kultura

Alessandro Mannarino: muzyka świata w mieście marzeń

Artykuł opublikowany 26 marca 2010
Artykuł opublikowany 26 marca 2010
Nowy talent włoskiej sceny muzycznej, trzydziestoletni Alessandro Mannarino, rzymianin po czubki wąsów, znalazł złoty środek na hit. Mieszanka poetyckich tekstów z dźwiękami z czterech stron świata przyniosła efekty.

"Bar della Rabbia", pierwszą płytę wydał w marcu 2009 r.W San Lorenzo, multikulturowej dzielnicy Rzymu leżącej między dworcem Termini i cmentarzem Verano, jest godzina 16:00. Na drugim końcu ulicy pojawia się postać mężczyzny, niektórym znana już ze sceny. Czarne, ciekawskie i po trochu hipnotyzujące oczy, wciśnięte pomiędzy kapelusz a wąsy - atrybuty charakterystyczne dla jego stylu. Alessandro Mannarino jest niewielkiego wzrostu, jednak wszędzie na ulicy witają go okrzyki „Grande Ale” [‘Jesteś wielki Alessandro’ – tłum. red.]. Rok po ukazaniu się jego pierwszego albumu, „Bar della Rabbia”, Mannarino jest już gwiazdą. Jednak on sam wydaje się nie zdawać sobie z tego sprawy. Siedząc przy barze, z każdym stara się zamienić choć słowo; jego sposób bycia wpisuje się w wymyślony przez niego świat, w specyfikę postaci, które odgrywa na scenie i o których opowiada w swoich piosenkach. Prostytutki, alkoholicy, smutni klowni, szarlatani, zawiedzeni kochankowie – oni wszyscy spotykają się w Bar della Rabia, gdzie wino leje się strumieniami. „Kieliszek wina jest zawsze tylko pretekstem, aby sobie trochę odpuścić, aby porzucić maskę, którą nosi się na co dzień… – wyjaśnia Mannarino, trzymając w ręku kieliszek – Po długiej nocy pijaństwa nastaje moment, w którym nareszcie jesteśmy w stanie opowiedzieć swoją własną historię i być może przedstawić samych siebie w innym świetle”. Kilkaset lat temu, kilkaset metrów stąd, Bachus, bóg zabawy i wina, pociągnął za sobą Rzymian w oniryczne orgie, wyzwalające z często zbyt szarej codzienności. W czasach Juliusza Cezara Mannarino byłby DJ-em Bachanalii, pławiącym się w muzyce z czterech stron Imperium. „W wieku dwudziestu lat opuściłem dom i spacerowałem nocami w pobliżu dworca Termini. DJ-em world music stałem się w wieloetnicznych barach, w których odkryłem wiele sposobów komponowania, różniących się od tego, co słyszałem w radiu.”

Muzyczny kogel-mogel

Jego kompozycje znajdują swój początek w „bluesie wywodzącym się z Mali oraz tym z Missisipi, muzyce klezmerskiej, bałkańskiej, w bossa novie”. Alessandro Mannarino powołuje się także na wpływy piosenkarzy francuskich i włoskich. Wszystkie te źródła jego twórczości mają pewną cechę wspólną: „To jest coś charakterystycznego dla każdej muzyki popularnej, tradycyjnej. Każda piosenka musi w jakiś sposób wstrząsnąć, pobudzić, odcisnąć pewne piętno na słuchaczu, pozostawić jakąś myśl”. Jednak głównym źródłem inspiracji pozostaje dla niego dzieciństwo. Nagle jego czarne oczy połyskują, a wąsy zaczynają drgać. Ręką przeczesuje włosy pod kapeluszem i pogrąża się we wspomnieniach. Powracają popołudnia u dziadków, spędzane na słuchaniu tradycyjnych, rzymskich melodii: „Dla mnie Alvaro Amici, Gabriella Ferri są po trochu tym, czym dla Raya Charlesa było gospel”. Mannarino wrzucił to wszystko do sokowirówki, polał wierszami Trilussa, przyprawił dialektem rzymskim i wypuścił tak powstałą mieszankę na ulice Rzymu. „Rzym, o którym opowiadam, to Rzym marzeń, ten za dnia, z tłumami ludzi, i z wieczora, gdy zmienia się nie do poznania”.

Wysublimowana wizja wiecznego miasta o dwóch twarzach. Brama do raju dla jednych, piekło na ziemi dla drugich. Podwójna twarz, której blizną przez wiele lat pozostawało Casilino 900 [obszar na obrzeżach Rzymu, na którym po II wojnie światowej, osiedlali się poszukujący pracy imigranci z Sycylii; miejsce to stało się swego rodzaju slamsami - przyp.tłum.]. To właśnie w tym obecnie największym obozie Romów w Europie, Alessandro Mannarino nakręcił swój pierwszy teledysk, „Tevere Grand Hotel”. „Cyganie z Casilino 900 nic nikomu nie zrobili, poza tym, że wzbogacili trochę samych Włochów, którzy na ulicach zaczęli widywać inne ubrania, inną biżuterię, inne oczy”.

W niebie i na ziemi

Alessandro odrzuca etykietkę piosenkarza zaangażowanego i odmawia mieszania się w sprawy polityczne. Mówi, że zanim pomoże innym, musi najpierw pomóc samemu sobie i że „to jest już coś”. Na liście największych przyjemności na pierwszym miejscu stawia powtarzanie sobie dwadzieścia, trzydzieści razy dopiero co napisanej piosenki, która go porusza i wprowadza w marzycielski nastrój. Drugie miejsce w rankingu zajmuje scena: „Wejść na scenę, to jakby odgrywać sen. Światła gasną, jak wtedy, gdy zamyka się powieki i wkracza do innego świata. Jeśli jakaś piosenka pobudza moją wyobraźnię, może ona także rozbudzić wyobraźnię kogoś innego”.

Wyjście na cenę uważa za jedną z największych przyjemności jego życiaKiedy wraca na ziemię, Alessandro Mannarino stara się unikać niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą tak nagły sukces. Pieniądze nie są dla niego problemem. „Mogę żyć z niewielką sumą w kieszeni, a jeśli akurat nie mam pieniędzy, potrafię je sobie wykombinować”. Co więcej, według artysty, pieniądze nie są także problemem Włoch. „Dzisiaj bolączką Włochów jest kwestia świadomości. Przez ostatnie dziesięć lat telewizja atakowała ich umysły, infantylizowała je, ogłupiano niedorzecznymi programami, pokazującymi życie jako produkt konsumpcyjny, gdzie wszystko jest możliwe i nikomu nie dzieje się krzywda”. Odkłada pusty kieliszek. „Ale to nie jest tak. To w ogóle nie tak! I wszyscy dobrze o tym wiemy”.

Po „Bar della Rabbia” z 2009 roku, finalista Nagrody Tenco 2009 za najlepszą piosenkę włoską w kategorii nowych talentów, wyda nowy album w 2010 roku.

 zdj.: Jedynka: ©Sonia Maccari ; ©Simona Mizzoni ; ©Mathilde Auvillain