kultura

Berlinale: 6 filmów, które trzeba obejrzeć

Artykuł opublikowany 17 lutego 2017
Artykuł opublikowany 17 lutego 2017

Zwycięzców Berlinale poznaliśmy 18 lutego. Nasi reporteży byli na miejscu i stworzyli własny, subiektywny przegląd filmów, których nie można przegapić.

The dinner, Oren Moverman 

To prawdopodobnie jedna z najlepszych ról Richarda Gere. Stan, w którego się wciela, jest politykiem ubiegającym się o stanowisko gubernatora. Popularność męża nie podoba się Katelyn, która zmuszona jest dbać o wizerunek przykładnej żony. Niezadowolony jest również Paul, brat Stana, który czuje, że od dzieciństwa znajduje się na gorszej pozycji. Kiedy polityczna gwiazda zaprasza brata i jego żonę na kolację, pewne jest, że wieczór będzie burzliwy. Tym bardziej, że okoliczności są niesprzyjające: synowie obu par wspólnie popełnili straszliwą zbrodnię.

Oren Moverman po mistrzowsku steruje narracją, zachowując budowę przeniesionego na ekran bestselera Hermana Kocha: apéritif, przystawka, danie główne, deser i wysokoprocentowy alkohol. Schemat, który bardzo dobrze działa na dużym ekranie, ponieważ pozwala rozpracować, rozdział po rozdziale, psychologię postaci. Stan, który wydawał się niesympatyczny w trakcie apéritif, okazuje się poruszający i niejednoznaczny, kiedy na stole pojawia się mocniejszy alkohol. Paul, którego braliśmy za nieskomplikowanego i zabawnego, zmienia się nieoczekiwanie, kiedy dobiera się do dania głównego. Krótko mówiąc, trzeba obowiązkowo usiąść przy tym stole!

"Berlinale Speciale". Premiera: 5 maja.

Es war einmal in Deutschland, Sam Garbarski 

Frankfurt, 1946 rok. David Bergmann jest Żydem ocalałym z obozu koncentracyjnego. Z przyjaciółmi, którym także udało się ujść żywo z Holokaustu, szuka sposobu na zgromadzenie pieniędzy, które pozwoliłyby mu opuścić Niemcy i wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Niezwykły handlarz i utalentowany mówca obdarzony ciętym dowcipem wędruje od drzwi do drzwi, przekonując do zakupu pościeli. Jego śladami podąża oficer śledcza, nazistka Sarah Simon, która podejrzewa go o kolaborację.

Film porusza kwestię, która wciąż pozostaje niezbadana i stanowi tabu: prawie 4 tysiące Żydów zostało po 1945 roku w kraju, który był odpowiedzialny za ich prześladowania. Sam Garbarski przenosi na ekran The Teilacher, powieść Michela Bergmanna inspirowaną losami wujka autora, „wspaniałego komika”, jak twierdził pisarz. Humor zajmuje ważne miejsce w historii, nigdy nie umniejszając jednocześnie powagi sytuacji. Jest symbolem wewnętrznej walki każdego, kto próbuje żyć dalej mimo tego, co mu się przydarzyło. Reżyserowi udaje się utrzymać równowagę między zabawnymi dialogami, a pamięcią o tragicznych wydarzeniach – w dużej mierze dzięki doskonałej współpracy z aktorami.

Premiera w Niemczech 6 kwietnia.

The party, Sally Potter 

Film trwa 71 minut. Niedługo, ale w sam raz, jeśli wziąć pod uwagę jego intensywność. Janet właśnie została mianowaną ministrą edukacji. To ważny etap jej kariery, który zamierza uczcić z przyjaciółmi w trakcie niewielkiego przyjęcia. Nic jednak nie dzieje się tak, jak powinno. Okazuje się, że każdy albo ma coś do obwieszczenia, albo skrywa jakąś tajemnicę. Później Bill, mąż Janet, decyduje się opróżnić piwnicę z alkoholu: po trochu języki się rozwiązują, a sytuacja komplikuje – jeden krok dzieli nas od piekła.

Sally Potter chciała, żeby jej komediodramat miał „ludzki wymiar” – stąd wybór czarno-białej kolorystyki, która zdaniem reżyserki pozostawia miejsce na barwne emocje postaci i otwiera ludziom umysły. Ten zabieg rzeczywiście działa, bo widz czuje się w stu procentach zaangażowany w intrygę. Dzięki gęstym dialogom i poruszającej ścieżce dźwiękowej ta wielka farsa dorównuje najlepszym filmom z rodzaju „za zamkniętymi drzwiami”, takim jak Festen, 8 kobiet czy Rzeź. Komedia ma także wyraźny wydźwięk polityczny. Powstała w trakcie ostatnich wyborów w Wielkiej Brytanii – w momencie, kiedy „brytyjska lewica straciła odwagę i przestała mówić ludziom prawdę”, jak twierdzi Potter. Jasny przekaz, który subtelnie przebija przez bohaterów, z których każdy skrywa własne intencje.

