  opie­ra­ją­cy się na dwóch ele­men­tach: praca i TV. To jesz­cze nie tra­ge­dia, w tej kwe­stii można sobie aku­rat bar­dzo łatwo po­ra­dzić. Skąd tylko to po­wra­ca­ją­ce py­ta­nie: „masz już kogoś?” i  zdzi­wie­nie krew­nych przy oka­zji ro­dzin­nych spo­tkań: „jak to, ni­ko­go nie masz? W tym wieku?". I te ukry­te gdzieś mię­dzy zda­nia­mi su­ge­stie, że zegar bio­lo­gicz­ny tyka, tu­dzież słyn­ne „ucie­szy­li­by­śmy się z wnu­ków?”

FACET MUSI DOROSNĄĆ, KOBIECIE TYKA ZEGAR  

Ten dys­kurs ide­al­nie ilu­stru­je dy­so­nans mię­dzy tym, co brzmi do­brze w no­wo­cze­snym świe­cie, a tym co jest głę­bo­ko w nas za­ko­rze­nia­ne przez ko­lej­ne po­ko­le­nia. Wbrew mo­dzie na wiecz­ną mło­dość gdzieś mie­dzy wier­sza­mi wy­ty­ka się nam nasz wiek, ewen­tu­al­ny brak ro­dzi­ny czy po­zy­cji za­wo­do­wej. Czy­sto su­biek­tyw­nie uwa­żam, że ko­bie­ty, a szcze­gól­nie te sa­mot­ne, są bar­dziej na­ra­żo­ne na bycie po­strze­ga­ny­mi w okre­ślo­ny spo­sób przez pry­zmat wieku. Sa­mot­ny facet po trzy­dzie­st­ce nie jest na­ra­żo­ny na pełne współ­czu­cia spoj­rze­nia spo­wo­do­wa­ne tym, że ni­ko­go nie ma. On musi doj­rzeć, ona to co in­ne­go – po­win­na łapać pierw­sze­go, który się na­wi­nie, bo prze­cież im dalej tym trud­niej, a jak bę­dzie wy­bred­na, to skoń­czy jako sfru­stro­wa­na stara panna z kotem. 

Bied­na zszar­ga­na re­pu­ta­cja mi­tycz­nej trzy­dziest­ki. To nasze oto­cze­nie, spo­łe­czeń­stwo i media wzbu­dza­ją w nas strach przed ko­lej­ny­mi uro­dzi­na­mi. Pod płasz­czy­kiem no­wo­cze­sne­go po­dej­ścia kryje się do­brze znany ste­reo­typ, że w pew­nym wieku na­le­ży za­cząć my­śleć o ro­dzi­nie i po­ukła­da­nym życiu. Kto tak nie robi jest po­dej­rza­ny i trze­ba mu współ­czuć. Po pew­nym cza­sie sami za­czy­na­my w to wie­rzyć i to jest chyba naj­więk­szy błąd.  

To jak to w końcu jest z tą trzy­dziest­ką? Po jej prze­kro­cze­niu po­zo­sta­je­my mło­dzi, czy w na­szym życiu koń­czy się jakiś etap? Czy sta­je­my się in­ny­mi ludź­mi? Moja od­po­wiedź na to py­ta­nie brzmi: poza sta­nem licz­ni­ka i może licz­bą przy­ja­ciół nic się nie zmie­nia. Nie dajmy sobie wmó­wić, że jest ina­czej.

Pe­wien zna­jo­my, w dniu swo­ich pięć­dzie­sią­tych uro­dzin, za­py­ta­ny jak się czuje jako pięć­dzie­się­cio­la­tek od­po­wie­dział: „A jak mam się czuć? Tak jak wczo­raj!".

Bo dla­cze­go niby miał­by się czuć ina­czej?