T2 Trainspotting, Danny Boyle

Historia zaczyna się w miejscu, w którym się skończyła. Renton, Spud, Sick Boy/Simon i Begbie zrobili interes stulecia, sprzedając torbę heroiny, ale Renton zwiał z kasą. 20 lat później wraca do swojej rodzimej Szkocji, w której nic się właściwie nie zmieniło. Jego dawni przyjaciele również: Begbie zachował swój wybuchowy temperament, Simon nadal jest pierwszorzędnym złodziejaszkiem, a Stud bardziej niż kiedykolwiek uzależnił się od heroiny.

Dziś najważniejszą kwestią nie jest już dorastanie w Szkocji pogrążonej w kryzysie ekonomicznym. Chodzi raczej o akceptację tego, czym się staliśmy. Danny Boyle dobrze to zrozumiał i długo czekał z nakręceniem dalszej części Trainspottingu. Może czas się przekonać, że wcale się nie zmieniamy. Czterech przyjaciół to postacie równie interesujące jak w części pierwszej, w której skrywane przez nich demony ujrzały światło dzienne i pokazały się ludzkości. Sick Boy i Renton nie mogą sobie odpuścić bycia wspólnikami, nawet jeśli jeden chce się zemścić na drugim. Jeśli chodzi o sposób kręcenia, styl Danny'ego Boyle'a wprowadza widza w sytuacje, delikatnie mówiąc, chaotyczne – jak pamiętny nocny pościg Rentona i Begbie w Edynburgu.

Premiera w Polsce 3 marca. 

Karera ga Honki de Amu toki wa (Close-Knit), Naoko Ogigami 

11-letnia Tomo pozostawiona jest sama sobie. Na całe dnie. Kiedy wraca ze szkoły, zlew jest zawsze pełny, a jej matka jest zwykle zbyt pijana, by się nią zająć. Tomo znajduje schronienie u wujka Makio i jego transseksualnej partnerki Rinko. Dziewczynka czuje się u nich jak w domu, jednak szybko zaczyna skupiać na sobie spojrzenia innych. W klasie czy w supermarkecie – ludzie pytają jej, kim jest ta „nienormalna osoba”, która pojawiła się w jej życiu. Z pomocą Rinko, Tomo uczy się stawiać czoła złości.

Jak żyć, czując się innym? To kluczowe dla tego filmu pytanie potraktowane jest rzeczowo, dojrzale. Duet Tomo-Rinko nie wpisuje się w utarte schematy. Rinko dostrzega w Tomo możliwość, by poczuć się w pełni kobietą, a Tomo czuje się wreszcie akceptowana przez rodzinę. Film mówi wiele o emocjach, jednak bez popadania w sentymentalizm. Reżyserka prowadzi świadomą grę z symbolami. Jednym z motywów, które wykorzystuje, jest jedzenie – symbol uwagi poświęcanej innym. Wszystkie posiłki są celebrowane, nawet piwo, które „zasługuje na Nobla”. Skądinąd, kiedy dziewczynka widzi przygotowany specjalnie dla niej lunch, traktuje go z takim namaszczeniem, że pozwala mu przez cały dzień gnić w jej plecaku. Robienie na drutach to nie tylko sposób, który wybiera Rinko, próbując opanować gniew, ale także metafora więzów tworzących się między trzema głównymi postaciami. Naoko Ogigami niczego nie pozostawia przypadkowi i daje nam piękną lekcję mądrości.

Colo, Teresa Villaverde 

Ojciec, matka i córka w Portugalii po kryzysie ekonomicznym. Ojciec stracił pracę, matka bierze nadgodziny, żeby zapłacić rachunki, a córka próbuje normalnie przejść przez okres dojrzewania. Stopniowo pojawiają się wina, napięcie, a na koniec oddalenie.

„To, co niewypowiedziane, wyrządza największą krzywdę” – twierdzi reżyserka Teresa Villaverde. Dyskomfort osiąga maksymalny poziom w rodzinie, która zatraca umiejętność rozmowy, kiedy zaczyna brakować jej pieniędzy. Ojca, który nie wie, co jeszcze mógłby zrobić, żeby poczuć się użytecznym, córka nakrywa siedzącego w wannie z wiadrem na głowie, jak gdyby próbował ukryć swój wstyd. Młoda buntowniczka źle czuje się w swojej skórze, ale dość szybko pojmuje, że rodzice mają zbyt wiele problemów, żeby jej pomóc. Przy stole przerywa milczenie tylko po to, żeby powiedzieć, że nienawidzi pieniędzy – ostatni krzyk bólu dziewczyny, której kryzys ekonomiczny ukradł jej własny kryzys dojrzewania. Colo to lina, która zabezpiecza akrobatę, kiedy ten upada –Teresa Villaverde swoim filmem szczerze wyznaje, że kryzys usunął wszystkie liny zabezpieczające, łącznie z rodziną.